Pierwsze przykazanie przestało obowiązywać

Tak twierdzi Richard Dawkins - autor "Boga urojonego". A jednak współczesność jest wcale nie gorsza w wynajdywaniu bożków niż starożytność

Tak przynajmniej twierdzi Richard Dawkins, autor książki Bóg urojony. W podejrzeniu, że ateiści wyrażają głośno ustami to, co ciszej gra w duszach wierzących, pozwolę sobie zacytować fragment podręcznika „dumy ateistów”: Skłonność do czczenia cudzych bogów dla nas, ludzi współczesnych, jest czymś, z czym dość trudno się identyfikować. Być może to przejaw mej naiwności, ale sądzę, że przestrzeganie przykazania „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną” nie powinno być zbyt trudne. [...] Tymczasem przez cały Stary Testament, z monotonią nużącą niczym w kiepskim serialu, ilekroć tylko Pan Izraela odwróci na chwilę spojrzenie od swych dzieci, wszyscy natychmiast rzucają się a to do ołtarzy Baala, a to jakiegoś innego idola, a to wreszcie — i to w fatalnych zupełnie okolicznościach — złotego cielca (Bóg urojony, tłum. P.J. Szwajcer, Warszawa 2012, s. 331).

O ile guru ateizmu nie spowiada się zapewne w ogóle, to z kolei wierzący, którzy się spowiadają, nie wyznają, jak przypuszczam, przekroczenia pierwszego przykazania Dekalogu, choć przecież zaraz po odejściu od kratek konfesjonału wpadają w niewolę składania ofiary z samych siebie i swoich rodzin na ołtarzu poświęconym bożkom, tyle że przebranym w szatę świeckości (praca, nauka, obowiązkowy wyjazd zagraniczny na wakacje, troska o przyszłość i zdrowie, kredyty, ubezpieczenia, rodzina ponad Bogiem, i tak dalej z monotonią nużącą niczym w kiepskim serialu).

Warto zdać sobie sprawę z tego, w jaki sposób dokonała się ta przebieranka bożków. Została ona spowodowana „rewolucją kopernikańską” chrześcijaństwa, którego wpływowi reprezentanci uznali, że Bóg objawiający się i Bóg wydedukowany przez filozofów to ten sam Bóg. Wcześniej nawet Absolut filozofów nie stanowił żadnego zagrożenia dla bóstw, o których bajały mitologie. Niepoprawni politycznie i nietolerancyjni religijnie (choć prześladowani) wyznawcy Chrystusa nie chcieli jednak dołączyć swojego Boga do panteonu bóstw traktowanych na tyle niepoważnie, że rozum nie mieszał się do mitologicznych wierzeń. Było to w czasach, gdy filozofowie pogańscy (nawet moniści!) pozostawali religijnymi politeistami, bowiem rozum i religia stanowiły dla nich światy na tyle od siebie odległe, że nie groziło to nawet konfliktem, a tym bardziej nie wymagało syntezy rozumu i wiary.

Paradoksalnie, bogowie nie istniejący mieszają się do wszystkiego, w przeciwieństwie do Boga prawdziwego, który pozwala rzeczywistościom ziemskim na ich autonomię. Starożytni mieli więc nieodpartą pokusę szukania wszędzie mistycznych mocy, szczególnie w naturze i jej fenomenach, przez co dali się zwieść i ubóstwiali to, co zostało stworzone. Właśnie to zarzucali im biblijni autorzy, i w tym sensie, jak trafnie zauważył kard. Schönborn, Biblia jest pierwszą oświecicielką. W pewnym sensie odczarowuje świat; ogołaca go z jego magicznej, mitycznej mocy, „odmitologizowuje” świat, pozbawia go „boskiej czci” (Cel czy przypadek? Dzieło stworzenia i ewolucja z punktu widzenia racjonalnej wiary, tłum. M. Szczepaniak, Kielce 2009, s. 15).

Do pierwszych dwóch paradoksów — nie istniejący bogowie mieszają się do wszystkiego, co istnieje, i to mieszają się „na poważnie”, choć nie są traktowani poważnie — dołóżmy kolejny: otóż chrześcijanie, którzy jednym wyznaniem wiary w Boga Stworzyciela pokonali wszystkich nie istniejących bogów, potraktowali ich z większą estymą niż mitologie — opatrznościowe wkroczenie chrześcijaństwa tchnęło w nich nowe życie, uznając ich za diabłów (G.K. Chesterton, Obrona człowieka. Wybór publicystyki (1909—1920), tłum. Jaga Rydzewska, Warszawa / Ząbki 2008, s. 219). I teraz dochodzimy do sedna, ważnego zarówno dla spowiedników, jak i dla spowiadających się: pomimo że w spotkaniu ze Zmartwychwstałym starzy bogowie musieli umrzeć (lub poddać się reinkarnacji i w nowym wcieleniu stać się demonami), pokusa ubóstwiania tego, co nie jest Bogiem, nie zniknęła, jednak odtąd bóstwa straciły maskę boskości i muszą się ukazywać nie zamaskowane w swej prawdziwej świeckości. Na tym polega istotna różnica między pogaństwem przed Chrystusem i po Chrystusie, że wycisnęła na nim swe piętno kształtująca historię moc chrześcijańskiego wyparcia się bogów (J. Ratzinger, Wprowadzenie w chrześcijaństwo, tłum. Z. Włodkowa, Kraków 2012, s. 115).

W tym względzie nie myli się — nawet jeśli w innych sprawach wydaje się błądzić — praski teolog zajmujący się zjawiskiem niewiary: Przeciwieństwem wiary nie jest ateizm, ale idolatria (T. Halík, Głosiciel ukrytego Boga, „Teofil” 2012, nr 2, s. 17). A ona zasługuje na coś więcej niż pokuta sprowadzona do kilku zdrowasiek. Niech więc spowiadający się przyjrzą się bacznie pierwszemu warunkowi dobrej spowiedzi i dokonają go w perspektywie pierwszego przykazania Dekalogu, a łatwiej im będzie pod świeckim przebraniem ujrzeć skrywającego się idola. Niech też spowiednicy nie wahają się ukazywać złotego cielca, wokół którego tańczą spowiadający się, nawet jeśli posługują się świeckimi eufemizmami dla ukrycia tegoż. A przede wszystkim niech jedni i drudzy idą wąską dróżką pomiędzy fideizmem a racjonalizmem, na wzór ojców Kościoła, którzy dokonali syntezy rozumu i wiary. Niczego mniej nam dziś nie potrzeba niż powrotu do pobożności nierefleksyjnej, na wzór mitologicznych bajek. Precz z tym demonem!

Wniosek, znów wyrażony paradoksem: Im mniej bożków, tym bardziej obowiązuje przykazanie „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”.

Tekst ukazał się w Homo Dei (2013) nr 3. Publikacja w serwisie Opoki za zgodą Autora

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama