Mogły wybrać plażę, hotel i kilka dni odpoczynku. Wybrały kilkaset kilometrów pieszo, noclegi pod namiotem i życie bez codziennych wygód. Dla Agnieszki, Weroniki i Mai pielgrzymka na Jasną Górę była nie tylko fizycznym wyzwaniem, ale przede wszystkim drogą Boga.
Agnieszka Ulatowska od dawna miała z tyłu głowy, że przynajmniej raz w życiu chciałaby pójść na pielgrzymkę. Ciekawość mieszała się z zamiłowaniem do wyzwań. „Od wielu lat miałam gdzieś z tyłu głowy, że minimum raz w życiu chciałabym pójść na pielgrzymkę, zobaczyć, jak to jest. Lubię wyzwania. Wakacje na plaży, leżenie i opalanie się są dla mnie za nudne. Wolę coś porobić” – mówi.
Jej siostrę Weronikę do pielgrzymowania ciągnęło od dłuższego czasu. Decyzję podjęła po powrocie z Jubileuszu Młodych w Rzymie. „Czułam wewnętrznie, że muszę to zrobić” – wspomina.
Jeszcze inna była historia ich kuzynki – Mai Maciak. Jej decyzja wiązała się z chorobą psychiczną siostry. W pewnym momencie, kiedy nie wiedziała już, co robić, podczas spaceru znalazła obraz Matki Boskiej Charłupskiej. To właśnie wtedy poczuła, że powinna wyruszyć na pielgrzymkę.
Namiot zamiast wygodnego łóżka
Przed wyruszeniem żadna z nich do końca nie wiedziała, jak trudna okaże się droga. Agnieszka, mająca za sobą doświadczenie Światowych Dni Młodzieży, spodziewała się, że pielgrzymka będzie pod pewnymi względami podobna. „Okazało się dużo trudniej. Pielgrzymka rzeczywiście jest dużym wyzwaniem fizycznym i psychicznym” – przyznaje.
Najbardziej dały im się we znaki noce. Zamiast ciepłego łóżka był namiot, a zamiast kołdry – wilgoć, rosa i zimno.
„Spałam razem z siostrą Agnieszką w namiocie jednoosobowym. Mimo że się mieściłyśmy i było nam wygodnie, wilgoć osiadająca na ściankach namiotu przechodziła na nasze ubrania. Pobudka i wyjście z namiotu również nie należały do najprzyjemniejszych. Mokry namiot i rosa potęgowały chłód” – opowiada Weronika.
Był to dla niej najtrudniejszy moment całej pielgrzymki. Noce były krótkie, warunki spartańskie, a cztery warstwy ubrań nie zawsze wystarczały, żeby ochronić przed zimnem.
Maja z kolei w takich chwilach miała w głowie tylko jedną modlitwę: „Panie, daj siły, abym przetrwała tę noc”. „Otuliłam się, czym tylko mogłam, i próbowałam zasnąć” – wspomina.
Fot. Archiwum prywatne
Do części pielgrzymkowych warunków można było się jednak przyzwyczaić. Naturalna toaleta, polowy prysznic czy rozkładanie namiotu po dwóch dniach przestały być czymś krępującym. Zimna i wilgotna noc pozostała jednak wyzwaniem do samego końca.
Pielgrzymkowe życie oznaczało także rezygnację z własnych przyzwyczajeń dotyczących jedzenia. Często trzeba było po prostu przyjąć to, czym częstowali napotkani po drodze ludzie.
„Nie zapomnę nigdy smaku tego pomidora. Wzięłam go od pewnej pani stojącej przy drodze i częstującej pielgrzymów smakołykami. Nigdy tak dobrze nie smakował mi żaden pomidor” – wspomina Agnieszka.
„Nie dam już rady”
Pielgrzymka wystawiła dziewczyny także na próbę fizyczną. Agnieszka już na początku doznała kontuzji stopy. Słyszała od innych, że powinna zakończyć pielgrzymkę, żeby nie pogorszyć swojego stanu. „Ciężko było mi podjąć taką decyzję. Bardzo zależało mi, żeby zostać i dojść do Jasnej Góry. Tak też zrobiłam” – mówi.
Weronika kryzys przeżyła dopiero siódmego dnia. Był to ostatni etap przed noclegiem. Choć wcześniej odwiedziła je rodzina i dzień był dla niej piękny, pod koniec marszu zaczęło ją wszystko drażnić. Nogi były ciężkie i opuchnięte. Pojawiła się złość, bezsilność i łzy. Kiedy dotarły na nocleg, okazało się jeszcze, że grupy zostały podzielone na dwa obozy namiotowe, a toalety znajdowały się w drugim z nich.
„Miałam dość. Byłam przewrażliwiona i chciało mi się płakać” – wspomina. A jednak nawet wtedy nie pojawiła się myśl, żeby zawrócić i nie dojść do Matki Bożej.
Zmiany w codzienności
Po kilku dniach droga zaczęła zmieniać także ich samych. Agnieszka odkryła na nowo adorację Najświętszego Sakramentu i ciszę spędzaną sam na sam z Jezusem. Maja wróciła z większą wdzięcznością za codzienność.
„Jestem o wiele odważniejsza w swojej wierze, dostrzegam najmniejsze dobre rzeczy. Jestem wdzięczna za małe rzeczy i cieszę się z nich, bo widzę, jak Pan jest dla mnie łaskawy” – tłumaczy.
Weronika mówi natomiast o szczególnej intencji, z którą wyruszyła na pielgrzymkę.
„Poszłam tam ze szczególną intencją, która właściwie odmieniła moje życie. Czuję, że Pan Bóg ma jeszcze plan na mnie. Myślę, że moja modlitwa i rozmowa z Bogiem się pogłębiła, tak jakbyśmy weszli na wyższy poziom tej relacji” – opowiada.
Fot. Archiwum prywatne
„Zostawiłam dom w Częstochowie”
Najwięcej o tym, czym stała się dla nich pielgrzymka, mówi jednak to, co wydarzyło się po jej zakończeniu. Weronika nie spodziewała się, że powrót do domu będzie tak trudny.
„Czułam ogromny smutek, żal i takie zagubienie związane z wyjazdem z Jasnej Góry i powrotem do codzienności. Pamiętam, jak weszłam razem z siostrą Agnieszką do domu. Poczułyśmy się jak w obcym miejscu. Czułam, że zostawiłam bliski memu sercu dom w Częstochowie” – przyznaje.
W ciągu kilku dni przyzwyczaiły się do prostoty, wspólnej modlitwy, wędrówki i życia z innymi. Nauczyły się pokory, wyciszenia i przyjmowania pomocy.
Dlatego na pytanie, czy poszłyby jeszcze raz, odpowiedź wszystkich jest zgodna. „Tak i jeszcze raz tak” – mówi Weronika.
Maja dodaje: „Złapałam bakcyla do pielgrzymek. Pokochałam tamtejszą atmosferę i to, jak można być blisko Jezusa. To była moja pierwsza pielgrzymka, ale wiem, że jeśli będzie mi dane, to na pewno nie ostatnia”.
Agnieszka, która jeszcze rok wcześniej uważała, że może nie dać rady, dziś wie już, że granice własnych możliwości bywają dalej, niż nam się wydaje.
„Rok temu też uważałam, że nie dam rady, nie dojdę, jestem za słaba. To pielgrzymka pokazała mi, jak mogę być silna duchowo i fizycznie”.
Może właśnie dlatego pielgrzymka wciąż przyciąga ludzi, którzy – choć mogliby wybrać wygodniejszą drogę – decydują się iść pieszo. Bo nie chodzi tylko o to, żeby dojść do Częstochowy. Chodzi o to, co człowiek odkryje po drodze.
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.