Jezus Chrystus. Poetycka wizja czterech Ewangelii

Czy da się Ewangelię napisać wierszem? Patrząc na dzieło Harrego Dudy można odpowiedzieć: "tak". Skąd wziął się pomysł takiego poetyckiego dzieła?

Kiedy zrodziła się w Tobie myśl o napisaniu poetyckiej wizji czterech Ewangelii?

— Był to bodaj schyłek roku 1983. Poszedłem do naszej opolskiej katedry na Mszę św., którą wówczas celebrował nasz charyzmatyczny arcybiskup (wtedy chyba jeszcze biskup) Alfons Nossol. Jego homilia była, jak zwykle, krasomówcza i porywająca. O czym on mówił? Mówił o ewangelizacji, mówił o posłannictwie świeckich w dziele tej ewangelizacji. M. in. padło z jego ust zdanie — bez kontekstu doktrynalnego, lecz w kontekście całej homilii zabrzmiało w sposób szczególny — że każdy ma prawo mieć własną wizję Ewangelii. Pomyślałem wówczas, że przecież z osób świeckich kto jak kto, ale właśnie poeci powinni (czy też mogą) mieć taką wizję. Słowa kaznodziei stały się impulsem do tych moich przemyśleń, które doprowadziły mnie do podjęcia tego przedsięwzięcia twórczego.

Jakie pojawiały się trudności przy transponowaniu tekstu kanonicznego na tekst stricte poetycki?

— Wystąpiło ich całe morze, jeśli nie ocean, i należałoby o nich długo mówić osobno. Niejako na wstępie powiem tyle, że nie mógł to być jakiś luźny, biały tekst poetycki, ponieważ stałby się wtedy nieudolnym przepisywaniem, nawet „małpowaniem” zawartości Ewangelii. Przy niezmiernie lapidarnie wyrażanych treściach Ewangelii nie można by tu zdziałać białym wierszem niczego sensownego. Jednak uznałem, że można to zrobić, stosując najbardziej szacowną, o najlepszym „życiorysie”, formę poetycką w polszczyźnie — a więc trzynastozgłoskowcem sylabicznym. Przy czym wybór tej formy wiązał się bezpośrednio z pierwszę intencją tej transkrypcji, jaką była chęć oddania hołdu Ewangeliom jako fundamentowi chrześcijaństwa, a zarazem kultury polskiej.

Czy przez tyle wieków nikt nie wpadł na pomysł poetyckiego ujęcia Ewangelii?

— Takie próby podejmowano, choć może niekoniecznie tylko co do samych Ewangelii. Odsyłam tu do książki habilitacyjnej Pani dr hab. Małgorzaty Nowak z KUL pt. „Biblia wierszem dziś” (Lublin, 2016). Np. dzieło pewnego mnicha spod Ojcowa (chyba sprzed lat dwustu), który podobno całą Biblię napisał wierszem, ale ta rzecz zaginęła bez śladu, pozostały tylko relacje. Różni inni autorzy w różnym czasie próbowali się zabierać wierszem do treść biblijnych, ale na ogół były to próby niskiego lotu artystycznego, niekiedy wręcz — w mojej opinii — grafomańskie. Zastrzegam jednak, że nie dotyczy to (ta moja opinia) inspiracji treściami biblijnymi i ewangelicznymi, które obficie wypełniają całą literaturę polską, w tym poezję, od takich znakomitości począwszy jak Jan Kochanowski, a na Miłoszu skończywszy. Mowię tylko o próbach ujmowania tekstów kanonicznych w formie wiersza.

Jezus Chrystus. Poetycka wizja czterech Ewangelii”... To ta książka nas tu dzisiaj gromadzi. Książka niezwykła, bo niezwykłe jest to, że w dzisiejszych czasach ktoś decyduje się na tak karkołomne, wydawać by się mogło, przedsięwzięcie, jakim jest poetycka, nowatorska wersja Księgi Świętej, księgi, która zbudowała kulturę europejską i która jest księgą żywą; która jest codziennie przez miliony ludzi na całym świecie czytana; która czytana jest i w Kościele katolickim, i w innych Kościołach; która obrosła, jak rafa koralowa, niezliczonymi komentarzami i tłumaczeniami. Jest to więc ogromne wyzwanie — sytuacja, kiedy mówimy o czymś, co przekracza wszelką doraźność literacką (Wypowiedź dra Zbigniewa Bitki z UO w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej im. Emanuela Smołki w Opolu, w dniu 20 czerwca 2012 r. podczas promocji II wydania „Jezus Chrystus. Poetycka wizja czterech Ewangelii”).

Jezus Chrystus. Poetycka wizja czterech Ewangelii

Czy uświadamiałeś sobie wówczas, na początku, skalę trudności, która Cię spotka?

— Niekiedy, paradoksalnie, niewiedza staje się zbawienna... Gdybym wiedział, jakie trudności mnie czekają, chybabym się tego zadania nie podjął. Szczęśliwie — nie wiedziałem I niejako rzuciłem się z motyką na słońce. Skoro jednak postanowiłem się zmierzyć z tym wyzwaniem, musiałem wytrwać, a zarazem wszystkie poprzeczki do pokonania (wymagania artystyczne) ustawiłem sobie jak najwyżej. Aby dokonać takiego dzieła i oddać taki hołd, wszystko musialo być wykonane — na moją miarę — perfekcyjnie. A przecież — np. — nie jestem teologiem ani biblistą, jednak nie wolno mi było zrobić błędu teologicznego czy biblistycznego. To jest bardzo skomplikowana sprawa, m. in. ze względów językowych. Zasób semantyczny, znaczeniowy, słów dzisiejszych i tych sprzed dwóch tysięcy lat jest zupełnie inny, podobnie jak sam zasób leksykalny. W czasach Jezusa Chrystusa używano języka aramejskiego, zbliżonego do starosyryjskiego (lub z nim tożsamego), a więc wtedy nie znano powszchnie hebrajskiego, ktory bodaj od tysiąca lat był już językiem sakralnym, w pewnym sensie wymarłym, nie mówiono nim na co dzień. To jest absolutny fenomen, iż dziś Izraelici mówią i piszą w języku hebrajskim (choć zapewne w unowocześnionej wersji), że całe społeczeństwo się go nauczyło. To prawie tak, jakby nagle Polacy nauczyli się mówić po prasłowiańsku lub starocerkiewnosłowiańsku. Wracam do zasobu semantycznego. Tamto miejsce w czasach Pana Jezusa, owa, powiedzmy, Palestyna (od greckiej nazwy pierwotnych mieszkańców tej ziemi, Filistynów, czyli ‘pelistinoi') posiadało określone realia geograficzne, klimatyczno-pogodowe i przyrodnicze odciśnięte w języku. Ponadto ówcześni ludzie z tamtego kręgu kulturowego nie mogli mieć świadomości pewnych rzeczy i pojęć znanych nam dzisiaj, czyli także pewnych słów. Nawet gdyby znaleźć dla nich jakieś ekwiwalenty (odpowiedniki), byłoby to wprowadzaniem pewnego fałszu poznawczego, a więc nadużyciem semantycznym. To kolejne poważne ograniczenie. Na przykład gdyby wprowadzić do tekstu takie pojęcie i słowo jak „sumienie”. My, dwa tysiące lat później (i w Europie, a nie na Bliskim Wschodzie) żyjemy w całkiem innej „chmurze pojęciowej” niż ludzie sprzed dwóch tysięcy lat. Zdarzają się w związku z tym w tłumaczeniach biblijno-ewangelicznych różne błędy, nawet rażące, tym, którzy próbują nadawać im kształt literacki albo — co gorsze — tłumaczyć je językowo na sposób „nowoczesny”. Jestem nie najlepszego pod tym względem zdania o „Biblii Tysiąclecia” (BT). Śp. ks. Eugeniusz Dąbrowski (ten znakomity biblista, a nie dawny sekretarz Episkopatu o tym samym nazwisku) — nazwał BT „Biblią tysiąca błędów”. Zaprzyjaźniony ze mną dominikanin napisał mi, że w tłumaczeniu wspomnianej BT popełniono ok. dwudziestu błędów teologicznych. Wielu autorów przekładów próbuje wkładać w usta ludzi sprzed dwóch lub więcej tysięcy lat pojęcia i słowa dzisiejsze, co rodzi rozliczne nieporozumienia. Np. w dostępnych nam tłumaczeniach kanonicznych przy opisie jak Pan Jezus uzdrawia paralityka, znajduje się zdanie: „Weź swe łoże i idź”. A on je bierze i idzie. Przypominam sobie, że dla mnie, nastolatka, była to scena bardzo dziwna: oto słaby, schorowany od lat paralityk o zwiotczałych (siłą rzeczy) mięśniach bierze łoże i idzie z nim. W pojęciu „łoża” w moich czasach (ale i dzisiaj) mieściło się jakieś ciężkie łóżko o wielkich gabarytach (drewniane lub metalowe), które dźwiga co najmniej dwóch chłopa. Nawet dziś jeden człowiek raczej nie podźwignie tapczanu, żeby z nim iść, chyba że jest ciężarowcem. A wtedy? Zagadka. I „podskórny” brak zaufania do tej treści. Gdybym wtedy znał ewangeliczną rzeczywistość, wiedziałbym, że ówcześnie w Palestynie „łoże” to była zwykła, lekka mata do spania czy leżenia, więc nie dziwota, że nawet słaby niedawny partalityk mógł ją zrolować, wziąć pod pachę i pójść.... Dlaczego tak źle ten passus tłumaczono i to od dziesiątków lat? Takich miejsc nieuprawnionych (złych, mylących, językowo sztucznych) jest więcej. Notabene (warto o tym powiedzieć młodszym osobom), kiedy byłem nastolatkiem, nie mogłem ot, tak sobie przeczytać całej Biblii (ze Starym Testamentem). Nie tylko dlatego, że w bibliotekach jej nie było (w szkolnych z pewnością nie). Dla mnie o pozwolenie przeczytania Biblii (i pożyczenia egzemplarza) dopiero musiał się wystarać u samego przeora mój katecheta. Były to czasy przedsoborowe... Oczywiście z samymi Ewangeliami istniał kontakt poprzez Kościół i katechezę oraz czytanie.

Wróćmy jednak do poprzeczek, które tak wysoko zawiesiłeś...

— Po pierwsze był to sam trzynastozgłoskowiec, który musi być rymowany. Klasycznie — półtorasylabowymi rymami żeńskimi. Dziś mało kto wie (niestety i wśród poetów), że kiedyś istniało coś takiego jak „ars poetica” (sztuka poetycka, tworzono nawet podręczniki do tej sztuki), podobnie — że przed średniówką (siedem/sześć) sylaba nie może być akcentowana. Mogłoby się wydawać, że to żadna trudność. W praktyce masz nawet słowo, które by znaczeniowo pasowało, lecz nie możesz go przed średniówką wstawić, bo ma sylabę akurat tu akcentowaną. Inny problem to układ rymów. Postanowiłem, że nie może być taki jak np. w „Panu Tadeuszu”. Po pierwsze tego dzieła nikt nie przewyższy, a po drugie Ewangelie to nie jest treść, którą by można przekazywać tylko na zasadzie piękna obrazu, fabuły i inkrustować rymami typu AA, BB, CC.... Monotonia nawet pięknie brzmiących rymów nieprawdziwie zdominuje kanoniczną precyzję niesłychanie skomplikowanych, choć z genialną prostotą wyrażonych treści. Ja obmyśliłem 8-wersową strofę (oktawę) o ukłądzie rymów ABACBDCD. Są to zatem rymy okalające. Wszystkie one inkrustują dźwiękowo (choć nie dowolnie, bo eufonia nie może dominować nad doborem smantycznym) całość, ale w momencie, kiedy to czytasz po cichu lub nawet gdy ktoś to czyta na głos, tych rymów „nie słychać”, nie są nachalne, nie wpadają w ucho, aby — zgodnie z moją intencją — nie zamazywać treści. Rymy? Owszem, rymy wolno powtarzać. Ja jednak powiedziałem sobie: nie. W tym, co napiszę ani jeden rym się nie powtórzy. Jak to zrobić? Rzecz ma, w efekcie, prawie dokładnie dziesięć tysięcy linijek. Jak zapamiętać, czy dany rym był już użyty? Niemożliwe. Zacząłem więc równolegle tworzyć w czasie pisania specjalny słownik rymów. Obecnie znajduje się on w Zbiorach Specjalnych Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Opolu. Dzięki niemu w transkrypcji ani jeden rym się nie powtarza. Owszem, zdarzają się w polszczyźnie słowa równobrzmiące, ale różnoznaczne. Na przykład mogą być ‘statki' na morzu i te ‘statki' w zmywaku... Tego rodzaju rymy mogłem powtarzać. Lecz w moim utworze jest ich nie więcej niż może dziesięć — piętnaście. Ponadto narzuciłem sobie rygor, że z licencji poetyckiej mogę skorzystać tylko tam i wtedy, kiedy to bezpośrednio nie wchodzi w meritum przekazu ewangelicznego, w konkretną treść.

Podaj jakiś przykład.

— Ożywienie Łazarza. Pan Jezus wywołuje go z jaskini i on z niej wychodzi. Mam prawo opisać, jak obok groty grobowej wyglądała łąka, jaka była pora dnia, nawet jak wyglądał sam Łazarz, oszołomiony — może jeszcze z opaskami grobowymi z całunu pogrzebowego na sobie. W tym zabiegu literackim absolutnie nie naruszam treści Ewangelii. Innym razem dodawałem pewną „aurę”, wprowadzałem opkreślony nastrój. W czasie pracy nad tekstami Ewangelii udało mi się odkryć pewną nieścisłość, podaje to jako ciekawostkę. Otóż mamy scenę, gdy poborca świątynny przychodzi i chce, żeby mu zapłacić podatek świątynny. Jeden z apostołów sprzeciwia się temu. Pan Jezus jednak mówi, że ten podatek należy zapłacić. Powiada więc do apostoła: „Weź wędkę, zarzuć i złów rybę. W jej pyszczku znajdziesz statera, nim zapłacisz za nas obu”. Stater stanowił równowartość dwóch drachm (inaczej: dwudrachma). Apostoł czyni wedle polecenia Pana Jezusa. Mamy tu jednak do czynienia z pewną kardynalną nielogicznością. Dlaczego? Faktem jest, że do dziś w jeziorze Genezaret żyje rybka, która po łacinie nazywa się pater familie, czyli ‘ojciec rodziny'. Ten gatunek ma to do siebie, że narybkiem opiekuje się samczyk. To on w swoim pyszczku stale przetrzymuje rybie maleństwa, chroniąc je przed zewnętrznymi niebezpieczeństwami. I posiada w związku z tym stały odruch chwytania w pyszczek różnych małych przedmiotów z dna jeziora. Mógł więc mieć w pyszczku tego statera. Ale żeby się złowić na wędkę — chwycić haczyk — musiałby wcześniej wypuścić z pyszczka monetę... Wniosek jest oczywisty — że ryba musiała zostać złowiona inaczej, np. w jakiś niewód. Biorąc więc rzecz na logikę, w mojej transkrypcji umieściłem zamiast „wędki” niewód. Niestety nie znam na tyle greki, abym mógł to wszystko zweryfikować w oryginale i stwierdzić, czy to jest błąd oryginału, czy tłumaczenia. Inna ciekawostka (choć nieistotna dla mej wersji tekstu) to ta odkryta przy okazji koresponencji ze mną przez nieżyjącego już profesora Zdzisława Kempfa, znakomitego językoznawcy, którego przyjaźnią się szczycę. Istnieje bowiem zagadka przy scenie chrztu Pana Jezusa w Jordanie, kiedy to ukazuje się nad Nim Duch Święty w postaci gołębicy. Nie od dziś pojawia się pytanie, dlaczego w postaci „gołębicy”, a nie „gołębia”. W historii podobno wylano w związku z tym wiele atramentu na temat domniemanej „płci” Ducha Świętego. Prof. Kempf uświadomił mi, że sprawa jest bardzo prosta: otóż ewangelista miał świadomość językową aramejską, a pisał po grecku. W aramejskim istnieje słowo „jona”. „Tyś jest Piotr, Kefas, syn Jony” — powiedział Jezus do Piotra, w pewnym sensie go konsekrując (Kefas = Skała). Co znaczy ta „jona/Jona”? Znaczy: ‘gołąb'. Ewangelista, myśląc po aramejsku, myślał o nazwie gatunkowej, tak jak w języku polskim „sarna”. Tylko że to jest „ta” „gołąb”. W języku polskim nazwa gatunkowa „sarna” jest rodzaju żeńskiego (ale w jej ramach mamy samczyka — „koziołka”, rodzaju męskiego). Tak samo w j. niemieckim nazwa gatunkowa naszego 'dębu' jest rodzaju żeńskiego — ‘Die Eichen'= ‘ta dąb'. Miał więc ewangelista w świadomości językowej „gołębia” jako gatunek oznaczony rodzajem żeńskim, nie męskim. Chcąc dać w j. greckim dokładny ekwiwalent językowy, znalazł go w słowie greckim ‘peristera' (‘gołębica'), choć w tymże języku istnieje też ‘peristeros', czyli ‘gołąb' określony rodzajem męskim (końcówką męską). Prof. Kempf opublikował nawet na ten temat artykuł w „Języku Polskim” (w 1984 r.).

A dlaczego ewangelista nie pisał po aramejsku?

— Dlatego, że były to już czasy hellenistyczne. Chrześcijaństwo nabierało charakteru uniwersalnego (terytorialnie, bo teologicznie miało ten charakter od samego początku), zaś język grecki swoim zasięgiem obejmował wtedy nieomal cały świat antyczny. Dzięki greckiemu ewangelista mógł dotrzeć ze swoim przekazem do znacznie większej liczby ludzi — nie tylko Żydów. Na marginesie: „języki greckie” poszczególnych ewangelistów mają swoją specyfikę. Język grecki św. Marka różni się od języka św. Mateusza czy św. Jana. Wynikało to z ich statusu społecznego, wykonywanego zawodu czy z wykształcenia.

PAN JEZUS W GETSEMANI (FRAGMENTY)

Strofy od 1046 do 1053

 

[...]

dałem im Twoje imię i będę je stale
objawiał, aby miłość, jaką—ś Mnie miłował
i miłujesz wieczyście, trwała w ich zapale
i Ja — bym w nich przebywał». Tak Jezus przemawiał.
Odśpiewali hymn jeszcze i psalmy. Pochował
ten i ów uczeń resztę jedzenia. Zbierali
się do odejścia. Każdy wtedy Go wysławiał
i Paschę. Wnet w swe zwykłe miejsce się udali —

 

za Cedron u stóp Góry Oliwnej, do gaju
Getsemani. Gdy przyszli do tego ogrodu,
Jezus rzekł uczniom: «Tutaj zostańcie, w tym raju
śpiewu ptaków wieczornych, tak długo, jak Ja się
tam będę modlił». Potem wziął tych, co za młodu
związani — i dziś razem, więc Zebedeusza
synów, i z nimi Piotra, którzy wzięli na się
swe koce. A gdy przyszli, w on czas Jego dusza

 

napełniła się smutkiem i trwogą. Drżał cały.
I rzekł: «Smutek mam w duszy mojej aż do śmierci.
Zostańcie tu, czuwajcie ze Mną — świeci biały
księżyc; lecz wy się módlcie przed groźbą pokusy
ciemności». Odszedł dalej i z oddechu ćwierci
jęknąwszy, na kolana upadł i wnet twarzą
w ziemię, rozkrzyżowawszy ramiona. Garbusy
cieni z drzew się schylają, pustkę oczu ważą,

 

ślepiąc w mrok i milcząco szponami spod skrzydeł
potrącają o Niego. A Jezus pod nimi,
w pył ciśnięty rozpaczą, na ucztę straszydeł
otwarł serce człowiecze. Księżyc w swej martwocie
błyski śle jakby strzały i ruchy krótkimi
przebija drżące liście oliwek o barwie
popiołu; cienie tańczą w lekkim wiatru locie
pląs drobniutki. Jest cisza. Tylko chody larwie

 

szeleszczą jak pochodnie, kiedy równo płoną:
ogrójec jakby wzbierał od lęku, co płynie
z tego serca człowieka, który trwogą oną
zdaje się, że obdziela ten ogród dokoła.
Gdyż o dno rozłączenia jest ciśnięty, w skrzynię
ciemności, Jezus. Cierpi pod drzewem samotnie.
Ojciec milczy, bo wybór jest ludzki. Czy zdoła
się natura posłusznie ugiąć, wielokrotnie

 

już Bogu nieposłuszna? Tu Jezus człowiekiem
był tylko. Oderwany jak gałąź od drzewa
tego, co jest jednością — przytrzaśnięty wiekiem
milczenia Ojca, oto grzech wszelki pojmuje
wśród zenitów męczarni; w nędzę się odziewa,
co nędzą wszystkich ludzi; i śmierci spoziera
w jej kamienne źrenice; i wszelki ból czuje,
jaki był kiedykolwiek w każdym z ludzi; zwiera

 

krew swą z krwią zabijanych; i płacze w ruinach
z ojcami i matkami, którzy swoje dzieci
tracą; cierpi ich krzywdy i pławi się w winach
grzeszników od początku świata. I On oto,
najprawdziwiej bez winy, z lękiem kaźni wie—ci,
czym jest grzech wszelki, w zgrozie — niby owad drobny
pod przemocą pająka — z obrzydzeniem, bo to
otwarły się ramiona Złego i po zdobny

 

klejnot Prawdy sięgają. Ciężar Ziemi całej
upada Mu w ramiona, gniotąc bezlitośnie.
A od nieba i ziemi martwotą ospałej
płynie zewsząd ognisty, cichy śmiech szatana...
Jak w matni jest; myśl dławi i duszno nieznośnie.
Tak Pan Jezus w ogrojcu przed śmiercią umierał
za życia, choć Bóg przecież. Jakże to więc — dana im teraz śmierć? Obydwóm?
Ojciec syna wspierał,

[...]

 

Jak długo tworzyłeś swoje dzieło?

— Około cztery lata. Niekiedy po kilkanaście godzin na dobę. Był to dla mnie ciężki okres. Równocześnie z Ewangeliami wierszem pisałem jako współautor ze śp. profesorem Julianem Aleksandrowiczem książkę „U progu medycyny jutra” (PZWL 1988), co się wiązało z licznymi konsultacjami i wyjazdami do Krakowa, a były też kłopoty rodzinne. Wreszcie kiedy w 1987 roku miałem już ukończony pierwopis transkrypcji Ewangelii, dzięki Maćkowi Siembiedzie, dziś popularnemu autorowi poczytnych książek, jej maszynopis (wtedy w Polsce o komputerach się nie śniło) trafił do wybitnego w swym fachu introligatora, osadzonego wówczas w strzeleckim więzieniu. Dzieło zostało oprawione w skórę i wyglądało efektownie, w starym stylu. Dzięki pomocy śp. Andrzeja Pałosza i ówczesnego ks. biskupa wrocławskiego Adama Dyczkowskiego, autora „Słowa wstępnego” do mej transkrypcji (Pałosz był z nim zaprzyjaźniony) ów pierwopis księgi trafił za pośrednictwem szacownego profesora KUL ks. prof. Tadeusza Stycznia do Ojca św. Jana Pawła II, któremu była dedykowana. Otrzymałem stosowne podziękowanie. Potem pojawiła się możliwość bibliofilskiego wydania transkrypcji ewangelii metodą nieco chałupniczą — w liczbie 70 egzemplarzy, w tym 50 numerowanych. Do tego wydania rękę przyłożyli śp. ksiądz prałat Zdzisław A. Peszkowski, śp. dr inż. Tadeusz Podkówka, dr Piotr Miński i Departament Kultury Urzędu Marszałkowskiego w Opolu. Wkrótce pierwszy egzemplarz został zawieziony do Rzymu i podczas audiencji wręczony Ojcu Świętemu przez Opolan — dra inż. Tadeusza Podkówkę z rodziną i mgr. inż. Józefa Pękalę z rodziną. Nie mogłem wówczas uczestniczyć w tym spotkaniu, gdyż byłem obłożnie chory. Ksiądz prałat Zdzisław Peszkowski napisał potem w „Naszym Dzienniku”, że Jan Paweł II położył rękę na księdze i powiedział, że „jest to wielka rzecz”. Po latach, a był to 2012 r., dzięki prezydentowi Opola Ryszardowi Zembaczyńskiemu trafiłem do Wacława Maślanki, właściciela wydawnictwa „Cywilizacja Miłości”. Zaryzykował on duże pieniądze i ukazało się — już profesjonalnie i w znacznie większym nakładzie drukowane — II wydanie „Jezus Chrystus. Poetycka wizja czterech Ewangelii”. Otrzymało ono — oczywiście po wcześniejszych recenzjach — oficjalną akceptację (w pewnym sensie „imprimatur”) Kurii Biskupiej w Opolu.

Napisałeś znakomite dzieło, jedyne w swoim rodzaju w literaturze polskiej (pomijając różne inne nieudane próby poetyckie). Można rzec — wielki sukces!

— Co z tego, że ja je napisałem, skoro, praktycznie rzecz biorąc, nikt tego nie czyta. Jakaś garstka ludzi może... Pisanie traktuję jak sadzenie drzew. Owszem — to poetyckie ujęcie jest pewną wartością potencjalną; w życiu wychodziłem z założenia, że najpierw należy posadzić drzewo. Czy doczekasz z niego owoców? Może tak, a może nie. Ale jak go nie posadzisz, to z pewnością nic nie będzie. W ogóle w moim odczuciu i widzeniu sytuacja jest daleka od tego, by się nią cieszyć. Składa się na to wiele czynników. Czytelnictwo Pisma Świętego w naszej polskiej, katolickiej rzeczywistości (w odróżnienkiu od ewangelików) jest — rzecz delikatnie ujmując — niewielkie. W ogóle czytają, jak wiadomo, nieliczni, bardzo nieliczni, a co dopiero, gdyby miało to być Pismo Święte. Stajemy się zresztą społeczeństwem „wizjo” — obrazkowym — i audialnym. Katecheza jako taka kończy się, w istocie, wraz z ukończeniem szkoły średniej (dla tych, którzy ją wraz z nauką religii kończą). A potem? Tylko rekolekcje lub/i zainteresowanie własne. Poza tym — podawanie Pisma Świętego w formie skwantyfikowanej. Podczas Mszy św. wyjmuje się poszczególne fragmenty-cytaty z tego czy tamtego ewangelisty czy z Biblii w ogóle i generalnie to na tych cytatach opiera się kazania. Iksiński wysłucha tego podczas nabożeństwa i czuje się niejako zwolniony z obowiązku własnego czytania. Moim zdaniem mogłaby się przy tej okoliczności pojawiać werbalna zachęta kapłana, aby wierni po powrocie do domu chociaż na parę minut powracali do zacytowanych fragmentów Ewangelii, a nawet poczytali inne. I zachęta, aby w ogóle posiadali w domu Biblię... Byłby to maleńki, ale może skuteczny krok do systematycznego czytania, a następnie do refleksji i duchowego przeżywania ewangelicznych treści.

Co Twoim zdaniem winno dać odbiorcy Twoje poetyckie dzieło „Jezus Chrystus. Poetycka wizja czterech Ewangelii”?

 

Jeżeli państwo sięgniecie do tej książki, to niewątpliwie rzucicie okiem na ten tekst ją wieńczący, który pokazuje, jak głęboko sięgnął Harry Duda w głębię języka polskiego. W tym sensie, że historia badań językoznawczych może potwierdzić jego różne pomysły — zarówno w odniesieniu do tego, co archaiczne i do tego, co jest neologizmem. Mamy tu więc medytację pisarską nad słowem. (Z posłowia prof. Zdzisława Kempfa do II wydania dzieła Harry'ego Dudy)

— Pismo Święte przeciętnemu czytelnikowi, z wielu powodów, czyta się ciężko. Trzy ewangelie są synoptyczne — to znaczy dające się porównywać. Ewangelia św. Jana idzie własnym torem, ale to już inne zagadnienie. Moim zamierzeniem było dać czytającemu — w formie poetyckiej — kondensat, zawierający całość czterech Ewangelii ujętych w tym sensie synoptycznie, że w toku jednej opowieści, a nie czterech opowieści odrębnych, choć podobnych lub uzupełniających się. Chcąc dać czytelnikowi do ręki dzieło literackie, nie mogłem mu nie dać jednej, chronologicznie i treściowo spójnej opowieści, bo inaczej ten czytelnik zwyczajnie by się w tej lekturze pogubił i uzyskał obraz dalece niejasny. Przykład „uzgodnienia” tekstów ewangelicznych bardzo prosty: oto jeden z ewangelistów pisze, że pod murami Jerycha siedziało dwóch ślepców-żebraków, natomiast inny ewangelista pisze, że siedział tam jeden żebrak. Jeden mieści się w dwóch. Przyjąłem więc w moim tekście, że siedziało dwóch. A mogło ich siedzieć czterech, pięciu... Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Zrobiłem, co zrobiłem, starając się hołdem języka polskiego — dla Ewangelii i św. Jana Pawła II — uczcić 2000-lecie Chrześcijaństwa, czytelnikowi zaś przybliżyć ewangeliczne wartości i ewangeliczną rzeczywistość.

Dziękuję za rozmowę.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama