„Dzieci klęczały przed krzyżem” – rozmawialiśmy z katechetką z Kielna

Rodzice z Kielna walczą o prawdę w mediach. Jako katolików boli ich profanacja krzyża, jako rodziców – karygodne zachowanie nauczycielki, a jako obywateli – fałszywa narracja w mediach. Pojechałam do Kielna, by oddać głos tym, którzy z obrońców krzyża stali się ofiarami hejtu.

„O Kielnie i obronie krzyża już raz było głośno” – mówi Opoce katechetka i nauczycielka języka kaszubskiego Ludwika Krause-Oczk. „W szkolnej kronice mamy zapis, że w czasach komunizmu, gdy nakazano usuwać symbole religijne ze szkół, jedna z kobiet weszła do budynku przez okno i potajemnie zawiesiła krzyż. Mówię o tym, bo to pokazuje, jak ogromną wartość ma dla nas, Kaszubów krzyż. To także element tożsamości i kultury” – podkreśla.

Katechetka uczy w Szkole Podstawowej im. Bohaterów Westerplatte – gdzie 15 grudnia nauczycielka sprofanowała krzyż – od 1993 roku. W ubiegłym roku szkolnym uczyła religii obie klasy siódme, a dziś jest wychowawczynią klasy VII A. Do tej samej szkoły uczęszczali jej rodzice, a babcia brała udział w strajku dzieci w Szemudzie, gdy Niemcy zakazali języka polskiego na lekcjach religii.

„Kaszubi dbali o wiarę i nie dali się wynarodowić. W moim domu krzyż był świętością – mama kreśliła znak krzyża na chlebie, modliliśmy się codziennie na kolanach, a do dziś, wchodząc do domu, mówi się: Szczęść Boże” – mówi.

Na kolanach przed krzyżem

Lekcje religii prowadzone przez panią Ludwikę zawsze zaczynają się od modlitwy przed krzyżem – na kolanach.

„To moment wyciszenia i skupienia. Najcichsza chwila lekcji. Dzieci przyzwyczaiły się, że krzyż w klasie jest i że oddaje się mu szacunek” – wyjaśnia.

Jak podkreśla katechetka, w grupie językowej, w której doszło do bulwersującego incydentu: 15 grudnia nauczycielka angielskiego zdjęła ze ściany krzyż i wyrzuciła go do kosza na śmieci, używając przy tym obraźliwych słów, wcześniej nalegając na ucznia, by zdjął krzyż, były nie tylko dzieci kaszubskie, wyrosłe w wierze i tradycji. „Były też dzieci ukraińskie i takie, które nie chodzą na religię. Ale były również dzieci, które uczyłam wcześniej, które wiedzą, że krzyż jest największą wartością i należy mu się szacunek. Wyrzucenie krzyża do kosza najbardziej zraniło właśnie je” – mówi.

„Boli mnie, gdy w mediach mówi się, że dzieci »bawiły się krzyżem« albo zrobiły nauczycielce psikusa. To krzywdzące i nieprawdziwe” – dodaje.

Po incydencie do katechetki przyszli uczniowie z klasy VII B.

„Widziałam w ich oczach poruszenie. Jeden zapytał mnie, co sądzę o zdejmowaniu krzyża. Odpowiedziałam, że jeśli bronią krzyża, to dla mnie – jako katechety – powód do dumy” – relacjonuje.

Krzyż zdejmowany wielokrotnie

Katecheza odbywała się w sali 113, dzielonej z nauczycielką języka angielskiego. To właśnie tam – na oczach uczniów – krzyż został wyrzucony do kosza. Rodzice i dzieci przyznają, że wcześniej był on zdejmowany kilkukrotnie.

„We wrześniu dziewczynki z mojej klasy zauważyły, że krzyża nie ma. Powiedziałam im, żeby jeśli znajdą go u woźnej, przyniosły i same zawiesiły. Tak zrobiły. Po pewnym czasie krzyż znów zniknął” – mówi katechetka.

Jedna z uczennic usłyszała od nauczycielki angielskiego: „Nie jestem osobą wierzącą, mogę ten krzyż zdjąć”.

Sprawa została zgłoszona dyrekcji. „Żeby nie było konfliktu, przeniesiono mnie z klasą do innej sali” – wyjaśnia. „Od tego momentu nie prowadziłam już zajęć w tamtej sali i nie wiem, co działo się później. Wiem jedynie, że drewniany krzyż został zdjęty i nie był ponownie zawieszony” – mówi.

Jak znalazł się tam plastikowy? Tego nikt nie wie.

„Nawet jeśli krzyż zawiesiły dzieci – a to jest bardzo możliwe – nie było w tym niczego uchybiającego jego godności. Wisiał wysoko i z szacunkiem. Jeśli użyto innego krzyża, być może takiego, jaki był dostępny, to również nie była profanacja. Krzyż, nawet jeśli pochodził od elementu stroju, nadal pozostaje znakiem i symbolem – a symbole wymagają szacunku” – dodaje.

Krzyż to krzyż

Uczeń klasy VII A, Krzyś Kamola, o całej sprawie dowiedział się od kolegów z równoległej klasy.

„Nie wiem, kto zawiesił krzyż. Mówią, że mógł to być wydruk z drukarki 3D albo element stroju. Ale dla mnie krzyż to krzyż – nieważne, skąd pochodzi” – mówi Krzyś Kamola. „To tak, jakby ktoś wszedł do kościoła i zniszczył święte przedmioty” – dodaje.

Chłopiec natychmiast poinformował o zdarzeniu rodziców. Ci – wobec braku reakcji ze strony dyrekcji szkoły – 8 stycznia zorganizowali pikietę przed placówką, domagając się poszanowania symboli religijnych oraz wyciągnięcia konsekwencji wobec nauczycielki. Organizatorem protestu był Konrad Niżnik, przewodniczący Konfederacji Korony Polskiej okręgu gdyńsko-słupskiego.

Podczas zgromadzenia rodzice relacjonowali, co wydarzyło się w szkole. Uczniów określano mianem „młodych obrońców Westerplatte”, dziękując jednocześnie rodzicom, dziadkom oraz katechetce za wychowanie młodego pokolenia w duchu wiary.

Jak relacjonuje pani Agata Kamola, mama Krzyia, przebieg zdarzenia był następujący: nauczycielka zwróciła się do jednego z uczniów słowami: „Zdejmij ten krzyż”. Gdy ten odpowiedział: „Ja tego krzyża nie zdejmę”, nauczycielka weszła na krzesło, zdjęła krzyż i wrzuciła go do kosza, komentując: „To plastikowe g**o nie będzie tutaj wisieć”*. Następnie – jak twierdzi rozmówczyni – otrzepała ręce z wyraźnym obrzydzeniem.

Hejt zamiast rzetelności

Uczniowie, którzy bronili krzyża, z bohaterów szybko stali się obiektem internetowego hejtu. Sprawę próbowała umniejszać nauczycielka angielskiego oraz jej obrońca. W mediach pojawiło się udostępnione przez policję zdjęcie plastikowego krzyża, który szybko zyskał miano „plastikowej zawieszki w kształcie krzyża” lub „elementu stroju na Halloween”, a cała sytuacja miano „uczniowskiego żartu”.

„Wyrzuciłam gadżet od halloweenowego stroju, którym bawiły się dzieci, a następnie powiesiły go nad klatką chomika” – mówiła nauczycielka w pierwszym wywiadzie po wybuchu sprawy. „To był element przebrania, do którego nikt nigdy się nie modlił. Szanuję przedmioty czci religijnej i nigdy nie wyrzuciłabym krzyża reprezentującego wiarę” – podkreślała, zaprzeczając także, by użyła wobec uczniów wulgaryzmów. Całą sytuację określiła jako „niefortunny żart uczniowski”.

Narrację podchwyciły media.

Z obrońców krzyża zaczęli naśmiewać się Youtuberzy, w komentarzach w mediach społecznościowych pojawił się hejt i oskarżenie o robienie sprawy z niczego, sam adwokat nauczycielki – ten sam, który bronił Nergala – nie ukrywał, że najważniejszym zadaniem jest teraz udowodnić, że plastikowy krzyż nie był obiektem religijnego kultu.

„W tej całej sprawie dla mnie priorytetem jest teraz obrona prawdy” – mówi Anita Malek, mama ucznia z VII B. „Nasz syn był świadkiem zdarzenia. Po tym, co przeczytał w internecie, bardzo to przeżył. Zrobił nawet zdjęcie sali, by pokazać, że krzyż wisiał w godnym miejscu, a nie „na klatce dla chomika”, jak sugerowały niektóre media” – dodaje.

Anita Malak napisała maila do szkoły, prosząc o przeprowadzenie rozmowy wychowawczej z klasą na temat dezinformacji w mediach. „Miałam także cichą nadzieję, że szkoła przyczyni się do sprostowania fałszywych informacji podawanych ze strony nauczycielki... Tymczasem na spotkaniu z panią pedagog dzieci nie mogły nawet wypowiedzieć się na temat tego, co zaszło" – mówi Opoce.

Prokuratura bada sprawę

Sprawą zajmuje się prokuratura w Wejherowie. „Toczy się tzw. postępowanie w sprawie, a nie przeciwko konkretnej osobie. Prokuratura ustala stan faktyczny, zbiera relacje dzieci, rodziców oraz innych osób, które mogły mieć styczność z tą sytuacją. Celem jest ustalenie, co dokładnie się wydarzyło i czy doszło do naruszenia uczuć religijnych. Przesłuchano już kilkoro dzieci, planowane są kolejne przesłuchania” – mówi Opoce pełnomocnik rodzin z Ordo Iuris, Wawrzyniec Knoblauch.

„Nie wiem, kto zawiesił krzyż, ale kluczowa jest reakcja nauczycielki. Z relacji dzieci wynika, że okazała obrzydzenie i użyła obraźliwych słów. To nie miałoby miejsca, gdyby chodziło o zwykłą zabawkę” – podsumowuje. I dodaje, że nie ma też dowodów, że dzieci wcześniej bawiły się krzyżem lub traktowały go w sposób żartobliwy.

„Dzieci były zszokowane i głęboko dotknięte tym, co się stało – dla nich krzyż pozostaje krzyżem. Z relacji rodzin wynika ponadto, że od września próbowano umieścić krzyż w tej sali, lecz znikał on w niewyjaśnionych okolicznościach. Nauczycielka miała wielokrotnie wyrażać niechęć wobec jego obecności, co podważa narrację o neutralności. Gdyby krzyż został zdjęty spokojnie i odłożony w godne miejsce lub zgłoszony dyrekcji, sprawa nie wywołałaby takiego poruszenia” – wyjaśnia. 

„Dzieci zdały egzamin. Gorzej z dorosłymi” – podsumowuje katechetka.

Boli brak skruchy 

Nauczycielka języka angielskiego, która na oczach dzieci wyrzuciła krzyż do kosza, wróciła do pracy. Po nagłośnieniu sprawy została zawieszona przez dyrekcję szkoły, jednak komisja dyscyplinarna przy wojewodzie pomorskim uchyliła tę decyzję.  Anglistka nie uczy już klas VII, na korytarzu – jak mówią dzieci – odwraca się do nich tyłem.

„Dzieci bardzo przeżywają fakt, iż nauczycielka nie okazała żadnej skruchy. To nie fair i całkowicie niepedagogiczne. Przecież uczymy dzieci, że jeśli kogoś zranimy, należy przeprosić” – mówi Agata Komola.

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama