„To kolejna odsłona tej samej opowieści, którą wcześniej przyniosły filmy »Boże Ciało« oraz »Johnny«: prawdziwe dobro i zbawienie rodzą się tylko poza Kościołem” – przestrzega ks. Mateusz Szerszeń, michalita, redaktor naczelny dwumiesięcznika „Któż jak Bóg” w mediach społecznościowych.
Ks. Mateusz Szerszeń w obszernym wpisie na Facebooku odnosi się do entuzjastycznych ocen filmu „Ministranci” w reżyserii Piotra Domalewskiego, pojawiających się także wśród katolickich publicystów. Jak podkreśla, jego krytyka nie dotyczy poziomu artystycznego ani narracyjnego filmu, lecz jego głębokiego przesłania teologicznego i duchowego.
„Chodzi o przesłanie, które sączy się z tego obrazu bardzo konsekwentnie i bardzo niebezpiecznie” – pisze w mediach społecznościowych.
Zdaniem michality „Ministranci” nie są uczciwym rachunkiem sumienia Kościoła ani próbą zmierzenia się z jego słabościami. Film – podobnie jak wcześniejsze produkcje „Boże Ciało” i „Johnny” – wpisuje się według niego w powtarzalny schemat narracyjny, w którym dobro, uzdrowienie i autentyczna duchowość rodzą się wyłącznie poza Kościołem lub wręcz w opozycji do niego.
„To opowieść, która w istocie sięga do myśli Lwa Tołstoja i do jego przekonania, że prawdziwe dobro i zbawienie rodzą się tylko poza Kościołem, a sama instytucja jest jałowa, martwa i niezdolna do przekazywania łaski. Tołstoj redukował chrześcijaństwo do moralnego impulsu, do ludzkiego współczucia i do ośmiu błogosławieństw, odcinając je od sakramentów, od wspólnoty i hierarchii. Kreował się na proroka czystej Ewangelii, choć jego życie rodzinne i osobiste stało w jaskrawej sprzeczności z tą wizją. Nie przeszkadzało mu to w głoszeniu tezy, że w cerkwi nie może wydarzyć się nic dobrego, a prawdziwy Jezus przemawia jedynie poza nią” – pisze redaktor naczelny „Któż jak Bóg”.
Autor posta zauważa, że jest to wizja radykalnie sprzeczna z katolicką nauką, wyrażoną m.in. w starożytnej formule św. Cypriana „extra Ecclesiam nulla salus”, rozumianej jako wiara w realne działanie Chrystusa w Kościele i przez Kościół.
„Chrystus realnie działa w Kościele i przez Kościół. Tymczasem kino, o którym mowa, konsekwentnie buduje narrację odwrotną” – pisze.
Analizując konkretne filmy, kapłan pokazuje, że w „Bożym Ciele” sakramentalne kapłaństwo zostaje w praktyce unieważnione, a łaska działa bez Kościoła i bez święceń. W „Johnny” dobro rodzi się w konflikcie z hierarchią, a posłuszeństwo Kościołowi przedstawione jest jako przeszkoda. Natomiast „Ministranci” – zdaniem autora – idą jeszcze dalej, podważając sam sakrament spowiedzi. Uzdrowienie i działanie dobra mają tu wypływać nie z sakramentu, lecz z jego złamania i profanacji, co prowadzi do przekazu, że cel uświęca środki, a Kościół jako przestrzeń łaski „nie działa”.
„To przesłanie jest szczególnie groźne, ponieważ stoi w sprzeczności z nauczaniem Soboru Watykańskiego II, który przypomniał, że „Kościół jest jakby sakramentem”, widzialnym znakiem niewidzialnej łaski. Kościół może być grzeszny, słaby i nie zawsze spełniający ludzkie oczekiwania, ale to właśnie w nim najpełniej działa łaska sakramentalna. Fałszem jest twierdzenie, że świętość dostępna jest jedynie poza Kościołem. Historie świętych pokazują coś dokładnie przeciwnego” – pisze.
W konkluzji autor ostrzega, że kino konsekwentnie podważające sakramentalny charakter Kościoła nie prowadzi do oczyszczenia wiary, lecz do jej „rozbrojenia”. Dlatego – jak pisze – zamiast entuzjazmu wobec takich filmów, potrzebna jest czujność i niepokój o to, jaki obraz chrześcijaństwa i Kościoła utrwala się w świadomości widzów.
„I właśnie dlatego zachwyt nad takim przekazem powinien budzić nasz niepokój, a nie entuzjazm” – podsumowuje.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.