„Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego”. To zdanie większość z nas zna na pamięć. Najczęściej słyszymy je w kontekście pomagania innym, przebaczenia, bycia dobrym człowiekiem. Rzadziej zatrzymujemy się przy jednym słowie: „jak”. Tymczasem miłość bliźniego zaczyna się od dobrze pojętej miłości samego siebie.
To właśnie słowo „jak” jest kluczem. Bo jeśli mam kochać drugiego człowieka tak, jak kocham siebie, to warto najpierw zapytać: jak właściwie traktuję samego siebie? Jak mówisz do siebie?
Spróbuj przez chwilę posłuchać swoich myśli. Co mówisz do siebie, kiedy coś ci nie wyjdzie? Jak reagujesz na zmęczenie? Czy potrafisz przyjąć własne błędy, czy raczej długo do nich wracasz i rozpamiętujesz?
To nie są drobiazgi. Sposób, w jaki odnosimy się do siebie, bardzo często odbija się w relacjach z innymi. Kto wobec siebie jest surowy i niecierpliwy, często taki sam bywa wobec bliskich. Kto nie daje sobie prawa do słabości, trudno daje je dzieciom, współmałżonkowi czy współpracownikom.
Nie dlatego, że chce ranić. Po prostu nie zna innej miary.
Miłość do siebie to nie egoizm
Współczesny świat dużo mówi o „kochaniu siebie”. Czasem sprowadza się to do hasła o dobrym samopoczuciu i spełnianiu własnych zachcianek. Chrześcijańskie spojrzenie jest inne.
Nie chodzi o zachwyt nad sobą ani o udawanie, że wszystko jest w porządku. Chodzi o zgodę na prawdę: jestem człowiekiem z ograniczeniami, mam swoją historię, swoje rany i słabości. A jednocześnie mam godność, której nikt nie może mi odebrać.
To prosta, ale ważna równowaga. Bez niej trudno o pokój w sercu.
Nazaret uczy zwyczajnej miłości
Siostry Najświętszej Rodziny z Nazaretu, czyli nazaretanki, często przypominają, że świętość nie rodzi się w wielkich gestach, ale w codzienności. Ich duchowość odwołuje się do życia Świętej Rodziny w Nazarecie. Miejsca zwyczajnego, dalekiego od rozgłosu. W Nazarecie miłość dojrzewała w pracy, w obowiązkach, w prostych relacjach. Nie była spektakularna. Była wierna.
Nazaretanki, pracując z dziećmi i rodzinami, widzą, że największe napięcia w domach nie biorą się z wielkich idei, lecz z codziennej surowości, braku cierpliwości, ciągłego poprawiania. Często za tym stoi brak zgody na samego siebie. Człowiek, który wciąż jest z siebie niezadowolony, łatwo przenosi to napięcie na innych.
Z kolei ktoś, kto potrafi przyjąć własne tempo dojrzewania, zwykle daje więcej przestrzeni bliskim. Nie musi wszystkiego kontrolować. Nie oczekuje doskonałości od razu.
Bóg kocha nas nie „za coś”
Ta sama zasada działa w relacji z Bogiem. Jeśli ktoś w głębi serca uważa, że nie zasługuje na miłość, może próbować nieustannie udowadniać swoją wartość. Modlitwa staje się wtedy wysiłkiem, a wiara ciężarem.
Kiedy jednak człowiek przyjmie, że jest kochany nie za coś, ale pomimo wszystko, coś się zmienia. Wiara przestaje być wyścigiem. Staje się odpowiedzią na dar.
Wtedy łatwiej też przyjąć drugiego człowieka takim, jaki jest.
Jedna miara
Przykazanie miłości nie dzieli się na trzy osobne zadania: kochać Boga, siebie i bliźniego. To jedna droga. Jedno serce, które albo żyje w ciągłym napięciu, albo uczy się pokoju.
Słowo „jak” w zdaniu Jezusa nie jest dodatkiem. To wskazówka. Tak jak potrafisz być dla siebie, tak będziesz dla innych. Tak jak traktujesz własne słabości, tak potraktujesz cudze.
Może więc warto zacząć bliżej, niż myślimy. Od sposobu, w jaki patrzymy na siebie. Bo od tego naprawdę zależy więcej, niż się wydaje.
Źródło: Sisters News Service