Kiedy kapłan staje się... „idealnym rodzicem”. Ks. dr Mariusz Marszałek o depresji w sutannie

Czy ksiądz może się załamać, mieć depresję, potrzebować terapii? Wciąż zbyt rzadko mówi się o zdrowiu psychicznym duchownych – uważa ks. dr Mariusz Marszałek SAC, psychoterapeuta. Opowiada o presji, jakiej poddawani są kapłani, o „ciemnych dolinach” ich życia oraz o tym, dlaczego Kościół potrzebuje dziś większej odwagi, by mówić o ludzkiej słabości księży.

Jolanta Krasnowska-Dyńka: Na swoim profilu prowadzi Ksiądz serię „Człowiek w sutannie” – bez lukru, bez udawania. Co sprawiło, że zdecydował się Ksiądz tak otwarcie mówić o zdrowiu psychicznym duchownych? 

Ks. dr. Mariusz Marszałek SAC: Bo widzę, jak wielu księży cierpi w ciszy, a cisza potrafi zabijać. Impulsem do podjęcia tematu była informacja o samobójczej śmierci ks. Mattea Balzana z diecezji Novara we Włoszech. Śledziłem reakcje na tę wiadomość we włoskich mediach, na profilach FB znajomych z Italii i byłem zaskoczony tym, jak bardzo różniły się od komentarzy pojawiających się w polskiej przestrzeni publicznej na wieść o podobnych tragediach. Włosi, bez względu na stosunek do wiary i Kościoła, wyrażali empatię, współczucie, troskę, smutek. Wydarzenie nie zostało wykorzystane do uderzenia w Kościół. W centrum był człowiek. 

Mniej więcej w tym samym czasie opublikowano wyniki badań nad zdrowiem psychicznym księży we Francji. Dane wskazywały na realny problem. Odniosłem to do sytuacji w Polsce i uświadomiłem sobie, że o zdrowiu psychicznym księży w naszym kraju albo nie mówi się wcale, albo mówi się tak, by podsycać antykościelną narrację. Zrodziła się myśl, aby oswoić ten temat bez szukania winnych, a raczej w skupieniu się na realnych drogach pomocy.

W Psalmie 23 pojawia się obraz „ciemnej doliny”. Dla wielu kapłanów to nie poetycka metafora, ale realne doświadczenie kryzysu, lęku czy depresji. Czym jest ta „ciemna dolina” w życiu księdza?

Mówimy o jednym z 150 psalmów, które tworzą większą całość. Jeśli postrzegamy Psalm 23 właśnie w takim kontekście, odkrywamy, że „nic, co ludzkie” nie jest Bogu obce. Smutek, gniew, lęk czy radość – to przecież naturalne stany człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boga. Tym samym Księga Psalmów jest starożytnym podręcznikiem duchowości i psychologii. Jednocześnie język psalmów jest poetycki, a nie naukowy. Dlatego jestem bardzo ostrożny w traktowaniu „ciemnej doliny” jako synonimu kryzysu czy depresji. Metafora ma sens duszpasterski, ale nie jest diagnozą. W życiu księdza „ciemna dolina” nie zawsze oznacza brak Boga – częściej brak sił, snu, bezpieczeństwa i relacji. To doświadczenie, że idę dalej, ale nie czuję, po co.

Kapłan często funkcjonuje w przestrzeni wysokich oczekiwań – ma być dostępny, pogodny, mocny w wierze. Jak ta presja wpływa na psychikę i gotowość do przyznania się do słabości? 

W psychoterapii mówi się o przeniesieniu – nieświadomym projektowaniu na terapeutę uczuć wobec ważnych osób z przeszłości. Pacjent zaczyna czuć do terapeuty to, co kiedyś czuł do ojca czy matki – czasem miłość i zachwyt, czasem gniew i lęk, projektując na niego niespełnione oczekiwania i widząc w nim antidotum na swoje trudności. Podobny mechanizm stosuje się wobec kapłana. Wierni oczekują, że zapewni bezpieczeństwo, stabilność, spełni ich potrzeby i zachcianki: będzie zawsze dostępny, uśmiechnięty itd. I nagle zamiast być pośrednikiem między człowiekiem a Bogiem, staje się  – używając języka psychoterapii – „idealnym rodzicem”. Różnica między psychoterapią a duszpasterstwem jest tutaj zasadnicza. Psychoterapeuta ma narzędzia, by to doświadczenie unieść i przepracować. Kapłan często tej presji ulega – tym bardziej że ma ona charakter zbiorowy. Próbuje odgrywać rolę „idealnego rodzica”, oddalając się od siebie i wchodząc w rolę, której nie jest w stanie zrealizować. To rodzi frustrację, wypalenie, a czasem kryzys prowadzący do myśli o odejściu z kapłaństwa.

Wielu księży słyszy – wprost lub między wierszami – że depresja oznacza słabą wiarę. Skąd bierze się to przekonanie i jak bardzo jest ono krzywdzące? 

Z pomieszania porządków. Depresja to choroba o podłożu neurologicznym, wymagająca leczenia farmakologicznego. Psychoterapia jest w tym przypadku jedynie wsparciem. Depresja może rodzić pytania o sens czy obecność Boga, ale nie wynika z braku wiary. Jest chorobą „demokratyczną” – dotyka ludzi różnych stanów, zawodów i wyznań. 

Są duchowni, którzy potrafią głosić poruszające kazania, prowadzić rekolekcje, duszpasterstwo, żartować z dziećmi podczas Mszy, a jednocześnie wewnętrznie przeżywają pustkę i bezsens. Dlaczego właśnie taka forma cierpienia bywa najtrudniejsza do zauważenia w przypadku księży?

Proszę pomyśleć: czy da się na dłuższą metę, bez konsekwencji dla zdrowia psychicznego i fizycznego, głosić poruszające kazania, prowadzić rekolekcje, duszpasterstwo parafialne i równocześnie być „od wszystkiego”, zawsze w dobrej formie, zawsze na wysokich obrotach? Posługując się porównaniem do sportu olimpijskiego – nie da się jednocześnie uprawiać kilku wymagających dyscyplin na najwyższym poziomie. Podobnie jest z księżmi. Choć wszyscy jesteśmy powołani do duszpasterstwa, każdy z nas ma określone talenty i predyspozycje. Dlatego w duszpasterstwie tak ważne są współpraca i podział odpowiedzialności. Chroni to przed cierpieniem i frustracją wynikającą z poczucia bycia „niewystarczającym”.

W Kościele mocno zakorzenił się obraz kapłana bohatera: zawsze silnego, dyspozycyjnego, „od wszystkiego”. Jaką cenę płaci człowiek, który przez lata próbuje sprostać takiemu ideałowi?

Człowiek jest istotą stadną, składającą się z ciała, psychiki i duszy. Rezygnacja z jednego z tych wymiarów zaburza cały system. Jezus na krótko przed śmiercią nie rzucił się w wir działań. Nie zdecydował się na to, by dniem i nocą nauczać i „nawracać tłumy”. Udał się do Betanii, do przyjaciół, gdzie spędził czas w domowej, zacisznej atmosferze, wśród tych, którzy Go kochali. Skoro sam Zbawiciel pokazuje mi, jak ważna jest troska o zdrowie psychiczne oraz o równowagę między ciałem, psychiką, duszą i wymiarem relacyjnym człowieczeństwa, to kim jestem ja, żebym stawiał się ponad tym? Jeśli nie zaakceptuję własnego człowieczeństwa, skazuję się na cierpienie prowadzące do powolnej degradacji, a ta często ujawnia się w postaci nałogów, wewnętrznej pustki, zgorzknienia.

Zdarza się, że w odpowiedzi na kryzys duchowny słyszy: „więcej się módl”, „weź się w garść”. Dlaczego takie rady – choć pobożnie brzmią – mogą pogłębiać samotność osoby zmagającej się z depresją?

Bo brzmią jak: „twoje cierpienie to twoja wina”. Depresja jest chorobą opisaną w klasyfikacji ICD-11 i – jak każda – wymaga leczenia. Kiedy słyszę zdanie: „depresję leczy się modlitwą”, pytam: czy nowotwór też leczy się intensyfikacją praktyk pobożnościowych? Gdy ktoś choruje na nowotwór, idzie do onkologa, podejmuje konkretne leczenie, i jednocześnie się modli. Modlitwa może zaowocować cudem, ale przede wszystkim pomaga odnaleźć sens cierpienia przez złączenie go z cierpieniem Jezusa. Podobnie jest ze schorzeniami psychicznymi. Osoba cierpiąca potrzebuje empatii, wsparcia i towarzyszenia, nie „złotych rad”. Łączenie cierpienia z winą jest głęboko nieewangeliczne. Idąc tym torem myślenia, trzeba by powiedzieć, że Jezus niosący krzyż cierpi z własnej winy. Taka była narracja faryzeuszów i uczonych w Piśmie. Nie ma ona nic wspólnego z wiarą chrześcijańską.

Co sprawia, że w środowisku duchownych wciąż trudno mówić o zmęczeniu, kryzysie czy potrzebie terapii?

Nie znam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Wydaje mi się jednak, że dotykamy tu bardzo delikatnego tematu sekularyzacji, czyli zeświecczenia myślenia kościelnego. Do Kościoła przeniknęło myślenie związane z wydajnością i skutecznością. To logika korporacyjna, nie ewangeliczna. Taka postawa wymaga nawrócenia wewnątrzkościelnego. W sercu Ewangelii jest człowiek, a nie rezultat w postaci rosnących statystyk. Zjawisko to zauważyli już lata temu autorzy dokumentu Kongregacji ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego pt. „Młode wino, nowe bukłaki”. Szkoda, że nie został on w Polsce głęboko odczytany. Choć odnosi się do osób konsekrowanych, dotyka - moim zdaniem – całego Kościoła.

Co powiedziałby Ksiądz młodemu kapłanowi, który jest przekonany, że depresję można „zamodlić” i obawia się sięgnąć po profesjonalną pomoc?

Nie jestem specjalistą od dobrych rad, więc nie wiem, co bym powiedział. Raczej towarzyszyłbym mu w odkrywaniu własnego człowieczeństwa jako miejsca objawienia Boga. Pięknie ukazuje to obraz Jezusa Miłosiernego pędzla Kazimirowskiego – pierwszy i jedyny, przy którego powstawaniu uczestniczyła św. Faustyna. Zawiera on głębię teologiczną prawdy o Bożym Miłosierdziu. Jezus przedstawiony w postawie kroczącej na ciemnym tle jest symbolem Boga, który wchodzi w życie człowieka takim, jakie ono jest. W Nowym Testamencie to właśnie życie człowieka staje się przestrzenią teofanii. Odrzucając własne człowieczeństwo, nie pozwalam Bogu się objawić. Mam nadzieję, że młody kapłan, akceptując siebie, otworzyłby się na różne drogi spotkania z Bogiem – nie tylko przez praktyki religijne. Znam osoby, dla których terapia i zmierzenie się z chorobą stały się początkiem nawrócenia i przejścia od pobożności do dojrzałej duchowości.

Jak świeccy mogą mądrze i odpowiedzialnie zareagować, gdy dowiadują się, że ich duszpasterz zmaga się z depresją - albo gdy widzą, że „coś się z nim dzieje”? Czego wtedy najbardziej potrzeba: dyskrecji, rozmowy, konkretnej pomocy, a może po prostu zwyczajnego pytania: „Jak ksiądz się czuje?”.

Znajomy ksiądz i psychoterapeuta zwrócił mi uwagę, że wyraźny podział na świeckich i duchownych pojawił się dopiero w średniowieczu. Wcześniej byli wierni pełniący różne posługi - po prostu bracia w wierze. Być może otwarte mówienie o kryzysach i chorobach psychicznych księży jest krokiem w stronę ideału Kościoła pierwotnego. Ważne, by w drugim człowieku – niezależnie od funkcji – zobaczyć współbrata w człowieczeństwie i wierze.

Bawi mnie i złości zarazem pytanie: „Co u księdza? Wszystko w porządku, prawda?”. Ono z góry zakłada odpowiedź i zamyka spotkanie w kurtuazji. Także pytanie: „Jak ksiądz się naprawdę czuje?” może być pułapką, bo narusza prywatność i prowokuje odpowiedź: „Wszystko dobrze”. Jeśli widzę cierpienie, nie muszę go nazywać – wystarczy sygnał: „Widzę zmęczenie. Jak mogę pomóc?”. Dlatego czasem łatwiej zacząć rozmowę np. od słów: „Chyba ma ksiądz ostatnio dużo na głowie, bo widzę w księdzu zmęczenie” albo: „Mam wrażenie, że coś ksiądz przeżywa w ostatnim czasie. Jak mogę księdzu pomóc?”. Sam często na powitanie pytam: „Co u ciebie?” albo „Jak się czujesz?”. Zdarza się, że księża milkną i mówią: „Nie wiem, co powiedzieć”. Inaczej reaguje młodzież w ośrodku leczenia uzależnień. Gdy słyszą to pytanie, mówią wprost o przeżyciach, proszą o pomoc, ale też chcą wiedzieć, co ja czuję. To pokazuje braki w kapłańskiej formacji ludzkiej. O znaczeniu emocji w życiu kapłanów mówi się od „Pastores dabo vobis”, a przypomniał o tym Leon XIV w liście apostolskim „Wierność, która rodzi przyszłość”. Ta lekcja wciąż jest do odrobienia.

Źródło: Echo Katolickie 9/2026

Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama