W „Lex szarlatan” nie chodzi o szarlatanów. Chodzi o to, żebyśmy przestali myśleć

Ustawa przedstawiana jako broń przeciwko oszustom może w rzeczywistości stać się narzędziem uciszania debaty o naturalnych metodach wspierania zdrowia. Bo największym zagrożeniem dla systemu nie są dziś szarlatani. Największym zagrożeniem jest świadomy obywatel, który przestaje wierzyć, że jedyną odpowiedzią na każdy problem zdrowotny jest kolejna tabletka.

To majstersztyk marketingu politycznego. Kto odważy się protestować przeciwko ustawie o takiej nazwie? Przecież nikt rozsądny nie chce bronić szarlatanów. Nikt nie chce ludzi, którzy żerują na cierpieniu chorych.

Ale właśnie na tym polega problem. Nazwa ustawy od początku ustawia całą debatę. Jeśli ją krytykujesz, łatwo przykleić ci łatkę obrońcy oszustów. Tymczasem spór wcale nie dotyczy szarlatanów. Dotyczy wolności.

Wolności zadawania pytań. Wolności mówienia o własnych doświadczeniach. Wolności wyboru sposobu dbania o zdrowie.

Coraz więcej ludzi przestaje bezrefleksyjnie ufać wielkim koncernom spożywczym i farmaceutycznym. Czytają składy produktów. Rezygnują z wysoko przetworzonej żywności. Szukają przyczyn chorób, zamiast wyłącznie tłumić ich objawy. Wracają do ziół, profilaktyki, zdrowego stylu życia i wiedzy przekazywanej przez pokolenia.

I właśnie to wydaje się dziś budzić największy niepokój systemu. Bo świadomy człowiek jest trudniejszy do kontrolowania. Zadaje pytania. Czyta. Porównuje opinie. Nie kupuje wszystkiego bez zastanowienia.

Czy o zdrowie tutaj chodzi?

Nie sposób nie zauważyć, że zdrowie stało się jednym z największych biznesów świata. Przemysł spożywczy zarabia na żywności, która często bardziej szkodzi, niż odżywia, a później kolejny sektor zarabia na leczeniu skutków takiego stylu życia. To błędne koło.

Najpierw produkujemy żywność, która sprzyja chorobom cywilizacyjnym. Później produkujemy leki na choroby, które sami wcześniej pomogliśmy stworzyć. Na końcu mówi się ludziom, że nie wolno im opowiadać o naturalnych sposobach wspierania organizmu, bo może to być „dezinformacja”.

Od lat funkcjonuje powiedzenie: „Pacjent wyleczony to pacjent stracony”. Można uznać je za prowokację. Można uznać za przesadę. Ale trudno nie dostrzec, że współczesny system znacznie lepiej radzi sobie z leczeniem skutków niż z usuwaniem przyczyn chorób. Dlatego coraz więcej ludzi szuka odpowiedzi poza utartymi schematami.

Nie oznacza to odrzucenia medycyny. Oznacza poszukiwanie pełniejszego obrazu zdrowia.

Podana ustawa daje państwu narzędzia do decydowania, jakie poglądy na temat zdrowia są dopuszczalne, a jakie nie. Nowelizacja wprowadza pojęcia „praktyk pseudomedycznych” i „dezinformacji medycznej”, pozostawiając ocenę, czy doszło do naruszenia przepisów, Rzecznikowi Praw Pacjenta. Organ ten będzie mógł nakładać kary finansowe do 1 mln zł, również wielokrotnie, a także wpisywać podmioty do rejestru „dezinformacji medycznej”, co może skutkować zablokowaniem ich stron internetowych.

Czy za kilka lat ktoś uzna, że nie wolno mówić o czosnku, miodzie czy imbirze, jeśli nie będzie to poparte odpowiednio kosztownymi badaniami klinicznymi? A kto ma sfinansować takie badania? Czy naprawdę ktoś wyłoży dziesiątki milionów złotych na udowodnienie działania rośliny, której nie da się opatentować? Kto zainwestuje ogromne pieniądze w coś, co rośnie za darmo na łące?

To właśnie tutaj rodzi się fundamentalne pytanie. Czy każda cenna wiedza musi być własnością wielkiego koncernu, aby mogła być uznana za wartościową?

Doświadczenie naszych babć i prababć nie zastępuje współczesnej medycyny. Ale nie zasługuje też na wyśmianie czy administracyjne wyciszenie.

Państwo powinno ścigać oszustów. Powinno karać tych, którzy naciągają chorych.

Nie powinno jednak budować przepisów, które pod hasłem walki z szarlatanami mogą doprowadzić do ograniczenia wolności dyskusji i prawa obywateli do samodzielnego myślenia.

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« 1 »