Żelazo żelazem się ostrzy

O kondycji duchowej współczesnego mężczyzny, wychowaniu do męstwa i odpowiedzialności

Wspomnienie św. Józefa, ziemskiego opiekuna Jezusa i męża Maryi, to dobra okazja, aby przez pryzmat jego obecności i roli w historii zbawienia spojrzeć na duchową kondycję współczesnego mężczyzny. Żelazo żelazem się ostrzy Faktem jest, że nigdy w historii - może z wyjątkiem wielkich wojen, które osierociły miliony osób - nie było tak dużo żon bez mężów i dzieci bez ojców. Bardzo często dzieje się tak z powodu kryzysu męskości.

Współczesna kultura, propagowany styl życia nakierowane są na destrukcję rodziny, wypaczenie jej istoty. Nie ma co do tego wątpliwości. Mężczyzna odkrywa w sobie podstawowe powołanie, którym jest ojcostwo, ale zarazem napotyka tysiące przeszkód, które nie pozwolą mu go zrealizować. Chce być sobą! Walczyć, oddawać życie za innych, ale zewsząd słyszy, że to nie ma sensu. Lepiej odpuścić! Brać z życia, ile się tylko da, ponieważ inni za niego tę walkę podejmą, dostarczając jednocześnie gotowców, półproduktów, rozwiązując za niego problemy. Zatem rezygnuje z walki. Staje się niewolnikiem, biorcą, a niewolnik nigdy nie będzie przywódcą. Jeśli nie jest w stanie zawalczyć o siebie - nie obroni też swoich najbliższych. Nie da się kochać innych, będąc niewolnikiem.

Facet musi stać się wojownikiem

Problem w tym, że męstwa, odwagi, wytrwałości nie da się nauczyć z książek. Mężczyznę może tego nauczyć tylko drugi mężczyzna: ojciec, przyjaciel, kolega, duchowy mistrz. Rola matki jest inna. Zdarza się jednak, że w rodzinie (z różnych powodów: nieobecność fizyczna bądź mentalna męża, niewydolność jako ojca rodziny, nieodpowiedzialność, wycofanie, nałogi itp.) tę rolę przejmuje kobieta. Staje się ojcem i matką jednocześnie. Mając silną osobowość, zaczyna dominować w domu. Mówi się niekiedy, że dokonuje się wtedy „duchowa kastracja” - chłop nie ma nic do gadania, jego rola sprowadza się do regularnego przynoszenia do domu zarobionych pieniędzy. Skutek? Mężczyzna albo przyzwyczaja się do narzuconej mu roli, akceptuje ją i staje się ona dlań wygodną wymówką, albo wewnętrznie zapada się, wycofuje. Staje się cieniem samego siebie.

A co się stanie, jeśli zabraknie ojca, ponieważ rodzina się rozpadła? Krąg się zamknie. Chłopiec wychowywany bez ojca nie będzie wiedział, jak stać się ojcem dla swoich dzieci, mężem dla swojej żony. Swoją nieporadność przekaże dalej.

Mamo, nie!

Wielką krzywdę może mężczyźnie uczynić zaborcza miłość matki, ciągły lęk, wyręczanie go w każdym, nawet najdrobniejszym aspekcie życia. Dziś synowie są obsługiwani! Kiedy idą do szkoły, dorastają, zakładają rodziny, żądają tego samego. Nie znają smaku walki, rywalizacji, ponieważ często są zwalniani z zajęć wychowania fizycznego. Nie znając swojej wartości, siły, niewieścieją, przestają wierzyć w swój potencjał. Nie jeżdżą na szkolne wycieczki, ponieważ „może im się coś stać”. Pamiętam siedmiolatka, którego matka codzienne przyprowadzała do szkoły: wnosiła mu plecak do klasy, rozpakowywała tornister, rozkładała książki na ławce. W oczach dziecka widać było łzy i nieme wołanie: „Mamo, nie! Pozwól mi to zrobić samemu!” Czy chciała mu w ten sposób zrekompensować nieobecność ojca, który porzucił rodzinę? Trudno powiedzieć. Jej miłość była toksyczna i raniąca, choć zapewne sama nie zdawała sobie z tego sprawy.

Skazą współczesności jest permanentny lęk przed przegraną, słabość woli u mężczyzn. Przy pierwszym upadku załamują się, tracą wiarę w swoje siły, dezerterują. Opowiadała znajoma, która wiele godzin spędziła ze swoim synem w przychodniach Centrum Zdrowia Dziecka: „Proszę księdza, na oddziałach onkologicznych, ortopedycznych zdecydowana większość oczekujących to samotne matki. W ogromnej ilości przypadków, gdy urodziło się chore dziecko - takie, które nie spełniło oczekiwań męża - ten odchodzi z domu. Nie jest w stanie dźwignąć „przegranej”! Taki jest dziś świat.

Odporność na porażki, hart ducha nie biorą się znikąd. Sztuką jest podnieść się z upadku, otrzepać pobrudzone kolana i iść dalej z podniesioną głową. Syn potrzebuje silnego ojca, nie partnera, kolegi - potrzebuje przewodnika, który objaśni mu świat. Który powie, co jest w nim ważne, za czym warto gonić, a co jest nic nieznaczącym pyłem. Ponoć gdy kiedyś Sokrates przechadzał się po agorze, oglądał rozmaitości wystawione na sprzedaż, mówił: „Jaki ja jestem szczęśliwy, że nie muszę tego wszystkiego mieć”. Ojciec musi nauczyć syna zachowywać dystans do posiadania i do używania - tego, by potrafił sobie powiedzieć: „Nie wszystko muszę mieć. Nie wszystko w życiu muszę przeżyć”...

Odpowiedzialność

Leszek Kołakowski, filozof, pisał: „Odpowiedzialność jest to temat, w którym streszcza się i objawia wielka choroba naszej cywilizacji - choroba być może jeszcze nie śmiertelna, lecz niezwykle niepokojąca”. Jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za to, co robimy, także za to, czego nie robimy. W języku polskim „odpowiedzialność” wywodzi się od słowa „odpowiedź”. Jest zatem w nim zawarta relacyjność, stanowi konsekwencję wyboru, decyzji, echo opowiedzenia się za kimś bądź za czymś. Trudno dziś mówić o odpowiedzialności, ponieważ wmówiono ludziom, że najważniejsza jest przyjemność. Mężczyznom także. A tak nie jest. „Wolność oznacza nie tylko, że człowiek ma zarówno możliwość wyboru, jak i niesie jego brzemię - pisał Friedrich Hayek. - Oznacza także, że musi on ponosić konsekwencje swoich czynów, otrzymywać za nie pochwały lub spotykać się z potępieniem. Wolność i odpowiedzialność są nierozerwalne”. Współczesna kultura rzadko łączy oba słowa.

Szkoda, że nie ma dziś zasadniczej służby wojskowej. Nie chodzi o to, by były to dwa czy trzy lata - niech to będzie kilka miesięcy, pół roku. Dawniej w wojsku młody mężczyzna uczył się, co to znaczy być odpowiedzialnym za siebie i innych, za drużynę. Poznawał wartość męskiej przyjaźni, uczył się pokonywania własnych ograniczeń, walki, samodzielności. Trudno było go potem złamać. Dziś pozbawiony takich możliwości staje się egocentrykiem, płaczką, która użala się nad sobą przy byle okazji, lamentuje, pokazuje, jak bardzo cierpi.

Ucieczki

Kolejny problem to uzależnienia, ucieczka w sztuczny świat. Jeden z młodych ojców zapytany, ile czasu dziennie rozmawia ze swoim dorastającym synem, wzrusza ramionami. Niewiele. Ma swój święty „rytuał”: każdego dnia po procy musi godzinę poświęcić na przeglądanie zasobów internetu. Syn robi to samo, zawala lekcje, ucieka od rzeczywistości. Nie szanuje ojca - kiedy zaczynają rozmawiać, wszystko kończy się krzykiem, oskarżeniami. Żyją razem, a jednocześnie obok siebie. Rozmawiam czasem z młodymi księżmi: ciągle są zmęczeni! Sfrustrowani tym, że ktoś niepochlebnie się wyraził, nie docenił ich pracy, zaangażowania, zapadają się w sobie, otaczają multimediami, które zaczynają zastępować prawdziwy świat. Uciekają. Czyż może dziwić, że coraz więcej z nich odchodzi z kapłaństwa? „Z ludu wzięci, dla ludzi postawieni”. Ktoś, kto nie stał się wojownikiem, kto nie byłby - w innych okolicznościach - dobrym ojcem, który będzie spalał się dla rodziny, bronił jej, walczył o nią ile tylko sił, nie będzie dobrym księdzem.

„Żelazo żelazem się ostrzy” - pisał autor Księgi Przysłów (Prz 27,17). Jeśli dorastający chłopiec nie nauczy się mówić „nie” małym rzeczom, nie będzie umiał mówić „nie” nawet największym pokusom. Dlatego tak ważne jest kształtowanie hartu ducha, wychodzenie na pustynię, gdzie „brzmią dzikie głosy”, gdzie trzeba toczyć najtrudniejszą walkę: z sobą samym.

Ważne jest też, by obok byli inni mężczyźni. Konieczne jest, by mężczyzna od mężczyzny żądał odpowiedzialności, dotrzymywania obietnic, honoru, szacunku, spalania się dla innych. Aby potrafił powiedzieć: „Upadniesz wiele razy, ale powstaniesz! Bo mężczyzna powstaje!” Pomoże mu brat, który upadł może tydzień temu i ktoś inny pomógł mu wstać. „A kiedy powstaniesz, poczujesz smak porażki - pomożesz wstać komuś innemu!”. Rola męskich przyjaźni jest nie do przecenienia! Niestety, społeczeństwo zbudowane jest dziś na izolacjonizmie, dlatego gdy facet zostaje sam ze swoimi problemami, najczęściej przegrywa, ucieka w pornografię, nałogi. Kiedy żądze zaczynają przejmować władzę nad facetem, staje się cieniem siebie...

Św. Paweł, pisząc do mężczyzn, używał obrazów batalistycznych, sięgał po opisy rywalizacji na arenie sportowej. Słusznie. To przemawia do faceta. Ale największą inspiracją dla mężczyzny jest krzyż Chrystusa. Trzeba się weń wpatrzeć. Tam poszukać siły do walki, służby, spalania się dla innych!

Najpiękniejszy widok: ojciec prowadzi swoich synów, córki przed ołtarz, klękają do spowiedzi, modlą się wspólnie! Codzienna modlitwa, regularna spowiedź - to fundament dojrzewania męskiej duszy. Dopiero wtedy staje się on mocny!

KS. PAWEŁ SIEDLANOWSKI
Echo Katolickie 11/2017

opr. ab/ab

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama