Głupcze, mówi Chrystus

Małżeństwo to ogromna wzajemna zależność. Jeśli tego sobie nie uświadomimy i nie wyciągniemy z tego praktycznych wniosków, nie liczmy na udany związek

Ktoś, kto rusza w życie z poczuciem, że będzie niezależny, w zasadzie jest niezdolny do małżeństwa. Bo małżeństwo to jest ogromna wzajemna zależność. Ona zależy ode mnie, ja zależę od niej. Ona mi zrobi kanapki na śniadanie, ja ją zawiozę do pracy.

Czy sakrament małżeństwa przestał być atrakcyjną propozycją na całe życie?

Nieszczęściem jest chyba takie myślenie, że to, co warto w życiu robić, ma być atrakcyjne. Sakramenty nie bardzo pod to podpadają. Chociaż sakrament małżeństwa trochę się wymyka z tego schematu. Bo przecież zawierają go kobieta i mężczyzna i oboje mogą być, a często są dla siebie bardzo atrakcyjni. Tyle że kiedy mówimy o sakramencie małżeństwa, to myślimy o sensie życia w ogóle, o sensie istnienia, bo ten sakrament zbudowany jest wokół czegoś, co jest sensem życia ludzkiego. Życie ludzkie jest jak każdy żywy organizm, a sensem istnienia każdego żywego organizmu jest zostawienie potomstwa. Jeśli jakiś gatunek sobie to odpuści, przestaje istnieć. Nie chodzi tu zatem o komfort życia, dotykamy problemu być albo nie być. Stoimy na krawędzi.

Już słyszę, jak niektórzy krzyczą: Halo, halo, przecież życie można przekazać w związku cywilnym, a nawet w niesformalizowanym. Nie jest potrzebny do tego sakrament!

Jak najbardziej. Tylko pani zapytała o sakrament małżeństwa, a on się z tym wiąże. Ponieważ małżeństwo w ujęciu katolickim jest to związek mężczyzny i kobiety zawiązany w celu posiadania potomstwa. I ten cel jest bardzo ważny, bardzo naturalny. A Kościół od początku wpatrywał się w naturę i na tej naturze próbował budować. Wynika to z prostej konstatacji, że jeśli Bóg stworzył świat, to warto odkryć, jakie zasady nim kierują. Życie zgodne z naturą było więc czymś bardzo bliskim chrześcijanom od początku.

Co się wobec tego stało, że coraz rzadziej młodzi ludzie decydują się na zawarcie sakramentalnego związku?

Po pierwsze, wielu z nich kompletnie nie rozumie, na czym ten sakrament polega. I często nie mają takiej potrzeby, żeby to zrozumieć. Po drugie, zdecydowana większość wątpi w to, że uda im się wytrwać w związku i przeżyć razem życie. Rozglądają się dookoła, widzą, co się stało z życiem ich rodziców, ich bliskich.

A czyja to wina, że ludzie nie wiedzą, czym jest sakrament małżeństwa?

Ale czy szukanie winnego w czymś nam pomoże?

Nie pomoże. Ale skoro mówimy, że nie wiedzą, to kto powinien sprawić, żeby wiedzieli?

Powinni się dowiedzieć. Jeśli kupuję pralkę automatyczną, to moim pierwszym obowiązkiem jest przeczytać instrukcję, by dowiedzieć się, jak to działa. A jeśli ją włączam, zaczynam po swojemu przy niej majstrować i zepsuję ją, to czyja to jest wina? Nie dowiedziałem się. Nie przeczytałem instrukcji obsługi. Jestem gapa.

Tak, narzeczeni powinni się zatroszczyć o to, by wiedzieć, czym jest sakrament małżeństwa i z czym się wiąże jego zawarcie.

A może powinni zatroszczyć się o to na przykład ci, którzy ich katechizują?

Bez przesady, to są dorośli ludzie, którzy mają po dwadzieścia kilka albo nawet więcej lat i biorą odpowiedzialność za swoje decyzje i za swoje życie. Rozumiem, że przygotowanie do pierwszej komunii świętej małego dziecka wymaga tego, żeby ktoś się o to zatroszczył. Ale nie oczekujmy, że będziemy na siłę katechizować dorosłych.

Zresztą, kiedy na kursie przedmałżeńskim pytam narzeczonych, co to jest sakrament, to większość potrafi na to pytanie odpowiedzieć.

No dobrze, powiedzą formułkę, że to jest znak widzialny łaski niewidzialnej. I co z tego wynika?

No coś z tego wynika. Chociaż trudno im to odnieść do sakramentu małżeństwa.

Tymczasem należałoby zajrzeć do piątego rozdziału Listu do Efezjan, bo tam św. Paweł to wyjaśnia. Nie wszystkim się podoba, kiedy czytamy ten fragment na ślubach i nie tylko na ślubach. Kobiety przewracają oczami, wzdychają i są głęboko zdziwione, że to ma być małżeństwo w Kościele katolickim: „Żony niechaj będą poddane swym mężom jak Panu” (Ef 5,22). Nieźle, prawda? Tak, żony mają być poddane mężom we wszystkim. Potem jest słodziej: „Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie” (Ef 5,25), „Mężowie powinni miłować swoje żony, tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje” (Ef 5,28). To jest już trochę bardziej symetryczne.

„Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus — Głową Kościoła: On — Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom — we wszystkim. Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie” (Ef 5,22—25).

Pomińmy tu wpływy kulturowe i mentalność ówczesnych, ale zmierzając do sensu tej wypowiedzi, wyraźnie widzimy, że św. Paweł buduje pewną paralelę. Małżeństwo ma być obrazem tego, co się dzieje między Chrystusem a Kościołem. Ma być żywym znakiem, widocznym znakiem tego, co jest niewidzialne. Czyli inaczej mówiąc — ktoś, kto chce wziąć sakramentalny ślub w Kościele katolickim, mówi: Chcę, aby moje życie było widzialnym, jasnym, czytelnym znakiem tego, co się dzieje między Chrystusem a Kościołem.

To bardzo wysoko podniesiona poprzeczka.

Oczywiście, ale to jest sakrament małżeństwa. I pytanie, co mi da sakrament małżeństwa, jest pytaniem zupełnie nietrafionym. Trzeba raczej zapytać, co ja mogę dać Kościołowi, czyli innym ludziom wierzącym, wchodząc w sakrament małżeństwa. Otóż mogę ze swoją ukochaną żoną, z moim ukochanym mężem wspólnie zbudować znak nadziei dla innych ludzi. I możemy, żyjąc i wkładając ogromny wysiłek w to nasze wspólne życie, stać się przypowieścią o innej wielkiej miłości. I wtedy jest to wyniesienie prostego związku mężczyzny i kobiety na bardzo wysoki poziom. Jest to wejście na drogę mistyczną. A mistyka ta wyrazi się w szarej codzienności.

No to my, grzesznicy, chyba nie dorastamy do tego.

Oczywiście, że tak. Gdybyśmy prześledzili wszystkie teksty liturgii małżeńskiej, to tam ten temat będzie nieustannie wracał. Takie jest rozumienie sakramentu małżeństwa, czyli znaku. I ma pani rację, że my, śmiertelnicy, do tego nie dorastamy, dlatego niemożliwe jest budowanie takiego związku bez zaangażowania Chrystusa i Ducha Świętego.

Wchodząc w to, liczymy na wsparcie ze strony Pana Boga, żeby ten znak wykreować. Przy czym często myślimy o jakiejś wielkiej świętości i idealnym znaku. A przecież to, co się dzieje między Chrystusem a Kościołem, wcale nie jest takie idealne. Kościół jest wszetecznicą, która nieustannie sprzeniewierza się Chrystusowi. Ale jednocześnie Kościół nieustannie potrzebuje Chrystusa, nie potrafi żyć bez Niego. Chrystus trwa w swojej wierności Kościołowi. To jest wierność ponad wszystko. Cokolwiek by się stało, będę przy tobie, nie zostawię cię. Nawet gdyby cię twoja własna matka opuściła, Ja ciebie nie zostawię, nie opuszczę ciebie. Analogii znajdziemy bardzo dużo, a opowieść, którą głoszą małżonkowie, nie musi być sielanką. To jest opowieść, w której też jest mnóstwo kryzysów, mnóstwo wątpliwości, perypetii, ale również zwycięstw. Przecież dzieje Chrystusa i Kościoła są strasznie dramatyczne. Ile razy Kościół odchodził od Chrystusa, ile razy Kościół odchodził od Ewangelii, ilu było świętych, którzy reformowali swoje zakony, żeby powróciły do życia ewangelicznego? To jest nieustanny kryzys.

Ale przyzna ksiądz, że kiedy młodzi ludzie zawierają sakramentalny związek małżeński, bez względu na to, czy sobie zdają sprawę z jego znaczenia i sensu, czy nie, to słowa przysięgi małżeńskiej przyprawiają o dreszcze. Przyrzekają sobie, że będą się kochali, będą sobie wierni i zostaną razem aż do śmierci, co w praktyce może oznaczać, że będą ze sobą czterdzieści, pięćdziesiąt, a może nawet więcej lat. Będą wtedy zupełnie innymi ludźmi. Można się tego przestraszyć.

Ale jaka jest alternatywa? Próbujemy innych rozwiązań, i co z tego wynika? To, o czym pani powiedziała na początku, że ludzie coraz rzadziej chcą zawierać sakrament małżeństwa, wynika z ogromnego pośpiechu życia. Chcemy, żeby wszystko było zaraz, już, natychmiast. Młodzi zawiązują związki w niewiarygodnie szybkim tempie. Ledwie się znają i już po tygodniu są parą, po miesiącu mieszkają razem i współżyją ze sobą, no i potem dosyć szybko się rozstają. W takim tempie nie da się nic wartościowego zbudować. Drugi problem to wychowanie w rodzinach. Co rodzice najczęściej powtarzają swoim dzieciom? Pamiętaj, najważniejsza jest szkoła. Masz skończyć szkołę i dostać się do porządnego liceum. Żadnych przyjaciół, żadnych kumpli, żadnych znajomych — masz się uczyć. Idziesz teraz do szkoły średniej, świetnie, tylko pamiętaj: żadnych kumpli, żadnych znajomych, masz się uczyć, bo masz iść na porządne studia. Skończysz, zdasz maturę, pójdziesz na studia, to OK. Idzie na studia: Tylko pamiętaj: idziesz teraz na studia, a najważniejsze to skończyć studia. Żadnych imprez, żadnych znajomych, żadnych kumpli, masz skończyć studia. Młody człowiek kończy studia i nagle rodzina się dziwi: To ty nie masz dziewczyny, nie masz chłopaka? Jak ty sobie życie wyobrażasz? Kiedy dzieciak wraca ze szkoły do domu i mówi: Mamusiu, dostałem piątkę z geografii — to mamusia powinna powiedzieć: Bardzo się cieszę, ale to nie jest najważniejsze. Powiedz mi, z kim się przyjaźnisz, z kim spędzasz czas, z kim lubisz rozmawiać? Bo najważniejsze jest to, żeby mieć ludzi wokół siebie. Geografia — fajnie, dobrze. Ale edukacja nie jest najważniejsza w twoim życiu. Najważniejsi są ludzie.

To, że mało ludzi przyjmuje sakrament małżeństwa, to jedna sprawa. Ale problem jest dużo szerszy — coraz mniej ludzi jest w ogóle w stanie z kimkolwiek żyć, nie tylko w małżeństwie, ale także w przyjaźni.

A nie myśli ksiądz, że jest jeszcze taki problem, że ci młodzi ludzie, widząc małżeństwa swoich rodziców, które się rozpadają, myślą sobie: Skoro rozstają się ludzie, którzy mieli ślub kościelny, to po co mi taki ślub?

Pewnie niektórzy tak myślą. Chociaż moim zdaniem dominuje raczej inne myślenie: Co ja z tego będę miał? Ponieważ młode pokolenie myśli bardzo egoistycznie. Obecnie dla ludzi, nie tylko dla młodych, ale dla wszystkich, najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa. Jak mówił ks. Krzysztof Grzywocz, zamieniliśmy poczucie sensu na poczucie bezpieczeństwa. I zamiast się zastanawiać, co jest sensowne w moim życiu, zastanawiam się, co jest bezpieczne. A życie nie jest bezpieczne. Za to może mieć sens. Na przykład ten, że przekażę komuś życie, nie tylko to biologiczne. To znaczy, że doprowadzę tego człowieka do pełnej samodzielności. A takie wychowanie zajmuje czas. Jedno dziecko, drugie, może trzecie — gdy wszystkie wyjdą z domu, rodzice mają pięćdziesiąt kilka lat. Trudno wtedy zakładać kolejny związek, który miałby na celu posiadanie potomstwa. Dlatego od strony biologicznej człowiek jest powołany do jednego związku. I tylko wtedy może wychować swoje potomstwo i bezpiecznie oddać je światu. Ale to jest myślenie nieegoistyczne, to jest myślenie o swoim potomstwie. To jest myślenie bardzo biologiczne. A w ujęciu duchowym opowiemy naszym życiem piękną opowieść. I wtedy czujemy, że stajemy się fragmentem czegoś bardzo szczególnego, jakiejś szczególnej opowieści, która przerasta w ogóle ludzkie pojęcie.

A może to, że mniej ludzi bierze ślub w kościele, ma jakieś dobre strony? Może ci, którzy się na to decydują, traktują poważniej ten sakrament? Że to nie jest tylko piękna ceremonia z białą suknią, welonem i oprawą w kościele.

My, chrześcijanie, doszliśmy do pewnej perfekcji w budowaniu atmosfery, napięcia, jakiejś uroczystości, doniosłości. I słusznie, bo ta uroczystość wyraża coś więcej niż to, co się dzieje w urzędzie stanu cywilnego, choć i to jest niezwykle ważne. Tylko że w kościele dodajemy jeszcze element duchowy, który jest mistyczny. Powtórzę to: Małżeństwo jest czymś bardzo mistycznym. Powiedziałbym nawet, że sakrament małżeństwa jest jednym z najbardziej mistycznych sakramentów Kościoła katolickiego.

Ludzie najwyraźniej boją się tej mistyki. Dlaczego? Co księdzu podpowiada doświadczenie?

To pytanie trzeba by skierować do kogoś, kto zajmuje się badaniami socjologicznymi. Ja się tym nie zajmuję. Mogę mówić jedynie, co mi się wydaje. Z obserwacji widzę, że ogromnym problemem w decydowaniu się na małżeństwo, nie tylko sakramentalne, ale w ogóle na małżeństwo, jest wychowanie do niezależności. Dzieci słyszą w domu: Pamiętaj, masz być w życiu niezależna, żebyś od nikogo nie zależała. Żebyś nie zależała od swojego szefa w pracy, żebyś nie zależała od swojego męża, od swoich dzieci. To jest wychowanie do utopii, ponieważ zawsze będziemy od kogoś zależni. A po drugie, zależność prowadzi do wzajemności.

Przez długi czas kompletnie nie rozumiałem ewangelicznej przypowieści o człowieku, któremu obrodziło pole i miał bardzo dużo plonów. Więc pomyślał sobie, że wybuduje spichlerze i tam wszystko zwiezie. No i kiedy przeczytałem, że Bóg mówi do niego: Głupcze — to pomyślałem sobie, że to jest po prostu niemożliwe. Ja się urodziłem w Wielkopolsce. Dla nas takie podejście jest nie do pojęcia. Co on miał zrobić z tymi plonami? Miały się zmarnować? Miał je wyrzucić? Miał ich nie zebrać z pola? On zrobił coś najbardziej mądrego, co mógł zrobić — zbudował spichlerze i zwiózł wszystko do spichlerzy. Czego się Bóg czepia? Ja naprawdę długi czas myślałem, że to jest jakiś dodatek do Ewangelii, że to nie mogło wyjść z ust Chrystusa. Pewnego dnia siadłem sobie i pomyślałem: Załóżmy, że Chrystus naprawdę tę przypowieść opowiedział. Co ten człowiek mógł innego zrobić? Zamiast zwozić plony do spichlerzy, mógł na przykład to, co było nadmiarem, zawieźć do tych wszystkich, którym pole nie obrodziło. Bo z pewnością gdzieś tacy byli. No ale skoro im zawiezie, to za rok, jeśli mu pole nie obrodzi, umrze z głodu, bo nie będzie miał zapasów. Tylko że może wtedy ktoś by dał jemu to, co ma w nadmiarze, skoro on przed rokiem dał komuś. Rozumie pani, co się dzieje? Między nim a tym drugim człowiekiem buduje się więź. Ja dałem tobie, ty dałeś mi. Tobie brakowało, to ja ci zawiozłem, mi brakowało, to ty mi przywiozłeś. A on chciał zwieźć wszystko do swoich spichlerzy, żeby być niezależnym, żeby od nikogo nie zależeć. Żeby być w pełni bezpiecznym. W ten sposób nie da się zbudować więzi, jakiejś wzajemności. Ktoś, kto rusza w życie z poczuciem, że będzie niezależny, w zasadzie jest niezdolny do małżeństwa. Bo małżeństwo to jest ogromna wzajemna zależność. Ona zależy ode mnie, ja zależę od niej. Ona mi zrobi kanapki na śniadanie, ja ją zawiozę do pracy.

Ale współczesna psychologia bardzo nas popycha ku myśleniu, że mamy się realizować, że mamy myśleć o sobie.

Tak, to jest fałszywa psychologia, która ma bardzo krótkie nogi i musi się zakończyć poważnymi problemami psychicznymi. Obecnie w psychologii coraz więcej się mówi o potrzebie zależności. Potrzeba zależności buduje realne więzi. Potrzeba niezależności to jest budowanie społeczeństwa szwedzkiego, które ustawowo zadekretowało, że dzieci mają być niezależne od rodziców, rodzice niezależni od dzieci, mężowie od żon, żony od mężów. No i kończy się to w sposób katastrofalny — ogromną samotnością i ogromem cierpienia.

Ale przyzna ksiądz, że wśród tych, którzy żyją w małżeństwach sakramentalnych, też jest wielu samotnych ludzi.

Oczywiście, że tak. I to jest poważny problem.

Pamiętam, że na jednym z wyjazdów, w górach, studenci szykowali obiad i gdy już wszystko było gotowe, postawili garnki na stole. Patrzę i myślę sobie: Boże, czy nie możemy jakoś ładniej zjeść, na przykład nalać tę zupę do wazy. Nagle zobaczyłem, że jedna studentka się rozpłakała. Pytam, co się stało, a ona mówi: Tak siedzimy razem i tak uroczyście jemy ten obiad jak w wigilię. Zapytałem: O czym ty mówisz? Okazało się, że u niej w domu nigdy wszyscy razem nie siadali do obiadu. Mama oczywiście gotowała obiad, zostawiała go na kuchence w kuchni, każdy przychodził, brał, co chciał, i szedł przed swój komputer, przed swój telewizor. Jedyną okazją, kiedy siadali razem do stołu, była wigilia. Przy włączonym telewizorze oczywiście, bo nie byli w stanie żyć bez niego.

A myśli ksiądz, że sakrament małżeństwa jest jakimś gwarantem, że nam się bardziej uda niż tym, którzy zawrą tylko związek cywilny?

Jeżeli będzie przeżywany w sposób przemyślany, to jak najbardziej. Jeśli zakładam, że to, co się między nami dzieje, będzie opowieścią o innej wielkiej miłości, to najpierw muszę zobaczyć, na czym ta inna wielka miłość polega. A ta inna wielka miłość polega na poświęceniu. Że Ojciec poświęcił Syna, a Syn poświęcił siebie. To jedna rzecz. Druga rzecz — na gigantycznym zaufaniu nawzajem do siebie z absolutną zgodą na swoje wzajemne słabości.

Odnoszę wrażenie, że przeżywamy obecnie proces dezintegracji pozytywnej — Kościół przeżywa kryzys, chrześcijaństwo przeżywa kryzys, duchowość przeżywa kryzys. I coś musi się zawalić, coś musi się rozsypać, żeby na gruzach mogło wyrosnąć coś nowego, odnowionego i piękniejszego. 

ks. Mirosław Maliński — ur. 1965, duszpasterz akademicki we Wrocławiu, rektor kościoła św. Macieja, założyciel i redaktor naczelny portalu 2ryby.pl, autor książek Jonasz; Oswojone; Widokówki, Małżeństwo od kuchni; Zatrzymaj się albo giń. Na co dzień mieszka i pracuje ze studentami.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama