O. Jacek Salij to jeden z najbardziej cenionych przewodników duchowych. Jutro jego 80. urodziny

Jestem jego dłużnikiem, bardzo wiele mu zawdzięczam, zawsze mogę na niego liczyć – mówią ludzie, którzy go znają. Teolog, wychowawca, autor niezliczonych publikacji, rekolekcjonista, duszpasterz, który zawsze znajduje czas. Czym przyciąga dominikanin z klasztoru przy ul. Freta 10 w Warszawie?

 

Wielokrotnie ocalony

Rodzice Eugeniusza, gdyż takie imię dali swojemu drugiemu dziecku, byli rolnikami. Mieli gospodarstwo w Budach na Wołyniu i tu przeżyli wszystkie tragedie, które stały się udziałem mieszkańców regionu – zagrożenie ze strony banderowców, matka, będąca z nim w siódmym miesiącu ciąży, została zagarnięta do grupy Żydówek z dziećmi, prowadzonych na rozstrzelanie. Młode małżeństwo wraz z dwójką małych dzieci zostało wywiezione do obozu pracy w Niemczech, a pod koniec wojny, w styczniu 1945 r., całą rodzinę pognano do Czech… Jednak, jak mówił po latach w wywiadzie, „świat jest Boży i choć diabeł w świat wiele zła wprowadza, ale dobra jest na naszym świecie mnóstwo”. Udało się więc cudem wyrwać ciężarną, pobitą i zszokowaną matkę z rąk oprawców, ukraińska sąsiadka ostrzegła przed banderowcami, zaś w czasie marszu śmierci do Czech, gdy zmarły wszystkie dzieci, rodzina Salijów przeżyła dzięki gościnie i żywności, przekazanej przez parę niemieckich staruszków.

Salijowie nigdy nie wrócili w rodzinne strony i tak jak miliony Polaków po wojnie musieli zaczynać wszystko od nowa. Osiedlili się w Piławie Dolnej koło Dzierżoniowa. W czasie tej zawieruchy nie stracili najcenniejszego kapitału i dzięki niemu kształtowali dziewięcioro dzieci – były to zasady wiary, patriotyzm, szacunek do wiedzy. Z takim „posagiem” pierworodny syn wyruszył do dominikańskiego nowicjatu w Poznaniu. Miał wówczas zaledwie piętnaście lat.

Jak być dominikaninem

- To stuprocentowy dominikanin – pisze, wykłada, to tomista, który mówi ludzkim językiem, po duszpastersku i który przekłada św. Tomasza na język współczesnej epoki. Pokazywał nam, młodym, jak być dominikaninem, był wzorem dominikanina – mówi jego były student, o. prof. Jarosław Kupczak, redaktor Księgi Jubileuszowej, dedykowanej ojcu profesorowi. – To osoba mocno zakorzeniona, która pomaga wejść w tradycję Zakonu, jest strażnikiem ciągłości – dodaje o. Stanisław Tasiemski, który jako początkujący duszpasterz akademicki w Gdańsku nie miał problemu z zaproszeniem wielkiego profesora na wykład czy prowadzenie rekolekcji. – Jest przykładnym zakonnikiem, zawsze obecny na wspólnych modlitwach. Jest kopalnią wiedzy, bez niego człowiek nie poznałby całego bogactwa tradycji. Ojciec Tasiemski wspomina też wspólne wieczorne spacery i prowadzone wówczas rozmowy.

W tym pięknym wizerunku są i rysy, choć drobne. Współbracia wspominają, że jest wybuchowy, impulsywny, potrafi naprawdę się zdenerwować. I być złośliwy. Ale przecież przewyższa wielu ze swojego otoczenia, więc wzbudza zazdrość, a zakonnicy są tylko ludźmi. Krążą o nim wzruszające anegdoty. O tym, jak nie miał na bilet i wracał na piechotę z ATK, a więc z Bielan do klasztoru na Starym Mieście. O brązowym garniturze, noszonym tak długo, że przeor w końcu zasugerował mu kupno nowego.

Zapytany o wybór, nie potrafił wyjaśnić, czemu wstąpił właśnie do tego zakonu. Może dlatego, że pochodzący z Bukowiny świątobliwy o. Włodzimierz Kucharek przyjeżdżał do znajomej rodziny w odwiedziny, może zachwyciły go rekolekcje o. Urbana Szeremeta i Alfonsa Kwapnia? A może… dzięki książce radzieckiego uczonego który, mimo odmalowania w najczarniejszych barwach Średniowiecza, o św. Tomaszu wyrażał się z uznaniem? – Może dzięki radzickiemu uczonemu wstąpiłem do dominikanów? – zastanawiał się po latach. A na poważnie wyznał, że ważnym motywem była nadzieja, że „tam Pana Boga nie zgubię, że będę Go miał na zawsze”.

Wszedł na standardową ścieżkę formacji i na niej pozostał (wreszcie zacząłem solidnie się uczyć – skończył przecież liceum w niższym seminarium Zakonu).

Dominikanie zobowiązani są do solidnych studiów filozofii i teologii, gdyż charyzmatem Zakonu jest poszukiwanie Prawdy, ale też dzielenia się prawdą z innymi. I kleryk Jacek studiował, ale w bardzo konkretnym celu – z biblioteki korzystał po to, „żeby w przyszłości dać sobie radę podczas prowadzenia katechezy”. Gdyż dominikanin ma dzielić się owocami kontemplacji, jak głosi zakonna sentencja.

Z tych samych duszpasterskich powodów zagłębiał się w dzieła Ojców i Doktorów Kościoła. Św. Augustyna poznał „przypadkiem”, bo współbrat podarował mu 15 tomów – komplet jego dzieł i w czasie którychś wakacji napisał „Rozmowy ze św. Augustynem”. „Od tej pory Augustyna uwielbiam. W istocie mało interesuje mnie jego filozofia, fascynuje mnie Augustyn jako głosiciel wiary”. „Z kolei Tomasz to genialny syntetyk. Jak tylko może, unika polemiki, stara się zauważyć i uszanować najmniejszy okruch prawdy, również u autorów, z którymi generalnie się nie zgadza”. I pisarze wczesnochrześcijańscy. „To naprawdę pasjonujące ciągle na nowo rozpoznawać swoją wiarę w wierze ludzi, którzy żyli niemal dwa tysiące lat temu” – mówił w wywiadzie i ich wymieniał: św. Ignacy z Antiochii, św. Justyn, św. Teofil, Orygenes, Ireneusz. Miał znakomitych wykładowców, ale prowadził też swoje prywatne studia biblijne – żeby wiedzieć, jak dać sobie radę z kazaniami. – Teologia z prawdziwego zdarzenia – to oczyszczanie i uwznioślanie naszego mówienia o Bogu – wyjaśniał.

Jak sobie wyobrażał posługę po święceniach? – Miał być duszpasterzem i kaznodzieją… A wszystko stało się inaczej, został wykładowcą teologii na ATK, pisarzem i publicystą.

Nie bez trudności. Pod koniec formacji został usunięty z Zakonu. Niektórzy ojcowie uznali, że za dużo czyta. Przełożonemu, który sugerował żeby został księdzem diecezjalnym, oświadczył, że będzie albo dominikaninem, ale w ogóle nie będzie księdzem. Z niejasnych powodów opóźniono jego święcenia kapłańskie. (Po latach widzę, że to po to, żebym nauczył się pokory). Przeżył też kilkumiesięczną, dotkliwą utratę wiary. – To było piekło, ale może dlatego otrzymałem łaskę ciemności, żebym lepiej rozumiał spotykanych później ateistów.

Towarzysz na drodze

Ta ogromna wiedza, błyskotliwa erudycja, rzeczywiście bardzo się przydały. Było duszpasterstwo, które planował, wstępując do Zakonu – sakramenty, kazania, rekolekcje. Ale też zupełne zaskoczenie, czyli praca naukowa i dydaktyczna, a później odkryty przez prof. Zygmunta Chylińskiego z UJ i o. Marcina Babraja, redaktora naczelnego miesięcznika „W Drodze” talent pisarski (w młodości nawet nie marzyłem o pisaniu). Comiesięczne felietony – odpowiedzi na zadane przez czytelników pytania na temat prawd wiary i moralności. Tak powstały cykle „Szukającym drogi”, „Pytania nieobojętne”, „Rozpacz pokonana” i in. Zwracali się do o. Salija warszawscy intelektualiści, studenci i starcy, pragnący rozliczyć się ze swoim życiem, profesorowie i ludzie niewykształceni. Wyjaśniał prawdy wiary i uczył, jak żyć, wskazywał właściwe kierunki, dzielił się swoim zachwytem Boga, a gdy został, w zastępstwie (nie raz zaczynało się od zastępstw) kapelanem Sekcji Kultury KIK, miał stały kontakt z warszawską inteligencją.

- Studiował św. Tomasza nie dla samego Tomasza, on szukał w jego pismach odpowiedzi na pytania, które zadają mu ludzie. Nie jest intelektualistą zza biurka, zmaga się z realnymi ludzkimi pytaniami i problemami, a wybrzmiewają w nich także pytania epoki, więc badał romantyzm, żeby zrozumieć polską duszę – mówi o. Kupczak.

Do rozmównicy klasztoru przy ul. Freta 10 przychodzili ludzie ze swoją radością i krzyżem, prezentujący cały przekrój społeczny ówczesnej Polski. – Jestem mu wdzięczna za ton, jakim mówi, i skupione słuchanie. I człowiek wie, że on naprawdę tak myśli i czuje, jest w nim coś, co sprawia, że człowiek mu wierzy, że uznaje, że jest zupełnie wiarygodny – mówi Elżbieta Malicka, działaczka podziemia, dziennikarka, która poznała Ojca będąc studentką, związaną z Sekcją Kultury KIK.

Anna Kamieńska, Wiktor Woroszyslki, Marian Brandys, Ernest Bryll, Paweł Herz, Julian Stryjkowski – to tylko część osób, z którymi się kontaktował czy przyjaźnił. Ich wiara była o różnym stopniu intensywności, byli wśród nich także ateiści. Twórcom i naukowcom, którzy nieraz mieli za sobą fascynację marksizmem lub nadal ulegali jego kuszeniom, proponował inny klucz do rozumienia świata. Proponował łagodnie, ale z całkowitą stanowczością, ukazując ogromne bogactwo myśli chrześcijańskiej. Potrafił rozmawiać z ludźmi będącymi daleko od chrześcijaństwa, spotykał się z marksistami, z przedstawicielami lewicy laickiej, Adamem Michnikiem, Jackiem Kuroniem, z szukającym nowych dróg Leszkiem Kołakowskim. Każdego rozmówcę traktował z wielkim szacunkiem, nawet wówczas, gdy głosił skrajne lub ekstrawaganckie poglądy.

Elżbieta Malicka opowiada, jak przyprowadziła do o. Jacka osobę, która była przekonana, że cała Biblia to dzieło kosmitów… - Ja bym taką osobę wyśmiała. Ale nie o. Jacek. On mówił: Owszem, jest wizja Ezechiela, pani uważa, że to kosmici. Ale tu jest coś jeszcze, proszę w to wniknąć. Jednym słowem – możecie tacy być, ale spróbujcie odkryć inną rzeczywistość. Godzinami z takimi ludźmi cierpliwie rozmawiał, nie szczędził czasu.

Był przy ludziach pogubionych, uzależnionych, zrozpaczonych. Przy rodzicach, którzy utracili jedyne dziecko, niedoszłych samobójcach, ludziach psychicznie chorych, życiowych bankrutach. Brał część ich krzyża, bliska była mu intuicja Hansa Ursa von Balthazara, że cierpienie Jezusa na Kalwarii było ujawnieniem tajemniczego bólu, jaki jest obecny w samym wnętrzu Trójcy Świętej z powodu naszych autodestrukcyjnych zachowań.

Gdy ktoś do niego dzwonił z prośbą o spotkanie, pytał, czy sprawa jest pilna, a gdy okazywała się pilna, wyciągał swój legendarny notes i szukał „okienka”. I później rozmawiał godzinami, do późna w nocy, do rana.

W oku cyklonu

Państwo Salijowie dopiero po latach opowiedzieli mu o najbardziej traumatycznych przeżyciach wojennych. O zamordowanych przez banderowców członków rodziny, niemieckim obozie pracy. I po latach matka opowiedziała mu o porażającej scenie – była świadkiem jak Niemiec prowadzi płaczącą Żydówkę z dzieckiem na ręku. Ta kobieta z dzieckiem miała za chwilę zginąć. „Tamto doświadczenie mojej mamy jest chyba jedną z przyczyn, dla których odczuwam spontaniczny, całoosobowy sprzeciw wobec aborcji i eutanazji” – wyjaśniał swoje zaangażowanie w obronie życia poczętego.

Nigdy tego nie planował, ale znajdował się na najważniejszych frontach współczesności, w oku licznych cyklonów, a jednym z nich była walka i ochrona życia poczętego. Najpierw były spotkania i dyskusje o aborcji w całej Polsce, później założył wraz z ks. Stanisławem Małkowskim i marianinem ks. Marianem Ługowskim oraz grupą świeckich – Marią Wolframową, Andrzejem Urbańskim, Maciejem Rayzachrem, Krystyną Dąbrowską i in. Ruch Gaudium Vitae. Jego członkowie założyli telefon zaufania dla kobiet wahających się, czy dokonać aborcji. Rozklejali po mieści informacje, że ktoś może im pomóc, członkowie grupy wysiadywali pod gabinetami ginekologicznymi i starali się odwieść ciężarne od tragicznej decyzji, organizowali modlitwy pod drzwiami aborterów. Ile dzieci uratowali? Ojciec ocenia, że 30-50 proc. wszystkich przypadków.

Zdarzało się, że trafiały do rozmównicy zrozpaczone kobiety, które się na ten dramatyczny krok zdecydowały. Starał się nie używać wyrazu „morderstwo”, żeby dodatkowo je nie pognębiać, zapewniał, że rany, które w sobie noszą, mogą przemienić się w jakieś dobro.

Tak samo nie planował bliskich kontaktów z opozycją, a jednak stał się dla działaczy po lewej i prawej punktem odniesienia i doradcą. Adam Michnik, Jacek Kurioń, Seweryn Blumsztajn, Jacek Czaputowicz, Stefan Niesiołowski, bracia Czumowie to tylko część długiej listy opozycjonistów. Działacze KIK zaangażowali się w podziemie, a po ogłoszeniu stanu wojennego i internowaniu wielu z nich (sam był na liście do internowania, ale na krótko się ukrył), jeździł do obozów w Jaworzu, Darłówku i więzienia na Białołęce. – Wszyscy się wtedy u niego spowiadali, także ateiści – wspomina socjolog, prof. Andrzej Tyszka, uwięziony w Jaworzu. Internowanym mówił o przebaczeniu i miłości do nieprzyjaciół. To tu zrodził się pomysł stworzenia zbioru „Miłujcie nieprzyjacioły wasze” o polskiej tradycji przebaczania wrogom.

Tradycją tych środowisk było uczestnictwo w Pasterce i kolędowanie do białego rana, przy czym ambicją uczestników było odśpiewanie wszystkich zwrotek kolędy. – Świetnym zapiewajłą był Sewek Blumsztajn – wspomina Elżbieta Malicka, która z całą rodziną wędrowała z Żoliborza do klasztoru na Freta na piechotę, żeby wziąć udział w Pasterce.

Te więzi zostały zerwane przez przedstawicieli lewicy laickiej, którzy w większości opowiedzieli się za aborcją po 1989 r. To był casus belli. – Ojciec zaczął pisać felietony do „Tygodnika Solidarność”, odbieranego jako niszowe pismo – przypomina o. Kupczak. – Dla młodego pokolenia dominikanów był to wybór niezrozumiały, bo Adam Michnik, Jacek Kuroń, zespół „Gazety Wyborczej” w tamtych latach byli dla nich niekwestionowanymi autorytetami. To osamotnienie, krytyczna ocena, odwrócenia się młodych współbraci, były dla niego źródłem cierpienia. Dopiero po latach przyznałem mu rację – dodaje o. Kupczak.

– W latach 90. nie poszedł na koncesje, nie zgodził się na relatywizowanie kwestii aborcji – mówi dr Dariusz Karłowicz, filozof, publicysta, prezes Fundacji św. Mikołaja, redaktor naczelny Teologii Politycznej, która wydaje dzieła o. Salija. – Jest teologiem, który ma odwagę bronić Kościoła i nie chowa się za jego autorytetem, mówi od siebie, od serca.

Rzeczywiście, wiele osób, które mówiły „Hosanna”, zmieniło hasła, ale o. Jacek broni wszystkich, którzy szczerze poszukują prawdy i sensu i nikogo nie oskarża o chwilowy koniunkturalizm.

- Cała Warszawa przychodziła do niego, bo to mędrzec, który pokazuje nam miarę rzeczy, pomaga mierzyć sprawy – mówi Dariusz Karłowicz. – Autorytet, ktoś, kogo się słucha, bo jego opinie warto uwzględnić. Jest wierny prawdzie, nie ma skłonności do relatywistycznego zagłaskiwania. Jest myślicielem, który rozumie piękno ortodoksji bez cienia fanatyzmu – dodaje. I opowiada, jak kiedyś o. Jacek przestrzegł go przed opuszczeniem firmy nierespektującej chrześcijańskich zasad. Bo trzeba wszędzie odpowiadać na problemy współczesnego świata i dawać chrześcijańskie rozwiązania.

- To jeden z ludzi, których noszę w sercu, promień, dający pewność, że Bóg istnieje, a Kościół Go przekazuje – mówi Elżbieta Malicka.

Pan Bóg świętuje

„Bóg to ten, którego chciałbym kochać ze wszystkich sił i z całego serca, a wiem, że w pełni tego nie potrafię” – odpowiedział zapytany, Kim jest Bóg. Wciąż wnika w Jego tajemnicę i dzieli się swoim zachwytem. Bardzo lubi fragment z pism Orygenesa, w którym Ojciec Kościoła zadaje pytanie, czy Bóg ma swoje święta? I odpowiada, że owszem, wielkim świętem dla Niego jest ludzkie zbawienie. I Jezus Chrystus także świętuje, gdyż Jego uniżenie przyniosło owoce, i Duch Święty też”.

Osoby, które są jego dłużnikami, mają powody przypuszczać, że Pan Bóg wiele razy świętował dzięki ojcu Jackowi.

xxx

Jestem jedną z dłużniczek o. Jacka Salija. Pisząc tekst korzystałam z osobistych doświadczeń oraz z wywiadu – rzeki „Świętowanie Pana Boga”, który przeprowadziliśmy wraz z Jackiem Borkowiczem i który ukazał się w 2001 r. w Wydawnictwie Znak.

Alina Petrowa-Wasilewicz

« 1 »

Tu możesz nas wesprzeć

Darowizna

reklama

Pekao