Solidarność

Kapelusz na wodzie. Gawędy o księdzu Tischnerze (fragmenty)

Solidarność

Wojciech Bonowicz

Kapelusz na wodzie

Gawędy o księdzu Tischnerze

ISBN: 978-83-240-1348-7
wyd.: Wydawnictwo ZNAK 2010

Spis wybranych fragmentów
Wstęp
„Najpierw jestem człowiekiem...”
Dwa światy
Marzenie o skakaniu
Kałamarz na szczycie
Kto się udał Panu Bogu
Solidarność
Internowani
Scena
„Najwyższy czas się skompromitować”

Solidarność

Sierpień 1980 roku Tischner spędził w Rzymie i Austrii. Wyjazdy były już wcześniej zaplanowane i mimo napiętej sytuacji w kraju nie można ich było odwołać. „Zachodnia prasa nieustannie histeryzowała — przede wszystkim, że wejdą Rosjanie, że będzie krwawa łaźnia. Na spotkaniach w Austrii, gdzie szczególnie Czesi i Węgrzy okropnie się denerwowali, opowiadałem, jak jedna pani strasznie się bała, jadąc linową kolejką na Kasprowy Wierch. »Co by to było, jak by to się oberwało?« A Franek Gąsienica: »To już by było trzeci raz w tym tygodniu«. Gdyby weszli, to przecież nie pierwszy raz w naszej historii. Ale oni ciągle nie wchodzili”.

Tischner wrócił do Polski na początku września i nic nie zapowiadało, że stanie się jednym z bohaterów dziejącej się historii. Jego kontakty z opozycją, jak sam mówił, nie były zbyt bliskie. „W Krakowie w drugiej połowie lat siedemdziesiątych były przede wszystkim niezależne organizacje studenckie. Większość działaczy studenckich przechodziła przez moje seminarium i przychodziła na wykłady, jeszcze wtedy na Wydział Teologiczny, bo nie miałem wykładów na UJ. Była między mną a nimi już duża różnica pokoleniowa: pamiętałem rok '56, miałem już pewną wiedzę o marksizmie i byłem przekonany, że sytuacja jest nie do zmiany przez co najmniej sto lat. Wiedziałem, że trzeba ryć, ale sądziłem, że i tak cała ta struktura nie rozwali się zbyt szybko. I kiedy w 1977 roku studenci zaczęli zupełnie jawnie manifestować przeciwko władzy komunistycznej, bo przecież nie tylko przeciw socjalizmowi, wiele osób z mojego pokolenia było zdumionych: jak to jest możliwe? Uważało ich za wariatów. A ja wtedy powiedziałem, że ci młodzi są genialnie naiwni, a ich siła leży w tym, czego nie wiedzą. Zaczynają zupełnie od zera, nie chcąc korzystać z naszych doświadczeń. Nie godzą się na to, żeby im kumpla zabili, decydują się manifestować publicznie, idą na Rynek, wrzeszczą, protestują, a potem jeden z nich przychodzi do mnie i mówi: »Przez te trzy dni czułem się wolnym człowiekiem!«”.

Tischner w tym czasie zaczął mieć w różnych miejscach wykłady na temat marksizmu. Były to krytyczne analizy, skupiające się głównie na marksistowskiej wizji człowieka i związaną z nią koncepcją pracy. Nie był nastawiony wojowniczo: chciał pokazać, że system się rozkłada, bo w samym jego zalążku tkwi antropologiczny błąd. Czasem okraszał wykłady anegdotami, które pokazywały absurdy realnego socjalizmu. Opowiadał na przykład, że jedna z jego znajomych prowadziła na Głodówce kiosk spożywczy. Akurat był „kryzys kawowy” i w kiosku brakło kawy. Jakiś spragniony turysta z Warszawy zaczął się burzyć: „Jak to nie ma? Dlaczego nie ma?”. Przecież wiadomo było, dlaczego... Więc właścicielka mówi: „Panie, widzieliście kiedy ziarenka kawy? Tam są takie rowki. No więc ten, co te rowki rzeźbił, umarł. No i nie ma kawy”.

Do jego ulubionych opowieści należała historia o tym, jak pewnego razu do Łopusznej przyjechał agitator, żeby przekonywać ludzi, iż Boga nie ma. Gadał długo, podawał rozmaite argumenty i wydawało mu się, że zasiał wśród słuchaczy wątpliwości. Kiedy przyszło do pytań, jeden z chłopów podniósł rękę. „Panie, pięknieście nam to wszystko opowiedzieli. Wygląda, że macie rację. Ale powiedzcie nam teraz: dlaczego nie ma gwoździ w spółdzielni?”. Agitator, trochę zaskoczony, zaczął wyjaśniać, skąd się wzięły trudności z gwoździami. Szło mu coraz lepiej i znów wydawało mu się, że zebranych przekonał. Wtedy wstał ten sam chłop i mówi: „Panie, pięknieście nam to opowiedzieli. Wygląda, że macie rację. A teraz ja wam coś powiem: gwoździe w spółdzielni są!”.

Kiedyś, wykładając filozofię Kanta, Tischner zwrócił uwagę studentom, że nie należy mylić imperatywu moralnego z rozmaitymi „prawidłami czy radami mądrości”, a tym bardziej hasłami, które coś postulują lub obiecują. I przywołał przykład hasła, które go kiedyś bardzo wzruszyło: „Zakład wdraża metodę DoRo”. „Było to, proszę państwa, bardzo dawno, zakład wdrażał metodę DoRo. Potem okazało się, że zakład zaczął truć okolicę, dalej wdrażając metodę DoRo. Potem przyszedł okres strajków, zakład dalej wdrażał metodę DoRo, a ja nie wiedziałem nigdy, co to znaczy »DoRo«. Potem się okazało, że to znaczy »dobrej roboty«. I ciągle wdrażał. Państwo widzicie absurd tego wszystkiego, już abstrahując od okropnego słowa »wdrażać«, to to jest tak bezsensowne, że można kolki nerwowej dostać, gdyby nie to, iż człowiek się przyzwyczaił. Nawet radziłem mojemu przyjacielowi, znanemu w Krakowie spowiednikowi, żeby na swoim konfesjonale umieścił napis: »konfesjonał wdraża metodę DoRo«. Może to się nawet kiedyś stało, bo frekwencja jakoś dziwnie zmalała”.

Sukces strajków sierpniowych zdawał się zapowiadać kres rozmaitych absurdów. W połowie października do Krakowa przyjechali czołowi działacze Solidarności, którzy odbywali triumfalną podróż po całej Polsce. W mieszkaniu na Marka zjawiła się delegacja robotników, którzy poprosili Tischnera, żeby podczas uroczystej mszy na Wawelu wygłosił kazanie. Tischner się zgodził. Mszy przewodniczył ksiądz prałat Stanisław Czartoryski. Katedra była szczelnie wypełniona, mnóstwo ludzi stało na dziedzińcu. „To co przeżywamy”, mówił Tischner, „jest wydarzeniem nie tylko społecznym czy ekonomicznym, ale przede wszystkim etycznym. Rzecz dotyka godności człowieka. Godność człowieka opiera się na jego sumieniu. Najgłębsza solidarność jest solidarnością sumień”.

Zaraz potem zaczął pisać swoją najgłośniejszą książkę — Etykę solidarności.

Życie Tischnera nagle nabrało tempa. Posypały się zaproszenia na spotkania i solidarnościowe uroczystości. Związek Podhalan wybrał go na swego kapelana. Solidarność Wiejska — na duchowego patrona. Kiedy 5 września 1981 roku w hali Olivii w Gdańsku rozpoczynał się pierwszy zjazd delegatów Solidarności z całego kraju, Tischner pojawił się na nim w charakterze gościa. „Przyjechałem tutaj bez zamiaru podejmowania jakiejkolwiek działalności”, tłumaczył wówczas w wywiadzie udzielonym klerykom gdańskiego seminarium, „to znaczy nie miałem planu, aby tu występować, przemawiać itd. Stało się to zupełnie przypadkiem. Kiedy przyjechałem do Gdańska z grupą małopolską, umówiliśmy się w niedzielę na Mszę Świętą nie w Olivii, gdyż nie było wiadomo, czy będzie tu msza, lecz w pobliskiej parafii. W ostatniej chwili przygotowałem sobie parę słów właśnie do tych ludzi. Potem okazało się, że Msza Święta w Olivii będzie, i ksiądz proboszcz zaprosił mnie do wygłoszenia homilii. Byłbym w nie lada kłopocie, gdyby nie to, że miałem już przygotowaną kartkę. Jednym słowem, to wszystko jest w pewnym stopniu przypadkowe, gdy chodzi o fakt, lecz gdy chodzi o treść, to przypadku nie ma. Wydaje się bowiem, iż należy rozwijać coś takiego, jak filozofię tego ruchu społecznego, filozofię Solidarności. Filozofowie z natury rzeczy są do tego powołani. Taki więc jest charakter mojej działalności — charakter filozofa. Ja rzucam strawę, a co oni z tego korzystają, to już nie jest moją rzeczą”.

Sformułowanie „etyka solidarności” przyjęło się powszechnie, ale Tischner nie miał złudzeń: jego książka — która ukazała się w przerwie między pierwszą a drugą turą zjazdu — była raczej symbolem zmian niż przedmiotem refleksji. W kuluarach zjazdu krążyła anegdota, że Lech Wałęsa, zapytany, co myśli o Etyce solidarności, miał odpowiedzieć: „Dobra, ale gdyby tak jeszcze ksiądz przypieprzył komunistom...”. Sam Tischner wspominał, że Wałęsa odpowiedział inaczej: „Nie czytałem, ale wiem, że nawet z najgłupszej książki można się czegoś nauczyć”. „I to mnie bardzo pocieszyło”, śmiał się autor Etyki...

Oczekiwano od niego emocjonalnego wsparcia i rady, jak postępować w konkretnych sprawach. Tymczasem pytany o przyszłość Tischner mówił: „Ja jestem specjalistą od uzasadniania tego, co już się stało, natomiast nie jestem utalentowany w przewidywaniu, co się stanie”. Podkreślał, że Solidarność musi pójść w głąb, rozwiewać przede wszystkim iluzje dotyczące systemu pracy, w którym nagromadziło się wiele patologii. O tym jednak na zjeździe się nie mówiło: „ukryte bezrobocie było ukryte nawet dla tych, którzy pracowali, bo oni sami nie wiedzieli, że wykonują fikcyjną pracę”.

To właśnie wtedy Tischner napisał swój słynny, ironiczny autokomentarz: „Wybrałem, aby być ciasnym i tępym filozofem Sarmatów. Staram się im wymyślać i dobrze im radzić. Na szczęście niezbyt mnie słuchają, więc i wina moja nie będzie zbyt wielka”.

 

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama