Obłuda to nie pełnoskalowe obnażenie ludzkich wad lecz stopniowa i wielopostaciowa zapaść wewnętrznego organizmu człowieka. Zaczyna brzmieć dysonansem między prawdą, rzeczywistością, a brakiem sił na stosowanie obiektywnych kryteriów. Jeśli nikt nie zaradzi wstępnemu rozpadowi, szybko przejdzie w stan trwałej hipokryzji. Ta z kolei, nie do powstrzymania, zdolna będzie wpędzać ludzi w chorobę psychiczną. Tak, wiele schorzeń psychotycznych bierze się z przedłużonej, załganej niemoralności. A przyczyną większości publicznych schorzeń Europy dziś jest nowa postać obłudy społecznej. Na Starym, bardzo nawet starym Kontynencie, we wszystkich przypadkach odmienia się fundamentalne pojęcia chrześcijańskiego etosu – od wolności, przez godność, do sprawiedliwości – aplikując je zarazem do czysto barbarzyńskiego kontekstu – od zakazu, przez mandat, do aresztu. Luyeye urodził się gdzieś głęboko w kongijskim interiorze. Pierwsze, co pamięta dobrze, to chwila, kiedy do jego wioski dotarli francuscy misjonarze. Nauczyli Luyeye ewangelii i wiary w Chrystusa Ukrzyżowanego. A potem on gorliwie przekazywał chrześcijaństwo swoim dzieciom. Dzięki szczerej przyjaźni z księżmi – Francuzami zawsze z szacunkiem myślał o Europie. Przecież tam miało bić serce chrześcijaństwa. Gdyby tak Luyeye mógł zobaczyć europejską liturgię albo zwiedzić stare katedry – marzył. Sytuacja w Kongo przypominała w końcu jedno wielkie piekło. Nie starczało jedzenia dla rodziny, a sen był niebezpieczny dla życia. Mvula, żona Luyeye, zawsze ciekawa nowych znajomości, wracała raz do domu z koszem na głowie. Wtedy to poznała Europejczyków z agencji pracy. Co prawda, ludzie w wiosce śmiali się z ich obyczajów, znacząco kładąc dłoń na kącikach ust. Po kilku jednak dniach na what’s app Mvuli zadzwoniła Nora. Luyeye biegle władał francuskim, choć rozmawiali jakby na dwóch obcych sobie akcentach. Nora należała do partii socjalistycznej. Wyświetlała na ekranie skrajnie lewicowe afisze. Mvula i Luyeye, mrużąc oczy, czytali półgłosem: równość dla wszystkich. Prawa robotników najwyższą regułą życia społecznego. Stary kontynent musi oddać teraz to, co zrabowały kiedyś kolonie – i wiele innych podobnych. Kiedy rodzinną wioskę Mvuli spalili rebelianci, gwałcąc i zabijając, Luyeye postanowił nie czekać, aż następnego dnia pożoga dosięgnie ich domu. Nora wzięła na siebie wszystkie formalności oraz koszty i po miesiącu całą rodziną Mvula i Luyeye dotarli do Gandawy. Na lotnisku jednak agenci rozdzieli Luyeye od żony i dzieci. Miał mieszkać sam w brudnym, starym, dość ciemnym domu Nory w zabytkowej dzielnicy miasta. Ale dlaczego? Co to wszystko oznacza – myślał niespokojnie, tym bardziej i tym częściej, gdy what’s app Mvuli nie odpowiadał na wezwania. Nora nie przestawała mówić, a właściwie głosić politycznych manifestów. Luyeye bał się pytać, czy w niedzielę będzie można pójść do kościoła. Szybko zaczął coś podejrzewać. Nora nie wahała się przychodzić do pokoju Luyeye późnym wieczorem, pod pozorem wspólnego czytania książek – musisz zrozumieć, jak bardzo zmienił się zachodni świat. Masz prawo teraz mieć to wszystko, a nawet więcej, co zawsze miał biały człowiek – Nora przypadkiem położyła rękę na kolanie Afrykańczyka. Tamtego poranka Luyeye pierwszy wszedł do kuchni i zobaczył duże, czerwone tabletki rozsypane na stole. Sprawnie wpisał ich nazwę do sieci i przestraszył się. Słyszał przez drzwi, jak zamknięta w toalecie Nora cierpiała nieludzkie spazmy. Zdecydował, że odchodzi. W zasadzie ucieka. Nie zabierze nawet rzeczy osobistych. Luyeye był pewien, że wyda wszystkie, zaoszczędzone pieniądze, by odnaleźć zaginioną gdzieś w Europie rodzinę i z pośpiechem wrócić do domu.
Człowiek zachodniej kultury cierpi, bo dostał mocno po oczach i jest teraz oślepniętym kaleką. Powinien natychmiast wsiąść do ambulansu, a nie biegać ze szturmówkami na marsze. Łzy ciekną mu obficie spod powiek, brzemiennych pod ciężarem belki. Nie pozwala się leczyć, bo uparcie wierzy, że wciąż trwa jego misja grzebania w sumieniach naturalnie zdrowych ludzi (por. Mt 7, 4-5). Samaria podbita przez Asyrię, zamiast dać świadectwo, zdobywa się jedynie na mierną imitację pogaństwa. Autor drugiej Księgi Królewskiej pointuje to dramatycznym wnioskiem, że oto człowiek poszedł za nicością (por. 2 Krl, 17, 15a). Może czas sięgnąć do lektury czterech słynnych kazań John’a Henry’ego Newmana o nadejściu Antychrysta, które przyszły Doktor Kościoła wygłosił w roku 1835 jeszcze jako anglikanin. Newman nauczał: „Nas, chrześcijan, upomina się, abyśmy nie mieli udziału w grzechach i karach władzy politycznej. Aby nie znaleziono nas, gdy nadejdzie koniec, jedynie dziećmi tego świata i jego wielkich miast. Z takimi upodobaniami, opiniami i zwyczajami, jakie w tych miastach panują. Z sercem uzależnionym od ludzkiej społeczności i ukształtowanej przez nią rozumem”.
Więcej niż połowa współczesnej Europy ledwo jedzie już na psychotropach. Kto zapoda lekarstwo? Katolicyzm może być medycyną tylko wówczas, gdy łagodnie lecz wprost dozuje społeczeństwu jednoznaczną dawkę moralności. Może martwić to, że jakiś procent wierzących bawi się, mimo powagi sytuacji, w zamaskowanych felczerów z niemą maseczką na twarzy.