reklama

Dlaczego człowiek syty bywa najbardziej głodny? Post – lekarstwo na nadmiar

W świecie, który potrafi karmić nas nadmiarem bodźców szybciej niż chlebem, post staje się szkołą prawdziwej wolności. Sytość może uśpić serce, a nadmiar odebrać człowiekowi zdolność widzenia Boga i bliźniego. Dlatego post nie jest religijną surowością, lecz lekarstwem pozwalającym odzyskać proporcje, wrażliwość i smak życia.

Ks. Mateusz Czubak

dodane 16.03.2026 10:52

W Biblii człowiek często potyka się o własny głód. Nieraz dosłownie, jak Ezaw, który za miskę czerwonej polewki oddał bratu pierworództwo. Czasem bardziej dramatycznie, jak Lot, który w stanie upojenia traci rozeznanie, pozwalając, by inni przejęli kontrolę nad jego losem. Bywa, że upadek przychodzi w rytmie hucznych uczt – jak u Baltazara, który w błysku złotych naczyń i nadmiaru wina nie widział, że nadchodzi koniec jego panowania. W tle tych opowieści brzmi przestroga, że nadmiar jedzenia i picia odbiera wewnętrzną wolność, a sytość potrafi stać się duchową anestezją. W tym biblijnym pejzażu post jawi się nie jako kara, lecz jako akt odzyskiwania wolności i własnej godności. To świadome zatrzymanie się nad pytaniem: co mną rządzi? Gdzie kończy się potrzeba, a zaczyna przymus i zniewolenie? W świecie, który rozciąga apetyt do granic możliwości – od gastronomii po marketing emocjonalnego łakomstwa – post wprowadza w przestrzeń ciszy, oczyszczenia i wyzwolenia.

Post to nie dieta

Pismo Święte nie definiuje postu przez pryzmat dietetyki. To raczej ćwiczenie uważności, w którym człowiek odzyskuje kontakt z najgłębszym pragnieniem swego serca. Prorocy wiedzieli, że sytość może być bardziej obciążająca niż niedostatek, a pełny żołądek czasem zapełnia także miejsce przeznaczone dla Boga i bliźniego. W tej perspektywie post staje się lekarstwem na nadmiar, który niepostrzeżenie zamienia wolność w przyzwyczajenie, zaś przyzwyczajenie w zależność. Post nie jest sztuką odmawiania sobie wszystkiego, ale sztuką niepozwalania, by cokolwiek posiadało mnie. To dlatego, kiedy prorok Joel wzywa do powrotu do Boga, mówi o rozdarciu serca, a nie szaty. W świecie, który oferuje coraz szybsze sposoby zaspokajania pragnień, post przypomina, że człowiek może powiedzieć „dosyć”, zanim zrobi to jego organizm. Brak może być przestrzenią wolności, natomiast odmawianie sobie niektórych „przyjemności” formą troski o głębię życia z Bogiem. Post sprawia, że chleb znów pachnie codzienną pracą, wino radością, a stół relacją. By człowiek wreszcie odkrył, że największym szczęściem nie jest pełny talerz, lecz serce, które potrafi być wolne.

Błogosławiony umiar i wrażliwość serca

W nauczaniu Jezusa jedzenie i picie przestają być tylko codziennym rytuałem, a stają się testem zdolności do współodczuwania. Ten, kto żyje sytością, może przestać dostrzegać głód drugiego. Bogacz z przypowieści o Łazarzu miał pełny stół i dobrze się bawił (Łk 16,19). Nie miał tylko pełnego serca. Ucztowanie niszczyło jego człowieczeństwo o wiele bardziej niż głód niszczył ciało Łazarza. Jezus przypomina o tym jeszcze mocniej w eschatologicznym ostrzeżeniu: „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych” (Łk 21,34). Grzech nieumiarkowania nie jest więc jedynie kwestią nadmiaru, ale duchowego zwiotczenia, które paraliżuje serce i rozum człowieka. Najboleśniej widać to w Koryncie. We wspólnocie, która miała być wzorem braterstwa, przed Eucharystią dochodziło do poważnych nadużyć. Św. Paweł opisuje to bez upiększeń: „Jeden jest głodny, a drugi pijany” (1Kor 11,21). To jedna z najmocniejszych krytyk pijaństwa w całej Biblii, ponieważ taka postawa niszczy wspólnotę, poniża brata, zaś z Eucharystii robi pokaz statusu społecznego. Wszystkie te historie – od bogacza ignorującego Łazarza, przez Koryntian poniżających ubogich, aż po Heroda gubiącego siebie we własnej uczcie – układają się w jedno proste przesłanie: nieumiarkowanie zabija zdolność kochania. Dlatego że jedzenie i picie stają się ważniejsze niż człowiek obok nas, bo sytość zagłusza głos sumienia, a pełny kielich potrafi opróżnić serce. Jezus nie proponuje ascetycznego rygoryzmu. Jego ideałem jest umiar jako sztuka widzenia drugiego człowieka, rozpoznania znaków czasu oraz dostrzeżenia Boga, który przychodzi tak cicho, że można Go przegapić, jeśli człowiek jest zbyt zajęty swoją ucztą.

Głód, który ukrywa się za nadmierną konsumpcją

Współczesna psychologia zwraca uwagę, że nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu nie zaczyna się ani w lodówce, ani w kieliszku, tylko w mózgu człowieka. To zaskakujące, jak często „łakomstwo” jest w rzeczywistości nieporadną próbą ratowania samego siebie. Człowiek nie tyle je za dużo, ile szuka za bardzo ulgi, ukojenia i obecności drugiego. W języku psychologii nazywa się to „emocjonalnym jedzeniem”. W praktyce wygląda to znacznie prościej: wieczór, cisza, zmęczenie i lodówka, która wydaje się jedynym przewidywalnym elementem rzeczywistości. Mózg czuje się w swoim żywiole i nagradza spożycie słodyczy szybkim strzałem dopaminy. Problem pojawia się wtedy, gdy jedzenie staje się środkiem regulowania napięcia, a nie zaspokojenia głodu. Natomiast alkohol daje poczucie uwolnienia od złych emocji. Bo przecież alkohol potrafi wygasić myśl znacznie szybciej niż modlitwa, rozmowa czy wieczorny spacer. Jedzenie – zwłaszcza intensywne, szybkie i tłuste – potrafi ukoić smutek skuteczniej niż niejedna bliskość. Ale to „skuteczniej” trwa najwyżej kilka minut. Potem przychodzi tylko ciężar wynikający z przejedzenia i przepicia. Człowiek syty jedzeniem może być w środku bardzo głodny.

Umiar to nie jest ograniczenie. Umiar to wolność, która pozwala jeść z wdzięcznością, pić z rozsądkiem i żyć bez lęku. A jeśli stoimy przed lodówką późnym wieczorem, szukając pociechy nie w tym miejscu, w którym można ją znaleźć, warto przypomnieć sobie radę św. Augustyna: „czego naprawdę jesteś głodny?”. Najczęściej nie chodzi o jedzenie i picie.

Źródło: Echo Katolickie 8/2026

Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.

1 / 1

reklama