Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Paweł Misior

DŁUGOPIS



Ludwik Górka, niegdyś wzięty producent czterdziestocentymetrowych długopisów upominkowych - zajął się gołębiami. Przez sześć godzin dziennie karmi, dogląda i tresuje stado ponad 70 gołębi. Właśnie wypuścił z gołębnika grupę ptaków na treningowy lot. Fruną. W gromadzie wystartował niezawodny fajter "Rudy" oraz mała, zwinna "Lelka", której podczas niedawnych mistrzostw brawurowy lot z Holandii zabrał zaledwie 12 godzin.

- Zdobyłem w tym roku tytuł mistrza okręgu! Pięciuset gołębiarzy pokonałem! - chwali się 64-letni Ludwik Górka, wyciągając z szuflady odpowiednie poświadczenia. - Wygrałem z weteranami gołębiarstwa, chociaż sam jestem gołębiarzem dopiero od pięciu lat.

Życie Ludwika Górki przed gołębiami było trochę mozolne, trochę zawadiackie. Z wyraźną cezurą 31 sierpnia 1980 roku.

W tym dniu Lech Wałęsa podpisał porozumienia gdańskie wyprodukowanym przez Ludwika Górkę długopisem.

I

- Ech życie, panie. Dało w tyłek, ale i popieściło czasem, że aż miło - wzdycha Górka i zasiada na krześle w swoim pokoju na piętrze domu w Myślenicach pod Krakowem (na parterze mieszka córka z rodziną, na strychu gołębie).

O meandrach swego losu pan Ludwik opowiada z przekąsem i humorem. Jest z usposobienia wesołkiem. Rubaszny i dowcipny. Ciągle żartuje, dogaduje, wybucha gromkim śmiechem. Lubi siarczyście zakląć albo użyć zamiast przecinka brzydkiego, popularnego słowa.

Urodził się w Porębie, małej wiosce pod Myślenicami w Beskidzie Średnim. Najstarszy spośród siedmiorga rodzeństwa. Edukację zakończył na podstawówce. Pracował w spółdzielni chałupniczej przy wyrobie guzików. Pod koniec lat 50. założył własny warsztat. Zaczął od guzików. Szybko przestawił się na pióra szkolne: produkował słynne w swoim czasie "Żaczki". Jeździł po kraju, handlował. W 1961 roku, gdzieś pod Bydgoszczą, zatrzymali go milicjanci ("Tępili dranie prywaciarzy..."). Skontrolowali towar i rachunki. Górka zaproponował układ: "Ja daję parę stów wam, a wy dajecie mi święty spokój". Ale milicjanci oskarżyli go o próbę przekupstwa. Przesiedział 8 miesięcy w więzieniu.

- W kryminale się nauczyłem, że trzeba być, k..., cwańszym - śmieje się.

W latach 70. wymyślił i skonstruował długopis-gigant. Czterdziestocentymetrowy. Pamiątkowy. Z łańcuszkiem i obrazkiem. Na obrazku znalazł się najpierw statek "Batory" i Janosik. Później obrazki religijne: Jasna Góra lub Niepokalanów oraz wizerunek Jana Pawła II.

Towar szedł nieźle, Ludwik Górka dorabiał się. Podczas swoich podróży rezydował w niezłych hotelach. Lubił zabawić się i wypić.

- Harowałem cały dzień, ale wieczorami sobie nie żałowałem - wspomina. - Wypiło się, na dancing się poszło, poszalało... A najbardziej lubiłem to, co każdy mężczyzna lubi, panie: kobitki...

Dzień 31 sierpnia 1980 roku spędził w Warszawie.

Wspomina: - Zatrzymałem się w "Grandzie". Jakoś następnego dnia rano kolega wchodzi do mojego pokoju i mówi: "Ludwik, ty teraz możesz kupić se ten hotel". Ja pytam: "O co ci chodzi?". A on: "Wałęsa twoim długopisem podpisał dokumenty w stoczni! Ale reklama!". Sprawdziłem, czy mnie nie bajeruje. No i faktycznie: mój długopis! Dumny byłem jak paw. Dałem kelnerowi parę stów, żeby mi w try miga przyniósł gazetę ze zdjęciami Wałęsy i mojego długopisu. Taka osobistość i mój długopis w kupie!

II

W gdańskim biurze Lecha Wałęsy, lato 1998. Gospodarz wpada tu zazwyczaj na 4-5 godzin dziennie. Pomiędzy realizacją "ostatniego wielkiego dzieła politycznego", czyli tworzeniem Chrześcijańskiej Demokracji III Rzeczypospolitej, a domowym obiadem były prezydent znajduje czas na wspomnienia.

- Na strajku w stoczni miałem zwyczaj wychodzić przed bramę i mówić o pertraktacjach, o nastrojach - rozpoczyna Lech Wałęsa. - Któregoś dnia podczas takiego przemówienia ktoś, nie wiem kto, wetknął mi do ręki jakiś przedmiot na łańcuszku. Najpierw myślałem, że to jakieś berełko albo coś podobnego. Zakręciłem łańcuszkiem, patrzę, a to długopis. Ogromny długopis. Spodobał mi się. Zabrałem go ze sobą.

Zdarzyło się to kilka dni przed podpisaniem porozumień. Gdy mieliśmy iść podpisywać dokumenty, pomyślałem sobie: skoro mam taki długopis, to czemu nie miałbym nim podpisać porozumień? Co prawda długopis był duży i niewygodny, ale za to miał obrazek z Ojcem Świętym... Nie było z mojej strony żadnej kalkulacji. Podpisywałem tym długopisem przez zwykły przypadek. Dlatego nie rozumiałem tych, którzy od razu podnieśli wrzawę, że Wałęsa robi z długopisem jakieś wygłupy. Do dziś mi to czasem wypominają...

III

- Ten długopis oceniałem jako wybryk cyrkowy - wspomina w 1980 roku Bogdan Borusewicz, jeden z liderów strajku w stoczni, dzisiaj wiceminister spraw wewnętrznych z ramienia UW. - Zupełnie nie pasował do tamtej, poważnej sytuacji.

- Obejrzałem relację z podpisywania porozumień w dzienniku telewizyjnym - opowiada Stefan Niesiołowski, wtedy uczestnik strajku łódzkich tramwajarzy, obecnie poseł AWS. - Od razu pomyślałem, mimo całego szacunku, jaki wtedy miałem do Wałęsy: po jaką cholerę mu był ten dziwaczny, półmetrowy długopis? Równie dobrze mógł przyjść w kapeluszu z półmetrowym cylindrem.

- Uważałem, że to dosyć pretensjonalna fanaberia - mówi Zbigniew Bujak, wtedy opozycjonista, do niedawna polityk Unii Pracy, dziś w Unii Wolności. - Jednak broniłem tego długopisu przed przyjaciółmi, którzy mówili, że to niemądry wybryk. Mówiłem im, że być może ten wielki, kolorowy długopis odróżnia naszą, opozycyjną stronę od sztampy prezentowanej przez komunistów. No i było na nim widać wizerunek Papieża, a to się liczyło dla nas wszystkich.

Bogdan Borusewicz uważa, że długopis nie ma siły symbolu i stanowił tylko nieistotny detal. Według Stefana Niesiołowskiego długopis-gigant warto wspominać, ale nie warto się go czepiać. I nie warto szukać podtekstów. Chociaż...

- Możliwe, że decyzja, aby podpisywać porozumienia takim długopisem, była jakimś pierwszym sygnałem czy też pomrukiem dziwactwa człowieka, który go użył - zastanawia się Niesiołowski.

Zbigniew Bujak twierdzi, że detale są zawsze istotne, więc nawet długopis może odegrać ważną, symboliczną rolę.

- Pewnie należało wtedy podpisywać porozumienia długopisem wykonanym z kadłuba jakiegoś statku ze stoczni gdańskiej - przypuszcza Bujak całkiem poważnie. - Amerykanie podpisywali pokój z Japonią długopisem wykonanym z kawałka samolotu uczestniczącego w wojnie.

IV

- To był szalony czas, panie... - zagłębiony w fotelu Ludwik Górka snuje swoją opowieść. - Reklama, jaką mi wtenczas zrobił Wałęsa, kosztowałaby normalnie chyba z milion dolarów! Nie żartuję. Produkcja długopisów skoczyła mi sakramencko. Naród entuzjazmował się tym długopisem! Naród szalał! Każdy chciał mieć długopis, którym Wałęsa podpisywał. Dzwonili, prosili, błagali, tyłek mi zawracali, a ja odmawiałem, bo nie wyrabiałem ilościowo... Nie mogłem zwiększyć produkcji, bo maszyny miałem nie przygotowane. To wszystko ręczna robota była. Męczarnia. Jeden pracownik najwyżej pięćdziesiąt dziennie mógł wykonać...

No to wybierałem sobie klientów... Na Jasną Górę dawałem. Do klasztorów dawałem. Do świętych miejsc... Bo ja, proszę pana, zawsze poważałem święte miejsca. Zawsze poglądy miałem prawicowe, a komuny nie cierpiałem. Cieszyłem się, że komuna dostała w tyłek, panie. Że Wałęsa wygrał. Że "Solidarność" wygrała... Wielki sentyment miałem do "Solidarności". Co prawda nie zapisałem się. Bo widzisz pan: jakoś tak nikt mnie nie pociągnął... Żeby kolega jakiś... Wie pan - jak to kolega kolegę na wódkę ciągnie. Ale nikt nie pociągnął.

Pomyślałem wtedy: pojadę do Wałęsy. Jesień już była, roku osiemdziesiątego. Pojechaliśmy razem z bratem. Zabraliśmy 50 sztuk długopisów. Zajechaliśmy, a tu pech: nie ma go... Nie wiem, co chciałem mu powiedzieć. Podziękować...

Nie ma, to nie ma. Długopisy rozdaliśmy pracownikom biura Wałęsy i wróciliśmy do domu. Za to koledzy mnie ochrzcili »Wałęsa«. Inni nazywali mnie »Długopis«. Do dziś niektórzy tak do mnie mówią. Przykleiło się.

V

Lech Wałęsa w normalnej formie. Pewny swego, władczy. Dyryguje rozmówcą według sprawdzonych i znanych w środowisku dziennikarskim metod: najpierw wzrok utkwiony w gazecie, potem przerwanie pierwszego pytania itd...

- Jeszcze przed długopisem był różaniec - opowiada Wałęsa. - Ustalono, że założyła mi go na szyję pewna parafianka ze świętej Brygidy. Potem był obrazek w klapie z wizerunkiem Matki Boskiej, poświęcony przez Prymasa Wyszyńskiego. Nie wiem, kto mi go dał. To był ktoś z pielgrzymki, która wróciła z Częstochowy. I różaniec, i obrazek wręczano mi przy kamerach całego świata, dlatego nie mogłem odmówić ich przyjęcia... Bo wyjaśnijmy sobie jedno: ja nie lubię być choinką, nie lubię nic robić na pokaz. Uważam, że nie wolno grać symbolami religijnymi. Dlatego sam z siebie bym nie założył tego różańca, ani tego obrazka. Ale jak ktoś mi daje, to ja nie mogę odmówić albo zdjąć. Podobnie było z tym długopisem. Skoro wcisnęli mi długopis z obrazkiem Papieża, to nawet wypadało się nim podpisać.

Podczas stanu wojennego pamiątki z czasów Sierpnia Wałęsa wywiózł do siedziby diecezji gdańskiej.

- Prawdopodobnie długopis też tam trafił - przypuszcza.

VI

Najważniejsze pamiątki Zbigniewa Bujaka z czasów opozycyjnych to legitymacje. Różowa - wystawiona 17 września 1980 r. na strajku w stoczni. I biała - wystawiona w Regionie Mazowsze "Solidarności" przez Seweryna Jaworskiego. W szufladzie z drobiazgami leżą jeszcze podziemne znaczki oraz liczne pisma, które Bujak okazjonalnie prezentuje znajomym. Swoje zbiory pokazywał niedawno w rosyjskiej telewizji w programie "Kak eto było?".

- Muszę przyznać, że teraz częściej niż kilka lat temu zaglądam do tej szuflady z pamiątkami. Z biegiem lat coraz chętniej wspominam - mówi Bujak.

Stefan Niesiołowski przechowuje w starym pudełku trochę "bibuły", pamiątkowe "oporniki" i sporo wydanych w podziemiu znaczków, spośród których najbardziej lubi szary, smutny znaczek z widokiem na obóz internowanych w Jaworzu.

- Ale moje zbiory nie umywają się do kolekcji Joanny Szczęsnej [w latach 80. dziennikarki podziemnego "Tygodnika Mazowsze", dziś w redakcji "Gazety Wyborczej" - red.] - zaznacza Stefan Niesiołowski.

W zbiorach Niesiołowskiego jest jeszcze sztandar "Solidarności", wykonany w obozie internowanych w Darłówku oraz portret, namalowany przez współwięźnia-
-kryminalistę w 1972 roku, gdy Stefan Niesiołowski odbywał karę za udział w podziemnym "Ruchu".

- Powiesiłem ten portret w swoim biurze poselskim. Nie jestem na nim za bardzo podobny do siebie. Ale nie szkodzi - tłumaczy.

Bogdan Borusewicz zachował tylko stertę nielegalnych gazetek, a także pierwsze wzory napisu "Solidarność", wykonane techniką sitodrukową na papierze.

- Ja się nie zajmowałem zbieractwem. Ja się zajmowałem walką z komuną - zaznacza twardo Borusewicz, który czuje przesyt wspominaniem początków "Solidarności".

Po chwili dodaje: - A zresztą, mam ze strajku w stoczni jedną cenną pamiątkę: to moja żona, Halina, którą wtedy poznałem.

VII

Długopisy Ludwika Górki sprzedawały się dobrze jeszcze przez całe lata osiemdziesiąte. Później zainteresowanie zmalało. Nawet Jasna Góra przestała się interesować pamiątkowymi długopisami. Ojciec Palemon, protektor długopisów, zmarł osiem lat temu.

Produkcja więc zamarła. Jeszcze tylko w zeszłym roku, z okazji wizyty Jana Pawła II w Polsce, firma "Górka" wyprodukowała jednorazowo niewielka partię.

- Rynek jest zapieprzony zagranicznymi bublami. Nasze długopisy nie idą - pomstuje Ludwik Górka.

Obecnie firma "Górka" produkuje więc wyroby z plastyku: mydelniczki, wiaderka, komplety dla dzieci, grzebienie (12 rodzajów). Prezesem jest nominalnie pan Ludwik. Tak naprawdę firmą dowodzi już syn Jan.

Bo Ludwik Górka postawił na gołębie. Zaszywa się na strychu i trudno go stamtąd dowołać. Zresztą, cóż ma robić? Żonę pochował trzy lata temu. Pracować nie musi zbyt wiele. Powinien uważać na niedomagające serce. Denerwować się - niezdrowo. Pić - niezdrowo ("Chociaż, jakby pan miał ochotę, to flaszeczka się znajdzie..."). Na kobitki apetyt czasem by jeszcze się znalazł, ale gdzież one się podziały - kobitki z tamtych lat?

- Poszedłem nie tak dawno na dancing w Myślenicach - opowiada pan Ludwik, popijając Sprite’m pigułkę na krążenie. - Wyobraź pan sobie: nie było na kim oka zaczepić. Pusto, jak w grobie. Nudno. Ludzie już nie chodzą na dancingi...

A sentyment do "Solidarności" - co z nim się stało?

- Z tym sentymentem do "Solidarności" to jest jak z miłością do kobiety: najpierw pan kochasz szalenie, a potem, no... już nie w takim napięciu się kocha - wyjaśnia Ludwik Górka. - Cieszyłem się, jak komuna padła, chociaż rynek zagraniczny mi się w produkcję wpieprzył. Cieszyłem się, bo biznes za komuny można przyrównać do trzymania się ręką liny nad głęboką wodą... Głosowałem na Wałęsę zawsze. Chociaż, wie pan, ostatnio to już trochę z musu na niego głosowałem. Radził se jak mógł, ale, wie pan, wymowa nie ta... Chociaż nawet dzisiaj wolałbym do Wałęsy na kolanach iść niż do Kwaśniewskiego jechać... Myślę sobie, że Lechu to chyba se powinien dać już spokój z polityką, tak jak ja se dałem spokój z robotą. Mogło by być tak: ja mam gołębie, on ryby...

VIII

Czas przyjmowania prezentów i pamiątek w życiu Lecha Wałęsy zaczął się na dobre w sierpniu 1980 roku - i trwa nadal.

Po drodze była obrączka, zdjęta z palca przez jakąś sympatyczkę "Solidarności", która rozpoznała go na ulicy. Była kilogramowa szkatułka ze złota od Barbary Piaseckiej-Johnson. Była kolorowa muszla ze szkła od Clintona i zegar od Jelcyna (spóźniający się godzinę dziennie). Były obrazy, śrubokręty oraz liczne długopisy i pióra.

Od wczesnych lat osiemdziesiątych wszystkie prezenty trafiały hurtem na Jasną Górę.

- Przekazuję tam wszystko, bo wiem, że postkomuna, jak jej się zdarzy chwilowe zwycięstwo, to może chcieć coś zniszczyć albo nie szanować - opowiada Wałęsa. - Dałem nawet zobowiązanie, że nie wolno mi odebrać. Wie pan, różnie może być, mogę przeora znielubić albo skleroza mnie złapie. Więc się zabezpieczyłem.

- Sobie nic nie zostawiłem. Myślałem zawsze: to przecież nie moje rzeczy, to nasze rzeczy, znak czasu - uzupełnia.

- Pan prezydent nie posiada pamiątek i dlatego nie możemy prawie nic podarować na aukcje. Niektórzy myślą, że prezydent jest skąpy, a prawda jest taka, że on po prostu nic nie ma - włącza się do wspomnień prof. Jan Horbulewicz, aktualny Szef Biura byłego prezydenta.

- No, czasem coś dajemy. Kije golfowe daliśmy na aukcję. Poszły nieźle - poprawia Wałęsa.

Były prezydent deklaruje, że zachował dla siebie tylko kilka przypadkowych obrazów, które "pasowały na ścianę". Nie odłożył żadnego sprezentowanego pióra ani długopisu.

- Niewiele piszę - mówi. - Jakbym pisał, to bym odebrał chleb dziesięciu pracom doktorskim.

Czy Lech Wałęsa użyłby długopisu-giganta dzisiaj?

- Gdyby się przydał... - były prezydent namyśla się nad odpowiedzią. - Trzeba wykorzystywać w życiu odpowiednie przypadki. Ja zawsze je wykorzystywałem. Tylko trzeba wiedzieć, kiedy skorzystać. Jakbym dzisiaj skoczył przez płot w stoczni, byłbym wyśmiany albo nikt by nie zauważył. Tak samo jakbym dziś podpisał jakiś dokument tym wielkim długopisem, również wzbudziłoby to śmiech.

Lech Wałęsa wspomina coraz częściej: strajki, działalność opozycyjną. Wspomina też młodość: pierwszy pocałunek, pierwszą randkę.

- Pewnie, nostalgia i mnie dopada. Przychodzi czas, że wspomina się chętniej, a pracuje gorzej. Nie to zdrowie. Więc po co się szarpać? - pyta retorycznie. I dodaje: - Chcę jeszcze tylko postawić na nogi Chrześcijańską Demokrację i za 5-10 lat zostawić politykę. Może wtedy zrealizuję projekt, o którym często myślę: wsiądę na rower i przejadę się drogą, którą chodziłem do podstawówki?



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Ludwik Górka stocznia długopis porozumienia pamiątki opozycja Lech Wałęsa Solidarność
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W