Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao



Krzysztof Zanussi

Nienowoczesne cierpienie

Przysłowia przyjmujemy najczęściej bezkrytycznie, podobnie — porzekadła. Trzeba szczególnie krytycznej natury, żeby zakwestionować coś, co każdy powtarza jako mądrość narodu i minionych pokoleń. A mnie właśnie przyszła ochota zapytać, dlaczego mawiamy, że „lepiej późno niż wcale”? Może lepiej, ale najlepiej zrobić wszystko w optymalnym czasie.

Moja myśl krytyczna wynika ze spóźnionej podróży w Dolomity, gdzie co roku staram się skorzystać ze śniegu i gościnności dalekich włoskich kuzynów. Niestety, w tym roku moja własna premiera przesunęła ten wyjazd na kwiecień (i to jeszcze drugą połowę). A tu śnieg ma się już ku końcowi i choć może rzeczywiście lepiej było pojechać niż nie pojechać, ale żal, że nie skorzystałem z Dolomitów w sezonie.

W moim wieku emocje sportowe przesuwają się w kierunku wspomnień. Trudno bić rekordy jeżdżąc coraz gorzej, chociaż istnieje chyba jakaś względna miara, inna dla każdego wieku. W takiej mierze podejrzewam, że jestem rekordzistą, innymi słowy, że się wznoszę. Jak na swoje sześćdziesiąte lata jeżdżę lepiej, niż jeździłem w moich latach pięćdziesiątych, a i te były lepsze od wręcz żenujących lat czterdziestych. O trzydziestych nie wspomnę, bo wtedy stawiałem na nartach pierwsze kroki, jako że będąc dwudziestolatkiem pamiętam, że częściej leżałem z nartami na śniegu. Za to krótkich chwil jeżdżenia nie pamiętam, bo przesłaniał je strach przed upadkiem, ten zaś następował nieuchronnie, ilekroć zaczynał się zjazd.

Moje początki narciarskie w Zakopanem datują się na czas sprzed pół wieku i poza częstym leżeniem zapamiętałem długie chwile konwersacji w niekończących się kolejkach do wyciągów. Dzisiejsza jazda w Alpach wydaje się czasem nieludzka, bo nie ma czasu porozmawiać, jako że nie ma kolejek. Jest natomiast co roku moment zastanawiania nad tym, czy ten sezon nie będzie ostatni i czy za rok zdobędę się jeszcze na te trudy i ryzyko połamania.

Każdy sport uprawiany czynnie ma w so bie element cierpienia i nie pamiętam wysiłku, który byłby pozbawiony bólu. Czytam gdzieś u jakichś psychologów, że odrobina bólu jest konieczna dla psychicznej równowagi i że ludzie, których nigdy nic nie boli, łatwo zadają ból innym (powtarzam przeczytane, ale nie pamiętam źródła). Myślę o tym zanurzając się wieczorem w lekturze pięknych rozmów prowadzonych przez francuskiego filozofa ze swym synem, buddyjskim mnichem (Revele Richard, „Mnich i filozof”). Uderza mnie, że w buddyzmie cierpienie jest najmocniej akcentowanym doznaniem naszego życia. W starej tradycji chrześcijan mówi się (i śpiewa) o ziemi jako o łez padole i we wszystkich litaniach w refrenie wraca prośba o zmiłowanie.

Cierpiętniczy obraz życia nie przystaje do cywilizacji konsumpcyjnej. Tam, gdzie radość posiadania i sukcesu jest naczelnym celem naszych działań, cierpienie jest czymś wstydliwym. Opędzamy się od niego z przekonaniem, że cierpi, kto sam sobie winien, bo zawsze jest jakaś droga ucieczki od bólu. Zastanawiam się czasem, czy budując rampy i windy dla niepełnosprawnych, nie próbujemy się uwolnić od myśli, że im żyje się gorzej. Wyrównujemy podjazdy i tym samym równamy ich szanse, a więc nie musimy się przejmować tym, że oni wyciągnęli na loterii życia los, który jest dużo gorszy niźli nasz.

Narciarskie kurorty mają w sobie pamięć cierpień zeszłego stulecia. W czasach „Czarodziejskiej góry” Alpy, Tatry czy Pireneje to były miejsca leczenia, a nie jakiejś płochej zabawy. Do dziś obok wyciągów, widać dawne sanatoria dla gruźlików przerabiane na hotele. Dramatyzm gór zanika, kiedy wszędzie trwa zabawa w śniegu. Cierpienie ma na sobie piętno minionych czasów, jest nienowoczesne. Nie jest „in”.

Francuski mnich buddyjski, dawny uczony, dziś mieszkaniec klasztoru gdzieś na południowych stokach Himalajów, tłumaczy ojcu technikę duchowej pracy nad sobą. Dzięki niej milknie nasze ego, a wraz z nim agresja i nienawiść. Pozostaje współczucie dla cierpiącego świata. A co ze światem, który wymyka się dzisiaj wszelkiemu cierpieniu? Czy on także zasługuje na współczucie? A swoją drogą, jak Tybetańczycy godzą brak wiary w indywidualną duszę z reinkarnacją lamów? Richard długo tłumaczy to ojcu, a ja czytając myślę z zawstydzeniem, że tyle lat nie spostrzegłem, że tu kryje się myślowa sprzeczność.


opr. JU/PO

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Europa kultura polityka felieton Zakopane sport wysiłek integracja europejska Zanussi Małysz cierpinie Dolomity narciarstwo kurort
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W