Elementarz dla początkujących, zaawansowanych i dojrzałych

Nie gardź sobą. Bo wtedy będzie ci wszystko jedno. Zaakceptuj siebie takim, jakim jesteś, chociaż się już przekonałeś, że nie jesteś genialny

Elementarz dla początkujących, zaawansowanych i dojrzałych

Ks. Mieczysław Maliński

Elementarz

dla początkujących, zaawansowanych i dojrzałych

Wydawnictwo M
ISBN: 978-83-7595-422-7


fragment książki:

Temat 1
KIM JESTEŚ?

Jeszcze nie wiesz, na co cię stać, nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, na co możesz się zdobyć. Nie spodziewasz się, na jaki poziom mądrości jesteś w stanie się wznieść, jaką wolność osiągnąć, jaką świętość, jaką miłość.

Jeszcze nie wiesz, jak nisko możesz upaść. Nie spodziewasz się, ile w tobie małości, tchórzostwa. Nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, ile w tobie chciwości i interesowności. Nie potrafisz uwierzyć, na jakie chamstwo cię stać, na jaką pogardę i arogancję.

Jeszcze nie wiesz, kim jesteś.

Czy masz w sobie coś z anioła, czy z diabła? Pięknieją ludzie, z którymi się stykasz, jaśnieją, rosną, rozwijają się? Czy karłowacieją, czernieją, marnieją, usychają?

Czym obdzielasz ludzi – światłem czy mrokiem, prawdą czy kłamstwem, mądrością czy przewrotnością, wolnością czy niewolą?

A może jesteś nijaki – ani piękny, ani brzydki, ani dobry, ani zły, ani w tobie prawdy, ani zakłamania, aniś ty zimny, ani gorący, a jeżeli coś jeszcze potrafisz, to zazdrościsz innym i cieszysz się z każdego nieszczęścia, a smucisz się z każdego cudzego szczęścia?

Czym żyjesz? Co w tobie płonie? Czym się interesujesz? Jakie sprawy cię angażują? Czym się wzruszasz, cieszysz, martwisz? Co najgłębiej przeżywasz? Jaki jest motor napędowy twojego działania? Co w twoim życiu naprawdę się liczy? Teraz, obecnie, w tej chwili, w tych dniach. A jak oceniasz swoją przeszłość? Co uważasz za swoje osiągnięcie, za swój sukces, zdobycz, a co traktujesz jako niepowodzenie, stratę czasu, śmierć swojego życia? A o czym marzysz, co planujesz, co chcesz osiągnąć w przyszłości: jutro, pojutrze, za miesiąc, za rok?

Gdyby tak nagle otworzyć twoje wnętrze – czy byś się go nie zawstydził przed samym sobą i przed ludźmi?

Czym żyjesz? Co w tobie płonie? Jeśli płonie.

Nie gardź sobą. Bo wtedy będzie ci wszystko jedno. Zaakceptuj siebie takim, jakim jesteś, chociaż się już przekonałeś, że nie jesteś genialny. Zaakceptuj siebie, chociażbyś nawet popełnił zło.

Tylko wtedy potrafisz zachować swoją godność. Tylko wtedy potrafisz walczyć o to, żeby być człowiekiem.

Na tyle przeżyjesz Paryż, na ile cię stać. Powiesz potem, że jest piękny albo brzydki, wspaniały albo płaski, święty albo zepsuty. Na tyle przeżyjesz Rzym, Warszawę, Kraków – na tyle przeżyjesz całe swoje życie. A potem powiedzą o tobie, że byłeś wielki albo mały, głęboki albo płytki, święty albo egoista.

Jak długo zależy ci na kimś albo na czymś, martwi cię, gnębi, nie daje spokoju – tak długo żyjesz. Gdy ogarnia cię cisza i nikt ani nic cię nie obchodzi, a zależy ci już tylko na sobie – to znaczy, że obumierasz, że giniesz.

Nie gadaj tyle. Nie mów bez końca, co myślisz, co uważasz, co twierdzisz, co chciałbyś, coś już zrobił, jakie masz plany, zamiary, nadzieje, perspektywy, szansę, z czym się nie zgadzasz, czemu się sprzeciwiasz, czego nie chcesz, przeciwko czemu protestujesz – w ciągłej obawie, że ktoś może nie wiedzieć o tobie czegoś bardzo ważnego, w ciągłej obawie, że inni mogą cię przesłonić.

Nie mów tyle. Zamilcz, bo będziesz jak pusty plac targowy, po którym wiatr rozrzuca śmieci. Uspokój się, żebyś mógł odnaleźć siebie.

Jakich masz mistrzów? Do kogo zachodzisz, żeby pogadać, odpocząć, odprężyć się, wyżalić? U kogo szukasz ratunku, spokoju? Z kim jest ci dobrze? Kto cię kształtuje, kto ma na ciebie wpływ? Kto jest dla ciebie natchnieniem, inspiracją? Czy to dobry pasterz?

Dla kogo ty jesteś mistrzem? Jacy ludzie przychodzą do ciebie, aby odpocząć, znaleźć silę i radość? Kogo ty rzeźbisz? Pomagasz żyć? Jesteś natchnieniem dobra? Jesteś dobrym pasterzem?

Kiedy ty jesteś ty? Na wczasach czy u siebie? W domu czy w pracy? Wśród domowników czy wśród kolegów? Wśród młodych czy starych, kobiet czy mężczyzn? Gdy spotykasz ludzi, od których jesteś zależny, czy ludzi, którzy od ciebie zależą, którzy wymagają, żądają, grożą, zmuszają, czy też gdy jesteś tym, który oczekuje, domaga się, przymusza, stosuje sankcje? Gdy jesteś chory czy zdrowy? Gdy masz sukcesy czy gdy ponosisz klęski? Przyglądaj się sobie, obserwuj siebie. Umiej się podziwiać, umiej się wstydzić za siebie. Bo w tym rzecz, że chociaż jesteśmy wciąż w drodze i wciąż zmieniają się sytuacje i układy, to przecież nie możesz sobie zaprzeczać, musisz zachować swoją linię, swój rdzeń, swoją istotę, której nie oddasz nikomu, nie sprzedasz za żadne skarby.

Kim jesteś? Może najchętniej odpowiedziałbyś, podając swój zawód: magister, inżynier, doktor, nauczyciel, księgowy, ekspedientka, pielęgniarka, uczeń szkoły podstawowej, średniej, student. Ale nie o taką odpowiedź chodzi. Kim jesteś? Mesjaszem? – Nie. Eliaszem? – Nie. Prorokiem? – Nie. Kim jesteś?

Jan Chrzciciel odpowiedział: Głosem.

Czy masz prawo powtórzyć jego odpowiedź? Czy jesteś głosem Pana? Tworzysz się na kształt powołania, do którego cię Bóg wezwał? Głosisz ludziom Słowo Boże poprzez swoje życie?

Nie zakładaj, że jesteś uczniem, artystą, żoną, profesorem, księdzem, kierowcą. Nie zakładaj, że jesteś katolikiem. Nie zakładaj, że jesteś człowiekiem. To jest nie tylko twój stan, to przede wszystkim wezwanie. Stajesz się uczniem, mężem, aktorem, zakonnikiem, inżynierem, stajesz się katolikiem, stajesz się człowiekiem – przez kolejny swój czyn. Albo przez ten czyn stan swój zdradzasz.

Jesteś jasnością, ale i ciemnością.

Jest w tobie zachwyt pięknem, miłość dobra, radość z prawdy, ale tuż obok jest nienawiść dobra, wstręt do piękna, pogarda prawdy.

Żądasz wolności, ale i drzemie w tobie zapiekła niechęć do każdej swobody, tępa złość na każdą odmienność, zemsta za każdy odruch samodzielności, chęć paraliżowania każdej próby odgięcia karku.

Tęsknisz za tworzeniem, ale i chcesz zniszczenia każdego dzieła, wszelkiego tworu. Jest w tobie czyhanie na wszystko, co żyje; pragnienie, by wszystkich i wszystko zagarnęła śmierć. Czekasz na sposobność, by nie dopuścić do rozwoju, zdławić w zarodku, podgryźć, by się zawaliło, legło w gruzach, by zwiędło to, co zakwitło.

Podziwiasz, ale i zazdrościsz wszystkiego: każdego uśmiechu, sukcesu, kroku naprzód, i korzystasz z wszelkiej okazji, by wyśmiać, wyszydzić, zbezcześcić, sprofanować, upokorzyć, zniszczyć.

W tobie jest ciemność, która chce cię zagarnąć, byś się stał nocą – która chce zgasić światłość, jaką jesteś.

Kiedy człowiek ukazuje się w prawdzie? Kiedy odsłania swoje prawdziwe oblicze? Wtedy, gdy jest pijany czy gdy jest trzeźwy, gdy jest zmęczony i chory, gdy czuje się zwyciężonym czy zwycięzcą, gdy sprawy religijne są mu obojętne czy gdy się modli, gdy się oddaje rozpuście czy gdy jest od niej jak najbardziej daleki, wtedy, gdy kłamie czy gdy mówi szczerze, gdy gotów jest poświęcić się czy gdy leniuchuje, wtedy, gdy powtarza banały czy gdy myśli.

Jesteś o tyle, o ile przekraczasz swoje wymiary określone sytuacją życiową i warunkami, jesteś o tyle, o ile wychodzisz poza swoje interesy egoistyczne, o ile dobro, które tworzysz, nie jest przypadkiem, skutkiem działających determinantów, ale jest przez ciebie chciane.

Jesteś takim, jakim starasz się być mimo wszystkich oporów, jakie napotykasz w sobie i w warunkach, w których tkwisz.

Nie potrafisz zgromadzić wszystkiego, co chciałbyś mieć, a nawet gdybyś potrafił, to powiedz: po co?

Nie może ci chodzić o to, żebyś coraz więcej miał, ale masz starać się o to, abyś coraz bardziej był. Każda rzecz, którą masz, sama w sobie nie ma sensu; musi tobie służyć. Służy, jeżeli pomaga ci stawać się – stawać się coraz bardziej człowiekiem.

Dopiero wtedy w pełni spostrzeżesz siebie, wtedy odnajdziesz swoje miejsce, gdy odkryjesz, że On traktuje cię jak osobę, interesuje się tobą, kocha cię: cieszy się tym, że jesteś i że jesteś taki; przyjmuje wszystko, co twoje, mimo że dalekie jest od doskonałości; wybacza ci twoje wady, gdy zdobywasz się przynajmniej na gest przeproszenia. Dopiero wtedy jesteś w stanie dać wszystko z siebie, gdy Go pokochasz, gdy ci będzie zależało, żebyś się nie skompromitował w Jego oczach, żeby On się na tobie nie zawiódł, gdy ważne dla ciebie będzie jedynie Jego zdanie o tobie.

To my, już tacy przyzwyczajeni, że prowadzą nas za rączkę, za kołnierz i wskazują nam, jaką drogę obrać: czy skręcić w prawo czy w lewo, patrzeć na kołek w płocie czy kapliczkę, kiwać głową czy zaprzeczać; co wybierać, za kim głosować, kogo zwalczać, bo inaczej biją po łapach, odsyłają do kąta, stawiają złe oceny. I choć się szkoła skończy, choć wyjdziemy z domu, wciąż szukamy autorytetów, które by za nas myślały, decydowały, odpowiadały.

Jak stać się człowiekiem, jak dorosnąć do własnych rozstrzygnięć, do nowych przemyśleń, do osobistej odpowiedzialności? Trzeba od początku: dom musi stwarzać tę wolność, aby dziecko mogło się wygadać, wchodziło w polemikę z rodzicami, miało pole do wykazania własnej inicjatywy. To szkoła musi stwarzać tę wolność, aby uczeń mógł mieć swoje zdanie, bronić go, aby brał udział w kształtowaniu szkolnego życia. To Kościół powinien inspirować dziecko do rozwoju osobowości.

Bo inaczej będziemy wciąż społeczeństwem chodzącym w krótkich porteczkach.

Nie przymuszaj nikogo do niczego. Nawet gdy będziesz wiedział na pewno. Nawet w wypadku zła, które komuś zagraża. Nawet w wypadku dobra, które przynosi wielkie korzyści.

Nie uszczęśliwiaj nikogo na siłę. Bo każdy ma prawo być człowiekiem. A tylko wolna decyzja określa człowieka. Tylko ona go tworzy.

Nie zaprogramowano cię, nie otrzymałeś sztywnych poleceń, nie dano ci rozkładu jazdy, abyś wiedział, jakie zająć stanowisko, po której stronie się opowiedzieć, w co się włączyć. Na to musisz tkwić w świecie, być zanurzony w jego życiu. I mieć wrażliwość, by rozumieć, co się dzieje i by porządkować, odróżniać prawdę od błędu, dobro od zła i w ten sposób wyrabiać sobie zdanie i odnajdywać rolę, jaką masz do spełnienia.

Nie ma pecha w twoim życiu, nie ma przypadku. Możesz zmarnować największe okazje – w ogóle ich nie dostrzec. A możesz drobne wydarzenia zamienić w największe – od ciebie to zależy. Przeszłymi latami zarobiłeś na to, jak teraz postępujesz. I obecnie zarabiasz na to, jak będziesz decydował za miesiąc, za rok.

Masz takie życie, jakie sobie budujesz. Jesteś jednością od urodzenia aż po grób. Sam siebie karzesz i sam siebie nagradzasz. Jesteś jednością nawet w swoich dzieciach: w nich ujrzysz siebie i swoje dobro, i swoje zło.

Tajemnica dobra ludzkiego. My, małe cwaniaczki, kombinatorzy, karierowicze, złodziejaszki, oszuści, kłamcy, którzy wszystko mamy na sprzedaż, łącznie z uśmiechem, z uściskiem dłoni, z rozdawaniem prezentów, z dobrym słowem, ze swoją czcią i godnością – aby tylko zyskać, kupić, aby tylko naprzód, aby tylko do góry. A przecież my jesteśmy w stanie zdobyć się na czułość, bezinteresowność, uczciwą pracę od rana do wieczora, poświęcenie, zaangażowanie całego swojego życia w wielką sprawę.

Byleś tylko ten stulony pąk twojej dobroci osłonił rękoma, aby mógł się rozwinąć, wystrzelić, zakwitnąć cudownym kwiatem.

W każdym z nas jest zatruta studnia. W każdym z nas płonie ogień zła. W każdym z nas drzemie szatan. Z biegiem lat coraz bardziej pogłębia się to nasze doświadczenie. Bo coraz lepiej widzimy z przerażeniem, że tam gdzie dotąd rosła zielona łąka, wybucha wulkan. Odkrywamy, że leżą w nas pokłady zła, których nawet nie domyślaliśmy się. Padają kolejne twierdze naszej niewinności, naszej niepokalaności. Przekonujemy się, że nas stać na nienawiść, bezwstyd, zemstę, oszustwo, kłamstwo, sprzedajność. I jeżeli dotąd myśleliśmy o złoczyńcach „on”, „ona”, teraz już wiemy: my też jesteśmy zdolni do każdego przestępstwa.

Teraz już wiemy, że piekło jest w nas i tylko od naszej mądrości i miłości zależy, czy potrafimy opanować ten buzujący ogień zła, który nas trawi. Od naszej mądrości i miłości zależy, czy nie wybuchnie, nie spali nas doszczętnie. Czy nie zamienimy się w szatana. Czy nie będziemy patrzeć na zgliszcza naszej osobowości, mówiąc w przerażeniu: „Jak mogłem to zrobić?”, „Jak mogłem tak postąpić?”. A może nawet już tego nie mówiąc. A może nawet mówiąc to z satysfakcją.

Każdy człowiek musi kochać kogoś albo coś. Miłość jest postulatem rozwoju człowieczeństwa. Tym większa jest gwarancja tego rozwoju, im bardziej człowiek kocha, im bardziej jest kochany, im większy jest przedmiot jego miłości. Człowiek wierzący nie tylko uznaje istnienie Stwórcy i Odkupiciela. To jest początek. On kocha Boga jako pełnię Bytu, Piękna i Prawdy.

Przyjdzie czas, że pryśnie urok zła i zobaczysz krzywdę, którą wyrządziłeś. Przyjdzie czas, że zgaśnie mit twojej wielkości i zobaczysz się małym, w końcu dość głupim człowiekiem. Że wyczerpie się twoja siła i poczujesz się słabą, bezradną istotą. Że odejdą twoi bliscy i zostaniesz sam.

Obyś wtedy wiedział, co zrobić ze swoim złem, ze swoją brzydotą, ze swoją słabością, ze swoją samotnością.

Załatwiaj wszystko, o ile to możliwe, na bieżąco. Nie odkładaj przeprowadzenia koniecznych rozmów, sprecyzowania swego stanowiska, powzięcia ważnej decyzji. Bo wcześniej czy później zagrożą ci w sytuacji, która będzie dla ciebie jeszcze mniej korzystna niż obecna. Staraj się dookreślać. Strzeż się półtonów, półświateł, półcieni, unikaj dwuznacznych sytuacji, niedopowiedzeń. Bo inaczej nagromadzi się tyle niejasności i nieporządku, że sam przestaniesz wiedzieć, kim jesteś i kim są ludzie, którzy cię otaczają.

Pismo święte nie mówi prawie nic o trzydziestoletnim pobycie Jezusa w Nazarecie, bo po prostu w tym okresie nie wydarzyło się nic szczególnego. To było całkiem zwyczajne życie w małym mieście. Zwyczajne wschody i zachody słońca. Zwyczajne przebudzenia, modlitwy, posiłki, prace, wypoczynki. Zwyczajne wiosny, lata, jesienie i zimy. To była matka, ojciec i syn, sąsiedzi, ludzie, u których cieśla Józef, wraz ze swoim synem Jezusem, pracowali.

To było zwyczajnych trzydzieści lat – na to, żebyśmy uwierzyli w wartość zwyczajnego ludzkiego życia przed Bogiem.

Czy jeszcze jesteś osobą? Czy jeszcze nie rozmyłeś się w masie? Czy masz swoje zdanie, opinię, stanowisko? I to nie w głębi duszy, w cichości swojego serca, nie gdzieś w małym gronie starych kumpli, którzy potrafią tylko gadać, ale czy je potrafisz wynieść na rękach i obronić?

Czy masz godność osobistą? Czy zdarza ci się, że wstydzisz się przed samym sobą? Czy wiesz, co to być odpowiedzialnym przed swoim sumieniem? Czy mają dla ciebie znaczenie słowa takie jak szlachetność, prawość? A może te słowa są już dla ciebie obce, nieważne, nic nieznaczące, a może ich już nie rozumiesz...

A może już jesteś jak to masło, które można krajać we wszystkich kierunkach, które można rozsmarować. A może już jesteś tylko obywatelem statystycznym. A może jesteś już po prostu zerem.

Jeszcze zedrzesz kilka ubrań, kupisz kilka książek. Jeszcze wyjedziesz kilka razy nad morze czy w góry.

A potem śmierć.

Tak się przewalają przez nas wydarzenia, jakie się dzieją to tu, to tam na świecie – wojny, katastrofy, nieszczęścia, odkrycia, wynalazki, osiągnięcia. Tak bardzo jesteśmy pod naporem zadań do podjęcia: i to już, i to natychmiast, bo wtedy życie się odmieni i na pewno zbawienie przyjdzie.

Nie daj się popychać, potrzeba, żebyś choć od czasu do czasu zobaczył swoje życie w wymiarach ostatecznych.

Twoja godność osobista. Czy masz szacunek dla słowa, które powiedziałeś? Czy nie uciekasz w ogólniki, w powoływanie się na innych, w zasłanianie się cudzym autorytetem? Czy bierzesz odpowiedzialność za swoje słowo: czy jest ono dokładnie uściślone, czy wyraża to, co chcesz wyrazić? Bez cienia fałszu.

Twoja godność osobista. Czy masz szacunek dla pracy, której się podjąłeś – czy ty się jeszcze czegoś podejmujesz? A może – z lenistwa, wygody, bojaźni, aby nie myśleć ani nie decydować, aby uwolnić się od odpowiedzialności za to, co się dzieje – wtopiłeś się w tłum i człapiesz w nim, poddając się jego instynktowi?

Czy ty już sobie uświadomiłeś samego siebie? Czy ty wiesz, że ty jesteś ty?

Twoja godność osobista. Twoja godność. Ty sam.

Co to znaczy być normalnym? Co to znaczy być nienormalnym? Ile w nas obciążeń dziedzicznych, kompleksów nabytych bez naszej woli, a ile naszej winy: naszej głupoty, słabości, niezaradności – i w końcu naszej złości?

Tyle w nas zaciekłości, nieprzejednania, zazdrości, wstrętów, pogardy. Tyle smutków, strachów, zahamowań, uprzedzeń, pretensji, zadrażnień, zaborczości, brutalności, gwałtowności, chamstwa, nieopanowania. Tyle w nas podejrzliwości, kłamstwa, obłudy, przewrotności.

Jak dalece jesteś normalny, jak dalece jesteś nienormalny? Ile w tobie spadku po przodkach, urazów doznanych w dzieciństwie, a ile twojej winy? Coś ty z siebie zrobił? Co ty z sobą robisz?

Czy wiesz o tym, że się możesz wściec, że rozleci się twoja osobowość, posypią się twoje zasady, zwyczaje, sposoby bycia? Przestaniesz panować nad swoimi myślami, słowami, ruchami i porwany falą szaleństwa narobisz straszliwych głupstw, zranisz ludzi. Może nawet przekreślisz na zawsze swoje życie. I nic nie pomoże, że za chwilę będziesz rwał włosy, tłukł głową o ścianę i mówił: „Jak ja mogłem to zrobić?”.

Na wszystko będzie za późno. Już niczego nie odwołasz, już niczego nie odmienisz. Nic nie powróci do stanu pierwotnego. Czy ty wiesz, że się potrafisz wściec? A jeżeli już wiesz, to naucz się wsłuchiwać w pomruki rozpoczynającej się w tobie lawiny, żeby wstrzymać ją, póki jeszcze czas. Bo za moment będzie na wszystko za późno. Niezależnie od tego, czy jesteś dzieckiem, młodym człowiekiem czy starcem.

Do kogo ja należę: do dobra, które jest we mnie, czy do zła. Co mnie stanowi: moje dobro czy moje zło. Kim ja właściwie jestem: moim dobrem czy moim złem. I tak rozdwojeni pomiędzy naszą interesowność i bezinteresowność, podejrzliwość i szczerość, agresywność i czułość, chciwość i wielkoduszność, nienawiść i oddanie, zazdrość i życzliwość – kształtujemy swoją osobowość kolejnymi decyzjami.

Czy jesteś człowiekiem, w którym mieszka cisza, światło, który wie, czego chce – który chce żyć z Bogiem?

Czy dajesz ludziom pokój? Czy jesteś przystanią, gdzie chronią się bezpiecznie statki w czasie sztormu? Polaną wśród ciemnego boru, pełną słońca, kwiatów, zapachu świerków, śpiewu ptaków, gdzie można wypocząć? Domem rodzinnym, w którego ścianach człowiek czuje się bezpiecznie?

A może jesteś człowiekiem niepokoju? A może jest w tobie ustawiczny wir, zamieszanie, pogoń za błyskotkami świata? I wciąż nie wiesz, czego chcesz od życia, od ludzi, od siebie.

A może jesteś człowiekiem, który sieje niepokój? A może jesteś pustynią bezwodną, nieprzyjazną ludziom, niszczącą ludzi? Stepem nieurodzajnym, po którym ustawicznie hula wiatr? Szulernią, dokąd zaprasza się naiwnych, aby ich ograbić? Knajpą, gdzie rozpija się słabych? Jaskinią zbrodni, intryg, zatargów, niechęci, nienawiści, wzajemnego niszczenia?

Czy jesteś człowiekiem pokoju, czy niepokoju? Synem Boga czy szatana?

O czym marzysz? Pytam się, bo wiedz o tym, że spełni ci się to, o czym wciąż marzysz. To, z czego się chętnie zwierzasz, to, czego nie chciałbyś nikomu zdradzić, czego się wstydzisz przed samym sobą, jak i to, o czym jeszcze nie wiesz, czego sobie jeszcze sam nie uświadamiasz, a co już tętni pragnieniami, tęsknotami i jest równie ważne jak tamte.

To jest ten podziemny twój świat, którym się sam niewiele zajmujesz, o którym jeszcze ludzie nie wiedzą, a który zdecyduje o kształcie twojego losu. Bo jeżeli pragniesz dobra – aniołem się staniesz. Ale jeżeli pragniesz zła – szatanem będziesz.

Drzemią w nas nasi przodkowie: nasi ojcowie, praojcowie, babcie, prababcie. Jesteśmy ich nurtem, ciągiem – dalszym ciągiem. Chociaż już nie wiemy, jacy byli, jak przebiegała historia ich życia – już pomarli ci, którzy by coś na ten temat mogli powiedzieć. Ale to nie jest najważniejsze. Oni są w nas. Żyją w nas.

Swoją odrębność, jedyność, niepowtarzalność budujesz nie za darmo, ale za trud, krwawicę, cierpienie, za ból, drobne i wielkie przeżycia, za pozytywne i negatywne doświadczenia, tragedie i sukcesy, podejmowane rozstrzygnięcia, decyzje – przezwyciężając strach, wygodnictwo, lenistwo. Tworzysz swoją osobę, wykorzystując to, co otrzymałeś, podpierasz, przycinasz, wznosisz w górę. Na ile cię stać, na ile potrafisz. Ale to wciąż tamten pień, tamta krew, tamta kość z kości.

Drzemią w tobie twoi dziadowie, pradziadowie. Twoje matki, pramatki. Wołają ku tobie. Chcą, żebyś był sobą. Żebyś z ich krwi, z ich kości zbudował swój kształt osobowości.

Dwoje ludzi pracuje: dla jednego nuda, dla drugiego twórczość.

Dwoje ludzi rozmawia: jeden powtarza frazesy, drugi odkrywa świat.

Dwoje ludzi się modli: jeden odklepuje modlitwę, drugi sięga nieba.

Dwoje ludzi na nowej Mszy świętej: dla jednego zgorszenie, dla drugiego spotkanie z Bogiem.

Dwoje ludzi żyje: jeden byle przeżyć, drugi pełnią życia.

Jednym z tych jesteś ty.

Jesteś młody czy stary? Pełen nadziei czy też uważasz, że wszystko jest beznadziejne? Chcesz przewrócić świat do góry nogami czy poddajesz się walkowerem? Masz plany, zamiary, cele czy nie masz już żadnych celów, a tylko przyglądasz się życiu jak kibic (albo już nawet się nie przyglądasz: nic cię nie obchodzi, co inni mówią, jak żyją)? Jest coś w tobie z rewolucjonisty permanentnego, wierzącego, że dopóki piłka w grze, to wszystko jest możliwe czy tylko gorszysz się poglądami i stylem życia młodzieży? Jesteś ciekaw świata, ludzi, szukasz podobnych sobie czy uciekasz w przeszłość, wspominając, jak to było dawniej, jacy to świetni byli ludzie?

Masz w sobie iskrę radości, optymizmu, szansy? Grasz w zielone o siebie, o twoje małżeństwo, rodzinę, o Polskę, o ludzkość? Jesteś młody czy stary?

Czy jesteś drzewem figowym, które nie przynosi owocu?

Czy jesteś gospodarzem, który szuka owocu na tym drzewie, ale nie znajduje i poleca ogrodnikowi je wyciąć?

Czy jesteś ogrodnikiem, który prosi o pozostawienie drzewa i obiecuje, że się nim zaopiekuje?

Gdzie odnajdujesz siebie w tym opowiadaniu?

opr. aś/aś

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama