Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Maciej Grabski

Ksiądz Rafał

ISBN: 978-83-240-1327-2
wyd.: ZNAK 2010

Wstęp

Stary proboszcz Stanisław umarł w marcu. Chorował od dawna, był już dobrze po siedemdziesiątce, ale jeszcze kilka dni przed śmiercią na niedzielnym nabożeństwie potrafił z całą mocą, strasząc karami piekielnymi, potępić tych, którzy zaniedbują pracę na plebańskim, a zajmują się swoimi sprawami. Wszyscy słuchali kazania spokojnie. Przez lata przywykli do trudnego charakteru swojego pasterza, wiedząc, że kocha ludzi bardziej, niż można podejrzewać z surowości jego nauk. Młodzi szemrali po kątach, ale starzy wybaczali mu wszystko. Pamiętali, że w najgorsze lata okupacji i stalinizmu dzielił z nimi biedę i strach, pomagał, jak mógł, słowem i czynem. Wiedzieli, że nawet najsurowszy sędzia nie znalazłby wtedy nic, co mógłby mu zarzucić. Gdy czasy się polepszyły — w głosie proboszcza pojawiła się nuta twardej nieomylności. Nie potrzebował pieniędzy, zresztą choćby nawet chciał się bogacić, skąd miałby brać pieniądze w małej wiosce, w której ludzie żyli niemal z dnia na dzień. Nie ciągnęło go do kart, wódki, nikt nigdy nie słyszał o jakichkolwiek kobietach w jego otoczeniu. Została tylko władza i demonstracyjne, literalne przestrzeganie zasad wiary. Lubił mawiać, że papież rządzi Kościołem, a proboszcz — parafią. I jeszcze że bardziej trzeba słuchać Boga niż ludzi. Nie znosząc jakiegokolwiek sprzeciwu, rządził swoim stadkiem przez prawie czterdzieści lat. Obcy, którzy czasami pojawiali się na niedzielnej sumie, wyjeżdżali zgorszeni, bo proboszcz Stanisław potępiał wszystko, co mu się nie podobało, z imienia, a wszystkich, którzy w jego mniemaniu zgrzeszyli — również i z nazwiska.

— I patrzcie, najmilsi, na tę kawalerkę, która zamiast zbliżyć się do wrót naszej świątyni, znowu zebrała się tam, przy murku pod lipą! Oni myślą, że jak korona gęsta, to Pan Bóg z góry nie dojrzy, że kiedy proboszcz głosi słowo Boże, te zaprzańce jedne gadają sobie w najlepsze, a najmłodszy Huczka pali papierosa! Oni myślą, że jak Pan Bóg nie zagrzmi z nieba, to znaczy, że już nie ma na nich kary! Ale jest, najmilsi, oj jest! Niech no tylko do spowiedzi który przyjdzie, to mu wytłumaczę, co to kara za grzechy! A i pokutę nałożę taką, że do końca życia w każdy dzień Pański jeden z drugim do pierwszej ławki będzie się cisnął, jak tylko sobie wspomni proboszczową pokutę! A niech spróbuje tylko nie przyjść! Ale co się dziwić, niedaleko pada jabłko od jabłoni, jaki ojciec, taki syn... Wy, Huczka, w ostatni czwartek, zamiast bydlątka proboszczowe oporządzać, graliście z wójtem w karty! Czekajcie, czekajcie, Pan Jezus sprawiedliwy, jak wyjmie talię, jak przyrżnie atutem, to, przebacz Panie, z Huczki zostanie tylko wspomnienie! Jeden lepszy od drugiego, jeden kurzy sporty na świętej ziemi, a wieczorami siedzi w Klubie, drugi rżnie w barze w karty!... potępienie, najmilsi, jeden w Sodomie, drugi w Gomorze, a bydlątka proboszczowe ryczą!...

Przerwał, żeby złapać oddech. Drewniany, pięćsetletni kościółek wypełniony był po brzegi. Nikt nawet się nie poruszył, panowała absolutna cisza, w której złowróżbnie i niepokojąco brzmiał płytki, spazmatyczny oddech księdza. Po chwili proboszcz uspokoił się i jakby nieco zawstydzony swoim wybuchem, postanowił szybko zamknąć temat.

— Najmilsi, jestem tu od lat, jak na puszczy. Pana Boga proszę, żeby się zmiłował nad nami wszystkimi. Pan Bóg miłosierny, daje nam więcej, niż nam trzeba. Ale te jego dary musimy odszukać w sobie. Ktoś zapyta: jeśli Pan Bóg nieskończenie miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy, to czym tu się martwić? A takiemu ja odpowiem: to po co dał nam pokutę i kazał zadość czynić za grzechy? Ano po to, najmilsi, abyśmy w grzech za łatwo nie popadli. Łatwo zburzyć, trudno zbudować. Dlatego Huczka młody i Huczka stary przemyśleć muszą swoje grzeszne życie i zrozumieć. Wszyscy grzeszą. Wszyscy. Ale nawet najgorszy grzesznik, jeśli się ukorzy przed Bogiem i ludźmi — może zasłużyć na zbawienie duszy. Co dzień proszę Pana Boga, żeby mi moje grzechy wybaczył — i co dzień boję się, że przed obliczem Pańskim stanę nagi jak robak, a Pan Bóg powie: nie znam cię. Odejdź. Módlmy się, najmilsi, aby Pan Bóg wszystkich nas rozpoznał, gdy staniemy już przed Jego majestatem. Amen.

Pochowano proboszcza na parafialnym cmentarzu, w chłodny, marcowy dzień. Egzekwie odprawiał sam biskup. Wszyscy wiedzieli o wielkiej przyjaźni, jaka łączyła proboszcza z biskupem Jakubem. Pochodzili z tej samej miejscowości, Stanisław, starszy o pokolenie od przyszłego pasterza, przyjaźnił się jeszcze z jego rodzicami. Kto wie, czy to nie właśnie dzięki niemu, gdy przyszło do życiowych wyborów — sutanna wygrała z adwokacką togą. Cała wieś patrzyła jednak w zdumieniu na delegację chasydów, z wiekowym rabinem na czele. Nie dziwił się tylko Bialik. Spojrzenia obu spotkały się nagle. Rabin wpatrywał się w niego, a jego oczy zaszkliły się od łez.

Biskup podszedł jeszcze bliżej grobu.

— Bracia i siostry, żegnamy dziś naszego brata Stanisława, którego Pan powołał do siebie.

Głos biskupa brzmiał zupełnie inaczej niż w kościele, był cichszy i mniej stanowczy. Parafianie spoglądali po sobie, jeszcze onieśmieleni mnóstwem obcych ludzi, którzy chcieli odprowadzić w ostatnią drogę starego proboszcza. Chasydzi, którzy wzbudzili taką sensację, stali blisko biskupa. Dwaj spośród nich podtrzymywali pod ręce drżącego ze starości, przygiętego do ziemi ciężarem lat rabina.

Jakub, patrząc w czarną czeluść grobowca, mówił dalej.

— Dla wielu z was Stanisław był pasterzem, dla innych — przyjacielem, dla jeszcze innych — dobroczyńcą. Patrząc na jego życie, prawość, walkę ze złem — wierzymy, że właśnie otrzymuje swoją nagrodę, radując się chwałą Jedynego.

Zamilkł na chwilę. Ludzie słuchali ze spuszczonymi głowami.

— Z pomocą Bożą odsunął od siebie pokusę sławy i zaszczytów. Niewielu zdawało sobie w doczesności sprawę z jego wielkości duchowej. Są tu z nami jego przyjaciele. Pozwólmy im się pomodlić za Stanisława.

Spojrzał na rabina. Ten wyprostował się, jakby nagle przybyło mu sił i zaintonował:

— Jitgadal weitkadasz szemech raba...

Chasydzi i biskup odpowiedzieli zgodnie: Amin.

Amen — powtórzyli odruchowo pozostali.

Gdy skończyli odmawiać kadisz, biskup podszedł do trumny i pokropił ją wodą święconą. Gdy rzucał grudkę ziemi na trumnę Stanisława, Bialik zamknął oczy. W uszach brzmiały mu ciche słowa biskupa: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, ale Pan cię wskrzesi w dniu ostatecznym”. Gdy inni śpiewali Salve, Regina — Bialik milczał, przełykając łzy.

Grabarze zasunęli płytę, ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. W pewnej chwili rabin, Bialik i biskup znaleźli się obok siebie. Biskup Jakub spojrzał na rabina.

— Znów razem — powiedział półgłosem. — Przebacz, Panie Boże, jeśli bluźnię, ale czy naprawdę trzeba było aż odebrać ludziom Stanisława, żebyśmy się zebrali znowu?

Rabin pokręcił głową, ale nie powiedział nic. Czekali. Gdy na cmentarzu zostało już niewielu ludzi, Jakub szepnął coś rabinowi. Ten wezwał jednego z chasydów. Samym wzrokiem przekazał mu polecenie. Dwóch przysunęło się do niego, żeby pomóc mu iść. Biskup zwrócił się do Bialika:

— Chodźmy do domu Stanisława, Józiu.

Poszli wolno w stronę plebanii. Biskup Jakub wpuścił przodem rabina i Bialika. Wszedł za nimi i zamknął drzwi przed nosem swojemu sekretarzowi i chasydom. Chasydzi odeszli kilka kroków dalej i zatopili się w cichej rozmowie, zerkając od czasu do czasu w stronę wejścia. Sekretarz Jakuba westchnął ciężko i odwrócił się do dwóch typów, którzy deptali biskupowi po piętach od chwili jego przyjazdu.

— Tu nie ma nic ciekawego. Mogą panowie jechać. Dość już macie materiałów.

Faceci nawet się nie speszyli. Jeden westchnął:

— Za taki materiał pewnie nas tylko opierdolą. Biskup nic nie mówił na partię, na rząd, na Związek Radziecki, i w ogóle jakiś taki spokojny.

Sekretarz uśmiechnął się ironicznie.

— Wasi mocodawcy powinni się ucieszyć, że biskup się nawrócił, a nie, jak to pan ładnie ujął, opierdolić.

Drugi z facetów kiwnął głową.

— Niby racja. Tylko jak się okaże, że już nie ma po co nagrywać biskupa, każą nam pewnie podsłuchiwać, z kim jakie dziwki sypiają, i będziemy zbierać znowu haki na ludzi. A ja, proszę księdza, jestem katolikiem.

Odwrócili się i niespiesznie poszli w stronę drogi. Po chwili trzasnęły drzwi samochodu. Sekretarz z niedowierzaniem przyglądał się odjeżdżającemu fiatowi. „Niewiarygodne — pomyślał. — Pewnie jeszcze marzy, żeby pojechać na placówkę do Włoch, miałby szansę być rzymskim katolikiem”. Machnął ręką. Przywykł do funkcjonariuszy, którzy pracowicie zbierali wszelkie materiały na biskupa, ale katolika jeszcze nigdy wśród nich nie spotkał.

Tymczasem na plebanii biskup, rabin i Bialik usiedli w gabinecie zmarłego proboszcza. Od kominka biło ciepło. Bialik przyglądał się starym księgom stojącym na prostych, drewnianych półkach. Przez tyle lat rzadko bywał w gabinecie Stanisława, siadywali zwykle w kuchni, a w pogodne dni na ławce przed domem lub na maleńkim, przypominającym altankę, podwóreczku. Biskup i rabin nie zwracali na książki uwagi. Siedzieli w milczeniu, z pochylonymi głowami, jakby się modlili. Ciszę przerwał rabin.

— Byłem w Leżajsku, na grobie Elimelecha, w rocznicę jego śmierci. Stanisław umarł tego samego dnia. Był dobrym proboszczem?

Biskup poruszył się gwałtownie na krześle.

— Był twardy dla ludzi, ale ich kochał. Modlę się za niego i za siebie. Kiedyś obaj byliśmy grzesznikami, potwornymi grzesznikami. On i ja, mistrz i uczeń. Teraz on już wie, czy nad grzesznikami jest miłosierdzie Boże.

— Jakubie... — uśmiechnął się rabin.

— Wiem, co chcesz powiedzieć. Że wszyscy mamy w sobie grzech i świętość. Że mamy powtarzać: przed Bogiem jestem prochem i pyłem, ale przecież dla mnie Bóg stworzył świat.

— Wy ratowaliście te światy.

Jakub machnął zniecierpliwiony ręką.

— Pomogliśmy ci, jak pomagaliśmy innym.

— Wy trzej uratowaliście mnie i jeszcze innych. Grzesznik, który kładzie na szalę swoje życie dla ratowania drugiego człowieka, w oczach Jedynego jest bez skazy. Stanisław był Sprawiedliwym, jednym z tych, których wiedza i modlitwa podtrzymują świat.

Biskup w zamyśleniu bawił się pozostawionym na biurku wiecznym piórem Stanisława. Rabin i Bialik zamilkli w oczekiwaniu na odpowiedź. Panowała zupełna cisza, podwójne okna nie przepuszczały z zewnątrz żadnych dźwięków. Po chwili Jakub odłożył pióro.

— Stanisław mógł zajść w Kościele bardzo wysoko, wyżej niż ja. Prosiłem go, żeby zostawił parafię. Odpowiedział mi, że wtedy, w czasie wojny, przysiągł przed Bogiem, że jeśli uratuje was i sam przeżyje — już nie opuści tego miejsca i dożyje w nim swoich dni. Wojna pokazała nam, do czego prowadzi nienawiść do rasy, narodu czy wyznania.

Rabin spojrzał na Bialika, który siedział nieporuszony, wpatrując się w okno.

— Józefie, co ty nam powiesz? To był twój proboszcz. Wiesz, co myślą ludzie.

— Chaim, sam wiesz dobrze, jak to jest — żachnął się Bialik. — Do starego proboszcza przywykli, szanowali go, ale ciążył im też mocno. Myślą, że przyjdzie nowy proboszcz i coś się zmieni. A naprawdę będą modlić się jak zawsze i grzeszyć jak zawsze

Rabin odwrócił się do biskupa z uśmiechem.

— Ty lepiej posłuchaj uważnie, co mówi wspólnota. Miałeś szammaitę, potrzebujesz hillelity.

— Nie mam takiego. To znaczy mam, ale nie jest jeszcze gotowy. To dlatego trzymałem tak długo Stanisława w parafii. Powinienem był go wysłać na emeryturę już kilka lat temu.

— Poczekają.

Biskup Jakub spoważniał.

— Nie mam aż tyle czasu — powiedział spokojnie. — Nie wiem, kogo pośle mój następca. Jestem chory. Lekarze mówią różne rzeczy, ale ja wiem, że pożyję jakieś dwa, może trzy lata. Trzeba porządkować swoje sprawy. Jak już mówimy o porządkach — zabierz księgi, które dałeś kiedyś Stanisławowi, nowy proboszcz nie zna hebrajskiego. Ale proszę o jedno: zostaw po sobie cokolwiek.

Rabin wstał i wolno podszedł do półek. Wyjął jedną z ksiąg. Dmuchnął lekko na jej wierzch — i uśmiechnął się. Z ciężkiego woluminu nie sfrunęła choćby drobinka kurzu.

— Dobrze. Oddam je tym, którzy będą wiedzieli, że miał je codziennie w rękach Sprawiedliwy. Będą się za niego modlić. Od siebie też coś zostawię. Zawołajcie moich ludzi.

Biskup otworzył drzwi. Zobaczył swego sekretarza, chasydów i kilku parafian. Wszyscy ruszyli w stronę biskupa. Zatrzymał ich gestem i powiedział po hebrajsku parę słów. Zdumieni chasydzi spojrzeli po sobie, dwóch z nich podbiegło do biskupa. Jakub skierował ich do wnętrza. Po chwili z plebanii wyszedł Bialik. Obaj z biskupem usiedli na ławce, na której siadywali zawsze z proboszczem. Po chwili do ogrodu wszedł sekretarz biskupa.

— Czy wszystko w porządku, Ekscelencjo?

— Tak, tak. Niebawem wyjeżdżamy.

Pół godziny później z plebanii wyszedł chasyd, niosąc z nabożną czcią sakwę z kilkoma księgami. Zaraz potem drugi z nich wyprowadził rabina Chaima. Biskup i Bialik wstali z ławki. Rabin podszedł do nich, zamienili jeszcze kilka słów i uścisnęli sobie dłonie, po czym rabin bardzo wolno wyszedł z ogrodu. Mimo pomocy chasydów poruszał się z wyraźnym wysiłkiem. Natychmiast podjechał samochód. Rabin wsiadł do niego, ale w ostatniej chwili odwrócił głowę w stronę plebanii. Napotkał spojrzenia stojących przy ławce przyjaciół. Skinął głową i przymknął oczy. Kilka chwil później samochód ruszył.

Biskup otoczył ramieniem Bialika.

— No co, Józiu, nie jesteś ciekaw, co Chaim zostawił nowemu proboszczowi?

Razem weszli do domu. Sekretarz znów poszedł za nimi — i znowu cofnął się gwałtownie, niemal uderzony przez zamykane z impetem drzwi. „Znowu tajemnica” — pomyślał, nawet bez specjalnego żalu. Wiedział, że prędzej czy później dowie się o wszystkim. Przysiadł na ławeczce i sięgnął po brewiarz. Tymczasem wewnątrz Bialik przyglądał się ze zdziwieniem hebrajskim znakom wypisanym kaligraficznie na jasnej ścianie gabinetu. Biskup czekał w milczeniu, z uśmiechem na twarzy. Po długiej chwili Bialik odważył się zapytać:

— Co tam jest napisane?

Biskup spojrzał jeszcze raz na tak dobrze sobie znane słowa i odwrócił się do drzwi. Bialik poszedł za nim. Gdy wychodzili do ogrodu, Jakub zatrzymał się na chwilę i powiedział do Bialika:

— Chaim dał to, co jego naród dostał najlepszego od Boga. Wypisał na ścianie dziesięcioro przykazań. Wiesz dobrze, że Chaim ma swoiste poczucie humoru, i wiem, co chciał nam powiedzieć. Opowiadano, że gdy jeden ze sławnych cadyków przyszedł do nowej wspólnoty, kahał przekazał mu, że mają zwyczaj, iż każdy nowy rabin wpisuje zarządzenie, które od tej chwili jest przestrzegane. Rabin pochodził po miasteczku, poprzyglądał się ludziom i wpisał jako zarządzenie Dekalog. Pomódl się za Chaima, tak jakoś specjalnie. I pomódl się też za nowego proboszcza. Przyślę go latem. Z Bogiem.

Bialik uśmiechnął się, po raz pierwszy tego dnia.

— Z Bogiem, Ekscelencjo — odpowiedział.

Jakub pogroził mu palcem i odwrócił się. Wraz z sekretarzem ruszyli w stronę drogi. Bialik patrzył na nich, póki nie zniknęli za drzewami.

— Z Bogiem, Kuba — powiedział cicho.

 

opr. aw/aw



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: parafia powieść proboszcz plebania parafianie ksiądz Rafał Gródek