Nie tylko z chorymi

Często w kontaktach z chorymi jesteśmy zakłopotani, nie wiemy, jak się zachować. Uciekamy się do wielkiej teologii cierpienia albo do płytkiego „będzie dobrze”...

Często w kontaktach z chorymi jesteśmy zakłopotani, nie wiemy, jak się zachować. Uciekamy się do wielkiej teologii cierpienia albo do płytkiego „będzie dobrze”...

Odwołam się już po raz kolejny do książki papieża Franciszka: „Powróćmy do marzeń”. A konkretnie do fragmentu, w którym Ojciec Święty dzieli się swoim doświadczeniem pobytu w szpitalu, gdy jako dwudziestolatek nabawił się ciężkiej infekcji. Był prawie umierający. Usunięto mu górny płat jednego płuca. W powodzenie terapii nie wierzyli nawet prowadzący ją lekarze. Z tego czasu papież wspomina mądre i dobre pielęgniarki, które nie bacząc na zalecenia lekarskie, aplikowały mu podwójne dawki antybiotyków i środków przeciwbólowych. Pisze o seminaryjnych kolegach, którzy oddawali dla niego krew. Przywołuje na pamięć tych, którzy go odwiedzali w szpitalu i próbowali pocieszać, że wszystko będzie dobrze. Ale z największą atencją odnosi się do siostry zakonnej, która w dzieciństwie przygotowała go do Pierwszej Komunii. Kiedy przyszła w odwiedziny, pocałowała go i wzięła za rękę, nic nie mówiąc. Po jakimś czasie wyszeptała tylko dwa słowa: „Naśladujesz Jezusa”. „Nie musiała mówić nic więcej. Jej obecność, jej milczenie były głęboko pocieszające” – pisze Franciszek.

Warto sobie wziąć tę papieską refleksję do serca. Często bowiem w kontaktach z chorymi jesteśmy zakłopotani, nie wiemy, jak się zachować. Uciekamy się do wielkiej teologii cierpienia albo do płytkiego „będzie dobrze”. Przeżywamy wówczas te same problemy, które mieli przyjaciele cierpiącego Hioba, próbujący po ludzku racjonalizować to, co dla nas pozostaje niepojęte. Nad łóżkiem człowieka, dla którego cierpienie nie jest teoretycznym wyzwaniem, ale realnym doświadczeniem jego ciała i duszy, każde słowo zdrowego mądrali może być tym jednym słowem za dużo. Może zadawać ból. Ważniejsza jest wtedy solidarna obecność przy chorym: nie w pojedynkę, tylko w jedności z Chrystusem, jak ta mądra siostra, która uczyła wiary przyszłego papieża.

Szczególnej solidarności z chorymi wymaga od nas trwająca pandemia. Nie wyjdziemy z niej, nie troszcząc się o siebie nawzajem. Zaraza dopada nie tylko ludzi starych i schorowanych, ale również tych w pełni sił. Nikt nie wie, czy jutro nie będzie potrzebował, aby ktoś mu przyniósł pod drzwi najpotrzebniejsze lekarstwa i coś do jedzenia. Nie wszyscy przecież chorują w szpitalach, gdzie mają zapewnioną opiekę. Ale ta solidarność musi się przejawiać już na poziomie zapobiegania nieszczęściu. Chrońmy osoby starsze i schorowane przed niepotrzebnym ryzykiem, zróbmy im zakupy, pomóżmy załatwić coś przez internet, z którym może sobie nie radzą. Relacje o seniorach, którzy czekali po cztery godziny na mrozie przed przychodnią, aby się zapisać na szczepienie, powinny poruszyć nasze sumienia. Dla nas to przecież dwa stuknięcia w klawiaturę. Wreszcie: nie roznośmy bez sensu wirusa, aby nie brać na swoje sumienie czyjejś choroby lub śmierci.

Aktualna sytuacja rodzi szczególną potrzebę solidarności z chorymi dziećmi i ich rodzicami. Szczególnie chodzi o matki, które noszą pod sercem dzieci nieuleczalnie chore bądź już takie dzieci wychowują. Dobrze, że Trybunał Konstytucyjny stanął w końcu po stronie zapisanego w Konstytucji prawa do życia również tych dzieci. Brak publikacji orzeczenia w tej sprawie byłby przejawem głębokiej schizofrenii państwa, które upomina się o życie jednego ze swoich emigrantów w brytyjskim szpitalu, a milczy wobec ponad tysiąca zabijanych corocznie dzieci, zdolnych do samodzielnego życia. Nie można jednak ludzi dotkniętych niepełnosprawnością dziecka zostawiać samym sobie. Państwo nie gwarantuje im jeszcze odpowiedniego wsparcia. Zanim to zrobi, potrzeba naszej solidarności z nimi. Najprościej za pośrednictwem którejś z działających instytucji kościelnych czy społecznych. Ich przykładowy wykaz podajemy na III stronie okładki.

Na koniec jeszcze jeden przykład solidarności. Dał go ostatnio bp Jan Wątroba z Rzeszowa. Kiedy środowiska antykościelne wszczęły nagonkę na proboszcza z Ropicy Polskiej za to, że od trojga kandydatów do bierzmowania zażądał – nie bez powodu – odcięcia się od „Strajku Kobiet”, kuria biskupia nie tylko nie zostawiła księdza „na spalonym”, ale jeszcze w specjalnym komunikacie napisała, że postawa proboszcza „zasługuje na uznanie”. Ksiądz zrobił przecież to, co do niego należało. Za kilka dni miał stanąć przed biskupem i zapewnić go, że młodzież ta jest przygotowana do bierzmowania. Nie chciał oszukiwać swojego biskupa. A biskup nie zawahał się stanąć po jego stronie. Biskupowi Wątrobie wyślę za to kosz róż. Chyba nie tylko ja.

opr. ac/ac

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama