Krzyż niezgody

Wtorkowa awantura o krzyż była fałszywym akordem poprzedzającym zaprzysiężenie prezydenta Bronisława Komorowskiego

"Idziemy" nr 32/2010

Ks. Henryk Zieliński

Krzyż niezgody

Wtorkowa awantura o krzyż była fałszywym akordem poprzedzającym zaprzysiężenie prezydenta Bronisława Komorowskiego. Nic nie dała, a przy odrobinie dobrej woli łatwo jej było uniknąć.

Wystarczyło przecież, zgodnie z tym, co pisałem w przed miesiącem, od razu odczekać z przeniesieniem krzyża do momentu poświęcenia na terenie Pałacu Prezydenckiego choćby specjalnej płyty upamiętniającej śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego małżonkę i pracowników kancelarii. Czas tej uroczystości pozostawał w gestii prezydenta elekta i jego kancelarii. Trzeba było tylko jakkolwiek rozpocząć i przyspieszyć prace nad stosownym monumentem. Ale dobrej woli wyraźnie zabrakło. Wypowiedź prezydenta Komorowskiego dla „Gazety Wyborczej” w sprawie krzyża, zaledwie dwa dni po rozstrzygnięciu drugiej tury wyborów, miała charakter jawnie konfrontacyjny wobec części społeczeństwa i opozycji. Była również mało taktowana wobec Kurii Metropolitalnej Warszawskiej. Nie moja to jednak rola obrażać się w imieniu warszawskiej kurii.

Do zaognienia sporu o krzyż przyczyniły się niewątpliwie także służby porządkowe. Zarówno miejskie, jak i te z Pałacu Prezydenckiego pod nowym kierownictwem. Bo legitymowanie i spisywanie tych, którzy zatrzymywali się na modlitwę pod krzyżem, robili pamiątkowe zdjęcia czy dziennikarzy pracujących na miejscu wydarzeń stwarzało zbyt proste analogie do sytuacji w stanie wojennym. Swoje pięć groszy w eskalacji napięcia miały również media. Ciągłe przypominanie daty i godziny przeniesienia krzyża podnosiło to wydarzenie w świadomości społecznej do rangi ogólnonarodowej. Powodowało mobilizację, zwieranie szeregów i wzajemne nakręcanie się zarówno po stronie tych, co zapowiedzieli przeniesienie krzyża, jak i tych, którzy zapowiadali jego obronę nawet za cenę krwi. To normalne, bo każda ze stron łatwiej przełknęłaby porażkę po cichu niż w obecności kamer i reporterów. Swoje pięć minut mieli także politycy, którzy zwęszyli możliwość zaistnienia jako obrońcy wartości: religijnych, patriotycznych, liberalnych czy lewicowych – jakie kto woli!

Niepotrzebnie w cyniczne porachunki włączono harcerzy. Ci młodzi ludzie, z którymi rozmawiałem, czuli niesmak z powodu wyręczania się nimi w sporach, którymi inni nie chcieli sobie brudzić rąk. Bo chociaż to prawda, że krzyż w dniach narodowej żałoby postawili spontanicznie właśnie harcerze, podobnie jak w ogóle spontanicznie pełnili wtedy swą służbę, to nie należało ich karać za poryw serca koniecznością udziału w przepychankach, które nie licowały z harcerskim mundurem. Tej oceny nie zmienia fakt, że do wykonania zadania wzięto tylko ochotników, rosłych i pełnoletnich. Z tak instrumentalnym potraktowaniem harcerzy nie mieliśmy do czynienia od czasów PRL.

Przykre, że krzyż zarówno dla mediów, jak i dla większości polityków stał się „piłką w grze”. Zafundowano nam gorszący spektakl z krzyżem. Nie jestem bowiem tak naiwny, aby uznać, że którakolwiek ze stron sporu zasługuje na beatyfikację za obronę chrześcijańskich wartości i symboli. Bo choć jedni chcieli przeniesienia krzyża w „bardziej godne miejsce”, a inni chcieli go godnie pozostawić w spokoju, to jakoś ani PO, ani PiS nie wystąpiły gremialnie w obronie krzyża wobec Trybunału w Strasburgu, kiedy było trzeba. Podobnie jak dzisiaj Platforma cynicznie gra w sprawach in vitro projektem Jarosława Gowina, tak przed trzema laty PiS grało projektem Marka Jurka, aby ochronę życia od poczęcia do naturalnej śmierci wpisać do konstytucji. Tym zaś, którzy nie mogą ścierpieć obecnej prezydent Warszawy, przypomnę, że jej kontrkandydatem z PiS był …Kazimierz Marcinkiewicz. O to zaś, czy bliższe Kościołowi są poglądy Joanny Fabisiak z PO, czy Joanny Kluzik-Rostkowskiej z PiS, gotów jestem się zakładać o wysoką stawkę. Polityka coraz bardziej przypomina igrzyska, gdzie barwy klubowe są przedmiotem umowy.

Ale igrzyska muszą się kiedyś skończyć. Przez najbliższe pięć lat – i oby przez pełną kadencję – prezydentem RP będzie Bronisław Komorowski. Takiego mamy, bo takiego wybrał naród. Nie tylko ci, którzy na niego głosowali, również ci, którzy pozostali w domach i ci, którzy popierali jego kontrkandydata, ale byli w tym za mało skuteczni. Nie wierzę, że nowy prezydent załatwi podwyżki nauczycielom od września, ani że doprowadzi do obniżenia podatków. Ale mamy prawo od niego oczekiwać, że będzie szanował pamięć swojego poprzednika, budował autorytet najwyższego urzędu w państwie i w praktyce pokaże, jak „Zgoda buduje”. Na to nie trzeba przecież żadnego cudu.

opr. aś/aś

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama