Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao



Krzysztof Zanussi

Sprawy wewnętrzne?

Mam w zasięgu wzroku banalny ludzki dramat. Młode małżeństwo z małym dzieckiem ledwie trzy lata po ślubie rozpada się i nie wiadomo, czy można coś zrobić, żeby je uratować. Do tego nie ma pewności, czy ratować należy, bo jeśli związek i tak ma się rozpaść, to może lepiej, by rozpadł się szybciej. Długa agonia może się przyczynić do większych strat moralnych i zaciążyć na życiu dziecka. Jako scenarzysta widzę przed oczami kawałek telewizyjnego serialu, tyle że od punktu widzenia obserwatora zależy, czy to będzie głupawa telenowela, czy też bergmanowskie sceny z życia małżeńskiego. Upieram się, że różnica jest w sposobie patrzenia, bo świadomość uczestników małżeńskiego dramatu jest czymś wtórnym. Niezapomniane bergmanowskie sceny, oglądane z punktu widzenia powiedzmy niemądrych sąsiadów, mogłyby wyglądać banalnie, obserwator głęboki — przeciwnie — zobaczy kosmiczną katastrofę, jaką jest utracona harmonia i szczęście w rodzinie. Zobaczy to nawet tam, gdzie sami uczestnicy dramatu nie rozumieją niczego i tylko warczą na siebie, biorąc odwet za krzywdy doznane od partnera.

Młodzi ludzie, o których dzisiaj piszę, mieszkają w niewielkim mieście i cały dramat odbywa się jawnie na oczach rodziny, sąsiadów i znajomych. Gdyby rzecz działa się w wielkiej metropolii, a bohaterowie dramatu byli wykorzenieni, gdyby nie mieli żadnych więzów, które ich łączą z jakimś środowiskiem, problem byłby wyłącznie ich sprawą. Ponieważ jednak miasto jest niewielkie, a rodzina dość rozgałęziona, pojawia się coś takiego jak osąd środowiskowy, presja społeczna i tak dalej.

Młodzi zaplątani w małżeński kryzys narzekają na to, że ktoś z zewnątrz: rodzina, przyjaciele, sąsiedzi i znajomi, obserwuje ich dramat i ma o nim swoje zdanie. Wydaje się, że marzeniem obu stron dramatu byłoby, by rodzina, przyjaciele i wszyscy znajomi opowiedzieli się solidarnie za jedną z nich. Tymczasem całe otoczenie powtarza, że błąd leży po obu stronach i że należy zapomnieć o zranionych uczuciach, przezwyciężyć własną małość i kierować się dobrem małego człowieka, którego powołano do życia i który będzie pierwszą ofiarą, jeśli rodzice nierozważnie się rozejdą.

Zajmuję państwu czas banalną sprawą, przedstawiając ją bardzo powierzchownie, ponieważ uderzył mnie jeden szczegół w rozumowaniu młodych. Chodzi o nowoczesność. Młodzi odczuwają presję środowiska jako coś, co nie jest nowoczesne. Chcą być wolni, czyli samotni, a więc wykorzenieni, a jednocześnie sami nie potrafią poradzić sobie z życiem. Dlaczego wykorzenienie stało się dla młodych oznaką nowoczesności? Dlaczego oparcie rodzinne, sąsiedzkie czy środowiskowe jest rozumiane przede wszystkim jako ograniczenie wolności, a nie jako troska o drugiego człowieka, zawsze lepsza od obojętności? (Czy aby na pewno lepsza, skoro często motywem tej troski bywa nie tyle cudze dobro, ile pragnienie okazania własnej racji czy własnej przewagi, własnego prawa, żeby sądzić innych).

Niewiele więcej potrafię napisać na ten temat w pobieżnej formie felietonu. Przychodzi mi natomiast do głowy, że w czasach, które nam się wydają nowoczesne, presja środowiska czy otoczenia na jednostkę wyraźnie słabnie i czujemy to w całym rozwiniętym świecie. Nikomu nie wolno ingerować w nasze osobiste życie. Możemy dopuszczać istnienie jakiejś opinii publicznej, która wywiera pewną presję, ale społeczeństwo poprzez swoje struktury (a więc państwo) ma się nie wtrącać w nasze sprawy, chyba że przekroczymy tak jaskrawo granice powszechnej moralności, że zostanie naruszony kodeks karny.

Wspomniałem działanie państwa, po­nieważ spostrzegłem analogię w stosunkach międzynarodowych. I tu także obowiązuje rzekomo święta zasada niemieszania się w wewnętrzne sprawy innego kraju. Zasada ta wyrasta z przeszłości i w zglobalizowanym świecie coraz bardziej wydaje się anachronizmem. Jeśli w Kosowie ktoś morduje swoich obywateli, to nie jest to jego wewnętrzna sprawa, tylko sprawa całej społeczności międzynarodowej. Jeśli ktoś łamie prawa ludzkie na Kaukazie, na Kubie, w Iraku czy też w Tybecie, to dziś nie wydaje się nam, że to jest wewnętrzna sprawa innych krajów, tylko dotyczy nas wszystkich. Ten proces zdaje się nasilać, a jednocześnie maleje wpływ najbliższego otoczenia na nasze prywatne życie. Czy ta analogia ma jakiś głębszy sens? Nie wiem, ale czytając żywe polemiki na temat przemocy w rodzinie i roli państwa, mającego bronić prześladowanej jednostki, czuję, że coś się nie zgadza. Z jednej strony chcemy, żeby nikt się nie wtrącał w nasze sprawy, a z drugiej — jesteśmy gotowi zapraszać organy państwowe do regulowania spraw intymnych, jakimi są sprawy rodzinne. A w stosunkach międzynarodowych uznajemy, że nie wolno ingerować w niczyje wewnętrzne sprawy, a jednocześnie będziemy interweniowali, jeśli będzie to potrzebne i możliwe.


opr. JU/PO

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polska cywilizacja kultura kryzys polityka historia rodzina małżeństwo felieton Grecja Unia Europejska Irak integracja unia Zanussi film reżyser Bergmann
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W