Terminacja, opalenizna i takie tam. Jak sprzedać aborcję miłośniczkom pudelków

Ginekolog zszokowała internautów wypowiedzią, w której ciążę porównała z pasożytnictwem. Później tłumaczyła, że posłużyła się metaforą, odpowiadając na pytanie „widzki”. Jak się jednak okazało, łatwiej bronić wypowiedzi o pasożytach niż wpisów z profilu pani doktor. Zamieszczane tam posty to wielka reklama aborcji adresowana do czytelniczek plotkarskiej prasy.

„Jogowo i medycznie. Zabawnie i poważnie. Eksibicjonistycznie (tak w oryginale – JJ). I o tym, żeby pisać, słuchać, czuć, być i patrzeć sercem. Ono wie najlepiej” – tak dr Anna Orawiec opisuje swój profil. Teksty o aborcji sąsiadują tu ze zdjęciami opalonych pleców i zachętami do uprawiania jogi. Lekarka pisze o nieszczęśliwej miłości, publikuje zdjęcie z dzieckiem i fotografuje się w maseczce kosmetycznej. Całość przywodzi na myśli blog Mamy Ginekolog, lekarki, która przez pewien czas była gwiazdą plotkarskich portali, a później – kiedy wyszło na jaw, że ma niepełne kwalifikacje – stała się obiektem kpin tych samych mediów. Jedną z różnic jest to, ile miejsca na profilu Orawiec zajmuje aborcja.

„Bardzo szanuje organizacje feministyczne, współpracuje z @federapl, dyżurowałam pod telefonem udzielając informacji i wsparcia każdej potrzebującej kobiecie – dowiadujemy się z jednego z wpisów. – Chodzę na protesty. Biorę udział w kampanii społecznej «O tym się nie mówi» edukującej na temat wad letalnych płodu. Zabierałam publicznie głos od samego początku, a sama będąc w 8 miesiącu ciąży trzymałam za rękę Pacjentki przyjmowane do zabiegu terminacji ciąży”.

Jest też zaproszenie na „siostrzane warsztaty” Federy, liczne posty poświęcone tzw. pigułce po, zdjęcia z marszów na rzecz aborcji itp. Autorka nie ukrywa, że sama przeprowadzała aborcje. Szokować może długi opis jednej z takich sytuacji – aborcji w 17. tygodniu ciąży dokonanej ze względu na zespół Patau u dziecka (trisomia 13, powoduje liczne wady w rozwoju dziecka). „Jestem wdzięczna, bo jest mi dane wykonywanie najpiękniejszego zawodu na świecie. I tak- dalej wierzę, że to misja. Że bez powołania się nie da. Znieść tego co się codziennie widzi, słyszy - bez tego silnego w środku czegoś szepczącego- jesteś w tam gdzie Twoje miejsce” – pisze autorka. Tekst zilustrowany jest fotografiami uśmiechniętej ginekolog w zakrwawionym kitlu.

Kilka lat temu opinię publiczną zszokowano hasłem „aborcja jest OK”. Społecznościówkowa aktywność warszawskiej ginekolog wpisuje się w dość podobny trend. Nie dlatego, że pokazuje terminację jako coś fajnego – przeciwnie, mowa jest o cierpieniu matki i wątpliwościach samej lekarki – ale umieszcza ją między profesjonalnie zrobionymi postami o życiu i o niczym. Ot, zwyczajna kobieta, która swoje przeszła, ale też swoje bierze od życia pomaga innym jogą, aborcją i poradami, by nikogo nie oceniali.

Angażując się publicznie w szokujący sposób, autorka profilu naraziła się na oceny – może wliczyła to w koszta, może nie przewidziała. Pozostaje mieć nadzieję, że zamiast oswajać z aborcją czytelniczki plotkarskich portali, jej aktywność wywoła odwrotny efekt.

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama