Nieraz sam grzech jest mniej niebezpieczny niż nasza reakcja po grzechu...

Nasza relacja z Bogiem musi być realistyczna. Zamiast pysznić się swą doskonałością, powinniśmy codziennie oddawać Bogu naszą słabość i przyjmować Jego łaskę

Nieraz sam grzech jest mniej niebezpieczny niż nasza reakcja po grzechu...

Życie duchowe chrześcijanina powinno opierać się na solidnych fundamentach. Zdrowa pobożność nie jest bynajmniej czymś powszechnym. Łatwo tu o rożne odchylenia, które bywają nawet niebezpieczne, dlatego trzeba uważać, aby nasza pobożność była zdrowa pod każdym względem.

Czym jest pobożność? Można ją rozumieć jako stosunek człowieka do Boga w ogóle, a także jako akty, w których się ten stosunek wyraża. Zdrowa pobożność musi opierać się na prawdzie, musi być prawdziwa, wynikająca z istoty rzeczy, oparta na ich naturze. Jeżeli jest ona stosunkiem człowieka do Boga, to musi opierać się na tym, kim jest Bóg i kim jest człowiek.

Prawdziwa relacja człowieka do Boga — to relacja stworzenia do Stwórcy. Wyszliśmy z ręki Boga, jesteśmy stworzeni przez Niego z nicości. Bóg jest naszym Stwórcą, to znaczy, że ma nad nami bezwzględną władzę i moc, że całkowicie od Niego zależymy. On nie tylko stworzył nas z niczego, lecz także w każdej chwili podtrzymuje nas w istnieniu. Gdyby Pan Bóg przez jedną chwilę przestał podtrzymywać nas w istnieniu, natychmiast utracilibyśmy byt. To, że istniejemy, jest świadectwem ciągłości stwórczego aktu Boga, który nas wciąż stwarza. Od strony ludzkiej odpowiada tej rzeczywistości postawa adoracji. Człowiek ma wielbić Boga. Adoracja jest uznaniem naszej całkowitej zależności od Boga, uznaniem tego, że tylko Bóg JEST prawdziwie. My mamy byt zapożyczony; jesteśmy z nicości i z natury swojej do nicości zdążamy.

Prawdziwa pobożność będzie chciała zatem podkreślić naszą całkowitą, bezwzględną zależność od Boga. Pan Bóg może w naszym życiu czynić, co zechce, a my powinniśmy uznać to Jego prawo. Nie my dajemy Mu to prawo, ale człowiek jako istota wolna może niejako to prawo ratyfikować, uznać — i to jest ważny akt czci Bożej. Uznajemy całkowitą władzę Boga nad nami, zgadzamy się z tym, że Bóg może wszystko w naszym życiu zmienić, wszystkie nasze plany przekreślić, i że wszystko, co On czyni, jest dobre.

Sytuacja stworzenia wymaga od nas wobec Boga pokory. Chrystus będąc człowiekiem, w Ogrodzie Oliwnym upada na twarz przed Ojcem, uwielbia Go. Ten obowiązek wielbienia Boga, uznawania swej zależności od Niego, nigdy nie ustanie. Nie usuwa go nasze synostwo Boże. Święty Jan ukazuje nam niebo jako wielką adorację Stwórcy. Święci w niebie padają na twarz przed Bogiem i uwielbiają Żyjącego na wieki wieków. To jest doskonałość, to jest życie wieczne, to nigdy się nie skończy.

My na ziemi musimy się tego uczyć, musimy uczyć się codziennie tego, że Bóg jest Panem, że wszystko, co mamy, jest od Niego: nasze zdolności, wszelkie dobra. Nie możemy używać tych darów tak, jakby były naszą własnością, jakby od nas pochodziły. Jesteśmy tylko ich włodarzami, nie właścicielami; mamy z nich korzystać z poczuciem całkowitej zależności od Boga. Świadomość, że Bóg nie jest nam nic winien, a jednak tyle nam daje, pobudza nas do dziękczynienia za wszystko, co jest, za wszystko, co otrzymujemy od Boga. W ten sposób rzeczywiście uznajemy Boga — Stwórcę.

W dzisiejszym świecie, który nie chce uznać Boga, który przypisuje wszystko działaniu natury albo działaniu człowieka, musimy dawać świadectwo adoracji. To się Bogu od nas należy — a tak mało tego w świecie,

Jednak oparcie naszego stosunku do Boga jedynie na świadomości, że On jest naszym Stwórcą, a my Jego stworzeniem, nie byłoby wystarczające. Prawdziwa pobożność wymaga jeszcze czegoś innego.

Pan Bóg jest naszym Ojcem, a my jesteśmy Jego dziećmi. Stosunek do Boga jako Ojca nie niweczy relacji stworzenie — Stwórca. Pan Jezus połączył obie postawy w jednym zdaniu: prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu... (J 4,23). Bliskość dana nam przez samego Boga, nasze przybranie za synów, nic upoważnia nas do poufałości w złym stylu, spotykanej nieraz w pobożności człowieka. Wielcy święci, którzy byli bliskimi przyjaciółmi Boga, zawsze zachowywali wielką cześć wobec Bożego Majestatu. Święty Franciszek Salezy mówiąc o Bogu często używa zwrotu: „Boży Majestat”. Święta Agnieszka, kiedy już była prowadzona na męczeństwo, zwraca się do Boga z cudowną modlitwą: Omnipotens, adorande, colende, tremende Pater — „Wszechmogący Ojcze, którego należy czcić, uwielbiać i lękać się...”. Taka była postawa świętych wobec Boga.

Łaska Bożego synostwa pozwala nam doświadczać ogromnej bliskości Boga. Ciągle za mało — mówi się chrześcijanom, że są dziećmi Bożymi, że Bóg naprawdę o nich się troszczy, że Opatrzność Boża kieruje naszym życiem i wszystkimi zdarzeniami, że jest ona Ojcowską Opatrznością. Opatrzność Boża — to forma Ojcowskiej miłości w stosunku do nas. Wszystko, co się dzieje, wszystko, co nas spotyka, mówi nam o Bożej, Ojcowskiej miłości do nas. Jesteśmy więc bezpieczni na tym świecie, skoro wszystkim kieruje Ojcowska Opatrzność, wszystkim kieruje miłość Najlepszego Ojca. On wie, czego nam potrzeba i bez Jego woli, która jest miłością, bez Jego wiedzy włos nam z głowy nie spadnie. W trudnych wydarzeniach życia chrześcijanin powinien starać się dostrzegać obecność ojcowskiej miłości Boga, powinien z ufnością przedstawiać Bogu wszystkie swoje prośby i zawsze mieć przekonanie, że w każdej chwili może mieć dostęp do Boga. Można nie mieć dostępu do papieża, można nie dostać się do prymasa, ale do Boga mamy dostęp w każdej chwili.

Prawdziwa pobożność wymaga, by z jednej strony mieć świadomość nieskończonego dystansu, jaki istnieje między stworzeniem a Stwórcą, ale z drugiej strony wiedzieć, że ten dystans został pokonany przez Miłość, która do nas zeszła. Mądrość chrześcijanina opiera się na połączeniu tych dwóch aspektów.

Zdrowa pobożność wymaga jeszcze czegoś innego. Bóg jest nieskończenie święty, a człowiek jest grzeszny. Grzech, który każdego z nas dotyka, ma jakiś wpływ na nasz stosunek do Boga. Idąc do Boga, nie możemy zachowywać się tak, jak byśmy nigdy żadnego grzechu nie popełnili. Grozi nam tutaj możliwość popełnienia podwójnego błędu: możemy zapominać o swojej grzeszności — i wtedy brak nam jakiejś delikatności w stosunku do Boga, bo ważnym elementem autentycznej pobożności chrześcijańskiej jest skrucha serca, bez której życie duchowe nigdy nie będzie naprawdę głębokie. Nie można chcieć wytłumaczyć każdego grzechu, uważając, że wszystko jest naturalne, wszystko jest ludzkie. Pan Jezus w Ewangelii ukazuje nam wzór celnika, który prosi: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika”. Kościół każe nam często mówić Kyrie eleison, „Panie, zmiłuj się” — i to jest właśnie akt skruchy. Ona roztapia w nas jakieś twardości, ściera ostre kanty i otwiera w nas przestrzeń dla łaski, która może nas przemienić. Jest w nas jakaś fasada fałszu i pychy, która musi zostać rozbita, by łaska mogła dotrzeć do głębi duszy. Pięknie mówi Psalmista: Góry topnieją jak wosk przed obliczem Pana (Ps 97,5).

Z drugiej strony trzeba jednak uważać, żeby poczucie grzechu nie było przeciwne prawdzie o Bożym Ojcostwie w stosunku do nas. Jeżeli obraziliśmy kogoś, kto nas bardzo kocha, to idziemy do niego od razu, by zlikwidować zło, które nas dzieli. Taką postawę trzeba mieć w stosunku do Boga. Grzech i słabość nie może powodować w nas jakiegoś zahamowania; trzeba ufać, że Bóg nam wszystko przebacza, że Jego miłosierdzie jest większe niż nasze winy, że Jego miłość jest od nich potężniejsza. I w tym jest pełna prawda.

Pan Jezus na krzyżu nie chciał, żeby Jego Serce się zamknęło; otworzyła je włócznia i wypłynęły z niego strumienie krwi i wody na oczyszczenie nas z grzechów. Grot włóczni jest symbolem naszego grzechu. Po uderzeniu tym grotem nie zamknęło się Serce Boże — jak czyni to nieraz urażone serce nasze. W ten sposób Pan Jezus pokazuje, jak człowiek powinien zachować się po grzechu — że powinien natychmiast do Boga powrócić, a nie wycofywać się do krainy ciemności i niesmaku czy zgryzoty, jak to często czynią ludzie. Zamiast iść do Boga i prosić Go o oczyszczenie, oni gnębią się i dręczą, a to pochodzi z pychy i ambicji, nie ze skruchy. Nieraz sam grzech jest mniej niebezpieczny niż nasza reakcja po grzechu, która podcina nam skrzydła i odbiera możność dalszego lotu.

Nie bądźmy też jak ci, którzy zbyt prędko uważają, że już w życiu duchowym zaszli bardzo daleko i mają się modlić już tylko za grzechy innych. Chcą być ofiarami za Ojca św. i za kapłanów, a zapominają o własnych grzechach, nie myślą o swej poprawie i żalu za swoje grzechy. O właściwym stosunku do Boga pięknie mówią modlitwy liturgiczne, jak np. kolekta z okresu po Zielonych Świątkach: „Wszechmogący, wieczny Boże, twoja hojność przewyższa zasługi i pragnienia modlących się do Ciebie; okaż nam swoje miłosierdzie, odpuść grzechy, które niepokoją nasze sumienia, i udziel nam również tego, o co nie ośmielamy się prosić.” Jest w tej modlitwie i uwielbienie Boga wszechmogącego, i zaufanie do Ojca, którego dobroć przewyższa zasługi i pragnienia modlącego się człowieka.

Solidna pobożność ma jeszcze inne cechy. Jest w niej konieczna hierarchia wartości, jest jakieś uporządkowanie. Znamy na ogół taką formę pobożności, którą nazywamy bigoterią czy dewocją. Na czym ona polega? Otóż opiera się ona na różnych praktykach pobożnych, a zaniedbuje to, co istotne. Szwankuje tu zwykle wypełnianie obowiązków stanu, a także miłość bliźniego, a nieraz nawet sprawiedliwość. Od takich osób „pobożnych” trzeba na ogół trzymać się z daleka. Taka „pobożność” bardzo szkodzi Kościołowi. Opowiadano mi o pewnej zakonnicy, która pobożnie i ze skupieniem modliła się w pociągu podczas podróży, ale kiedy ktoś chciał ją o coś zapytać, odpowiedziała szorstko, z gniewem i niechęcią. Tacy ludzie koncentrują się na zewnętrznych praktykach, a nie pamiętają o miłości.

Konieczna jest więc właściwa hierarchia wartości — żeby miłość była na pierwszym miejscu, żeby spełnione były wszystkie obowiązki. Są także inne rodzaje niezdrowej pobożności. Bywa pobożność zbytnio uczuciowa. Bywają osoby, które w życiu religijnym nastawiają się przede wszystkim na doznania i przeżycia. W praktykach religijnych szukają one uczuciowej przyjemności i to jest dla nich najważniejsze. Oczywiście Pan Bóg jest dobry i może nam dawać w życiu duchowym, w życiu religijnym wielkie pociechy, ale nie na tym polega pobożność. Często może nie być żadnych pociech, nie można więc utożsamiać pobożności z doznaniem czy przeżyciem. Ona ma wyrażać naszą miłość i cześć dla Boga, niezależnie od tego, czy nam jest łatwo, czy trudno.

Przejawem niezdrowej pobożności jest również przedwczesne dążenie do mistyki, pragnienie nadzwyczajnych, mistycznych łask. Grozi wtedy człowiekowi iluzja, złudzenie duchowe, a z tego nieraz trudno wyjść, bo takie osoby zawsze mają rację i powołują się na „światło Boże”. Wtedy nikt nie jest dla nich autorytetem i grozi im niebezpieczeństwo całkowitego wykolejenia.

Fragment książki „Żyć wiarą w świecie”

Piotr Rostworowski OSB / EC — benedyktyn, pierwszy polski przeor odnowionego w 1939 roku klasztoru w Tyńcu. Więzień za czasów PRL-u. Kameduła — przeor eremów w Polsce, Włoszech i Kolumbii. W ostatnim okresie życia rekluz oddany całkowitej samotności przed Bogiem. Zmarł w 1999 roku i został pochowany w eremie kamedulskim we Frascati koło Rzymu. „Był zawsze bliski mojemu sercu” — napisał po Jego śmierci Ojciec Święty Jan Paweł II. Autor licznych publikacji z dziedziny duchowości i życia wewnętrznego.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama