Gdyby chcieć wymienić wszystkie lęki współczesnych ludzi, to zebrałaby się całkiem pokaźna lista. Byłyby na niej zagrożenia wielkie i małe, realistyczne, ale także całkiem wydumane. Rozmiary takiej listy lęków pokazują jedną z charakterystycznych cech współczesnego człowieka: silne pragnienie zabezpieczenia życia przed jakimkolwiek niebezpieczeństwem, ale także obsesyjne wręcz oczekiwanie, że życie musi przebiegać bez zakłóceń, według określonego przeze mnie scenariusza. Mimo tej wyakcentowanej troski o bezpieczeństwo, w ostateczności człowiek współczesny wcale nie czuje się bezpieczny, ale zamknięty w swojej życiowej fortecy jeszcze bardziej odczuwa wszechobecny niepokój.
Zapewne dlatego słowa Jezusa: „Nie bójcie się” tak mocno rezonują w naszych umysłach. W dzisiejszym krótkim fragmencie Ewangelii Mateuszowej Jezus powtarza je aż trzykrotnie. Nie jest to coś w rodzaju przyjacielskiego poklepania po ramieniu wraz ze słowami: „Jakoś to będzie”. Jezus wcale nie twierdzi, że niebezpieczeństwa są wydumane i przesadzone. Są one aż nadto realne. Mogą nawet dotyczyć zagrożenia życia, gdyż nie brakuje na świecie tych, którzy są w stanie „zabić ciało” i – by zrealizować swoje zamiary panowania nad innymi – są do tego gotowi.
Poczucie bezpieczeństwa Chrystusowego ucznia jest oparte na dwóch filarach. Jednym jest świadomość, że jest Ojciec, dla którego jestem ważniejszy, „niż wiele wróbli”. Ojciec Jezusa nie pozwoli, by moje życie stoczyło się w otchłań nicości. Jedynie On jest w stanie ocalić to, co w moim życiu najcenniejsze w obliczu wszystkich zagrożeń. I jedynie On jest w stanie ocalić mnie samego, nawet wtedy, gdy moje doczesne życie dobiegnie końca.
Drugim filarem jest moc, która płynie z przyznania się do Jezusa przed ludźmi. Przez dwa tysiące lat odważne przyznanie się do tego, że jest się uczniem Chrystusa, kosztowało życie całe rzesze chrześcijan. A mimo to chrześcijanie nie przestają ufać w te Jezusowe słowa: „Nie bójcie się”. Nie przestają ufać, bo patrzą poza horyzont doczesności.