Z perspektywy zakonnika

Fragment książki "Ale faza! Życie pod napięciem"

Z perspektywy zakonnika

Rafał Szymkowiak OFM Cap, Adam Maniura

ALE FAZA! ŻYCIE POD NAPIĘCIEM

ISBN: 978-83-7505-139-1

wyd.: WAM 2008



Z perspektywy zakonnika

Wydaje mi się, że nikomu nie muszę tłumaczyć, iż nie zawsze byłem zakonnikiem. Jak każdy mam swoją historię życia, która jest dobrym punktem zaczepienia do pisania książki o ważnych sprawach widzianych obecnie z pozycji zakonnika. Pozwólcie, że pierwszy rozdział rozpocznę od jajecznicy. A właściwie od pewnej przygody, która pokazała mi, że każda decyzja i działanie, jakie człowiek w życiu podejmuje, musi być przemyślane i ułożone według jakiegoś planu. Adam Nowak, wokalista zespołu Raz Dwa Trzy, śpiewa, że „nadzieja to plan, co ziści się nam”. Im dłużej myślę nad tymi słowami, tym bardziej przyznaję mu rację. Kiedy mamy plan, mamy także nadzieję na to, że nasze życie nie będzie zbiorem jakichś przypadkowych wydarzeń. Mamy wręcz pewność, że ułożone według jakiegoś przepisu zaowocują pokojem serca i szczęściem. Wróćmy jednak do jajecznicy, ale nie takiej zwykłej, ale jajecznicy zrobionej z elektroaktywnych jajek, które zostały zniesione przez ukraińskie kury z okolic Kamieńca Podolskiego.

Gdy miałem dwadzieścia lat, wyjechałem z przyjaciółmi do Gródka Podolskiego, aby tam pracować przy odbudowywaniu świątyń, które w latach dziewięćdziesiątych, w opłakanym stanie, zostały oddane Kościołowi katolickiemu przez władze komunistyczne. Podzieliliśmy się na grupy, tzn. ja wraz z moją koleżanką Renatką pojechałem do małej miejscowości Tynna, a kuzyn z inną koleżanką” pojechał do wioski obok. Dla jasności powiem, że słowo „koleżanka” nie jest użyte w przenośni i niech nikomu się nie wydaje, że łączyło nas coś więcej niż przyjaźń. Generalnie chcę powiedzieć, że momentów nie będzie. Oczywiście byłbym kłamcą, gdybym się zarzekał, że taki podział był przypadkowy, a obecność odmiennej płci nie wpłynęła na nasze zachowanie. Pamiętam, że jak to w takich sytuacjach bywa, jako mężczyzna pragnąłem się pokazać z jak najlepszej strony. I dlatego jednego wieczoru chciałem zabłysnąć i pokazać mojej koleżance i pani Ninie, u której mieszkaliśmy, że także mężczyźni mają kulinarne umiejętności. Zapowiedziałem, że zrobię specjalną jajecznicę na mące. Wtedy nie wiedziałem, że taka jajecznica nazywa się najzwyczajniej w świecie omletem. Pamiętając, jak zawsze robiła to moja mama, zacząłem udawać mistrza kucharskiego. Oczywiście nie wiedziałem, jakie mają być proporcje poszczególnych składników. Było ich akurat trzy: jajka, mąka i mleko. Zacząłem od mieszania jajka z mlekiem. Pamiętałem, jak to robiła moja mama, dodając na końcu mąkę. Można powiedzieć, że zachowałem się jak małpa w kąpieli, która chciała udać człeka i włożyła palec do kurka z gorącą wodą. Ciągle wydawało mi się, że cała mikstura jest za mało gęsta, i dodawałem mąki. Kiedy wszystko wylałem, a może raczej wysypałem na rozgrzaną patelnię, prawda o moich kucharskich umiejętnościach wyszła na jaw! Z jajecznicy zrobiły się kluski, które w ostateczności zjadłem sam z dżemem śliwkowym.

Pani Nina dała się przekonać, że ta wspaniała polska potrawa to najlepsze, co można zjeść na słodko, jednak Renata krztusiła się ze śmiechu i nie chciała jeść wytworu moich rąk. To pokazało mi, że na wszystko musi być przepis! Właściwie zawaliłem w jednym obszarze: źle dobrałem proporcje ilościowe i wyszło coś całkiem odmiennego, niż planowałem. Dlatego na wszystko musimy mieć przepis! Pytanie o przepis na życie pewnie zadawałeś sobie nie raz.

Pozwól, że podzielę się z tobą tym, co sam odkryłem.

Uwierz mi, jako zakonnik mam w tym względzie trochę do powiedzenia. Wstępując do zakonu i zostając księdzem, nie tylko nauczyłem się robić omlet, ale także nauczyłem się obserwować błędy i sukcesy innych, oraz wyciągać z tego wnioski. Może i Tobie przyda się to, co odkryłem. Spróbujmy więc ugotować zupę o nieznanej nazwie „życie”. Jeżeli w jednej z kafejek zobaczyłem w menu „herbatkę mnicha” i lody nazwane „pucharkiem misia polarnego”, to dlaczego nie ma być zupy nazwanej „życiem”?

Jak ona mogła to zrobić? — pyta mnie nauczycielka na przerwie, odnosząc się do zachowania jednej z uczennic, z którą jako katecheta miałem dobry kontakt. Myślę, że postawienie takiego pytania jest bezsensowne! Jeśli zrobiła, to znaczy, że mogła, i basta. Nie warto się zastanawiać nad tym, na co już nie mamy wpływu. Przecież nie cofniemy czasu i nie posklejamy nadłamanych „gałęzi życia” po fakcie. Nie przywrócimy komuś rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym, i nie zabierzemy nikomu przeżytego bólu. To się stało i nie warto myśleć, co mogło się stać, ale się nie stało. Kiedy odchodzi od kogoś ukochana osoba lub nie zdajemy kolejnego egzaminu, to jest to proces nieodwracalny. Nie można, tak jak w grze komputerowej, zacząć od nowa. Jedną z podstawowych prawd życiowych, jakie odkryłem, jest to, że nie warto patrzeć w przeszłość i rozpamiętywać jej na sposób jałowy. Przeszłość może być dla nas wartościowa tylko wtedy, kiedy potrafimy z niej wyciągać wnioski.

Kiedyś na Przystanku Woodstock przybiegła do mnie zapłakana dziewczyna i powiedziała, że właśnie tej nocy zdradziła swego chłopaka. Szlochając, opowiadała, jak w namiocie po kilku piwach zaczęła się całować ze swoim kolegą i nie miała siły, by odejść. Na szczęście do niczego poważnego nie doszło, ale nie mogła poradzić sobie z tym, co zrobiła. Oczywiście każdy zły wybór nosimy w sobie i musimy go przepracować. Jednak trzeba to zrobić sensownie, korzystając z pomocy kompetentnych osób, zamknąć ten rozdział i nie wracać do niego. Doświadczenie zebrane w ten sposób pomoże nam zmieniać teraźniejszość i patrzeć z nadzieją w przyszłość.

Przypomina mi się historia, którą czytałem w jakimś zbiorze opowiadań. Dotyczy ona zakonnika i młodego postulanta, który w niedalekiej przyszłości chciał rozpocząć życie zakonne. Przemierzając drogę z jednego klasztoru do drugiego, napotkali piękną kobietę, która nie wiedziała, jak przejść przez dość głęboki strumień. Ubrana w piękne szaty poprosiła nadchodzących wędrowców o pomoc. Nim młody adept życia zakonnego zdążył coś powiedzieć, starszy zakonnik zaproponował niewieście, że przeniesie ją na swoich plecach. I tak się stało! Po przejściu przez strumień kobieta podziękowała i poszła swoją drogą. Młodzieniec przez cały czas przeprawy nie powiedział ani słowa, jednak gdy odeszła, zaczął robić zakonnikowi wyrzuty i okazywać swoje zgorszenie. Mówił: „Jak ty, będąc już tyle lat w zakonie, mogłeś to zrobić? Przecież to było grzeszne! Czy nie widziałeś, jak ona na ciebie patrzyła?”. Na te słowa stary zakonnik odpowiedział: „Widzisz, postawiłem ją na drugiej stronie strumienia i poszła, ale ty ciągle ją niesiesz i jej piękność burzy w tobie pokój, a nawet wzbudza pożądanie. Proszę cię, abyś natychmiast ją zrzucił ze swoich ramion!”.

Ta krótka historyjka pokazuje, że nie możemy żyć przeszłością, która będzie nam zaślepiać teraźniejszość. Musimy przecież funkcjonować. To prawda, że straszna jest śmierć dziecka, ale każdy ojciec doskonale wie, że po śmierci dziecka musi pamiętać, że jest jeszcze żona i pozostałe dzieci, które potrzebują pomocy i zainteresowania. Kiedyś na stopa spotkałem człowieka, któremu powódź w 1997 roku zabrała cały dobytek. Byłem zdziwiony, kiedy opowiadał mi, jak razem z żoną i dziećmi zaczynali od nowa. Mówił do mnie: „Było ciężko, ale zobaczyłem, że siedzenie z założonymi rękami nic nie zmieni. Przy pomocy mojej rodziny wybudowałem drugi dom, tam gdzie już woda nie dojdzie. Teraz stawiam dom dla mojego syna, który będzie — tak jak ja — elektrykiem samochodowym. W życiu nie można żyć czarną przeszłością, ponieważ może ona zaciemnić to, co przynosi teraźniejszość”. Przyznam się, że byłem zbudowany jego postawą. Ja osobiście także przeżyłem wiele trudnych chwil w swoim życiu i dużo się przez to nauczyłem. Jednak jestem świadomy, że nauka ta ma sens tylko wtedy, gdy będę ją umiał wcielić w życie, które każdego ranka przynosi nowe wezwania. Dlatego już od jakiegoś czasu nie pytam: „Jak ona mogła to zrobić?” lub „Jak to się mogło stać?”, ale pytam raczej: „Co zrobić teraz, aby ona już nigdy tego nie zrobiła?” i „Jak zapobiec temu, aby się to nigdy nie stało?”. Jednym słowem zachęcam Was do tego, aby słowa „dziś, teraz, w tej chwili” stały się dla was jakimś wyznacznikiem.

Jeżeli wczoraj kogoś zdradziłeś, zrób wszystko, aby nie zrobić tego dziś. Jeśli kilka dni temu nie wykorzystałeś swojej życiowej szansy, to zrób to w tej chwili. Jeżeli w ostatnim czasie narozrabiałeś, to nie rozpamiętuj tego, ale zrób wszystko, aby twoi bliscy byli dumni z twoich czynów właśnie w tej godzinie. Kiedyś dostałem od kogoś kartkę z napisem: „Bóg kocha ciebie dziś!”. To dziś jest jak bilet nadziei do lepszego świata. Jeżeli ja jestem ważny dla Boga dziś, to dlaczego owo dziś nie może być ważne dla mnie? Dlatego nigdy nie rezygnuję z wyznaczonych celów, choćby to, co wydarzyło się w przeszłości, świadczyło o niemożliwości zmian.

Trzy razy zdawałem do szkoły średniej, a dwa razy było mi dane pisać egzamin maturalny. Pewnie innym by się znudziło, ale ja nie dałem za wygraną. Gdybym rozpamiętywał porażki, skończyłoby się na stwierdzeniu, że wyżej głowy nie podskoczysz (jest inna wersja tego powiedzenia, ale nie będę cytował), i życie, które jest obecnie moim udziałem, pozostałoby ukryte w mrokach przeszłości niepozwalającej na marzenia. Człowiek musi mieć w sobie trochę woli walki. Każdy z nas przecież wie, że trzeba pokonywać różne przeszkody. Nigdy nie będzie tak, że nasze życie stanie się krainą miodem i mlekiem płynącą. Dlatego im bardziej człowiek jest zahartowany i świadomy tego, że w życiu będą trudności, tym lepiej dla niego. Nie można rezygnować z drogi tylko dlatego, że są na niej przeszkody.

opr. aw/aw



« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama