Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Wanda Półtawska, Włodzimierz Fijałkowski, Elżbieta Sujak, Maria Braun-Gałkowska, Józefa Hennelowa

Wychowanie w Rodzinie

ISBN: 978-83-61533-92-4
wyd.: Wydawnictwo PETRUS 2010

Wybrane fragmenty
Franciszek Adamski
WSTĘP
Włodzimierz Fijałkowski
WYCHOWANIE DO ODPOWIEDZIALNEGO RODZICIELSTWA
Wanda Półtawska
ROLA RODZICÓW W WYCHOWANIU SEKSUALNYM MŁODZIEŻY



Włodzimierz Fijałkowski

WYCHOWANIE DO ODPOWIEDZIALNEGO RODZICIELSTWA

Dwie postawy

W krótkim odstępie czasu miałem dwa spotkania: jedno z Rafałem, drugie z Moniką. Oboje byli młodzi, otwarci, sympatyczni.

A przy tym tak odmiennymi drogami potoczyło się ich życie; każde z nich inaczej zobaczyło świat.

Rafał został małżonkiem przed 14 miesiącami i wkrótce potem ojcem syna, który przed 3 miesiącami rozpoczął drugą pozamaciczną fazę swego życia. Zwierzył mi się: „Gdy po upływie 3 tygodni od daty poczęcia uprzytomniliśmy sobie z Krystyną fakt narodzin nowego życia —naszego dziecka (Rafał nazwał poczęcie narodzinami życia), wzbudziło to w nas uczucie niedającego się ogarnąć zdziwienia... Nie chcę przez to powiedzieć, że obca nam była znajomość procesów biologicznych prowadzących do zapłodnienia. Od dawna oboje, a raczej każde z nas z osobna, zdobyliśmy podstawową wiedzę o naturalnym rytmie płodności i niepłodności związanym z cyklem kobiecym. Rytm ten jest szczególnie czytelny w świetle zasad metody owulacji Billingsa. Decyzję stania się rodzicami podjęliśmy świadomie. Toteż zadziwia mnie fakt, że znajomość tych zjawisk nie miała żadnego wpływu na to niedające się ogarnąć poczucie dokonania się czegoś, co nas nieskończenie przerasta; nasza wiedza okazała się bardzo mała, ponieważ nie sięgnęła tej najgłębszej płaszczyzny rzeczywistości. W naszym odczuciu stało się coś nieprawdopodobnego. Wobec tego zdarzenia mogliśmy tylko zamilknąć, jak milknie się, dotykając największej tajemnicy”. Spotkanie z Moniką zainicjowała jej matka, uprzedzając mnie o jej przyjściu w związku z zakłóceniami w stanie zdrowia, których bliżej nie określiła. Już w pierwszych słowach Monika powiadomiła mnie o wystąpieniu powikłań po niedawno dokonanym usunięciu 7-tygodniowej ciąży. Decyzję zniszczenia płodu uzasadniła krótko: „Zaskoczyło to nas. Chłopak przestraszył się i uciekł, gdy doszło do jego świadomości, że zaszłam w ciążę. W tej sytuacji musiałam poddać się zabiegowi. Nie widziałam innego wyjścia...”.

Zdumiewa ogrom przepaści pomiędzy zdziwieniem i zaskoczeniem. A przecież tej drugiej pary rodzicielskiej nie utworzyły jakieś kreatury wywodzące się z marginesu społecznego, znajdującego się praktycznie poza zasięgiem dodatnich wpływów wychowawczych. Co zresztą znaczy tu zwrot „margines społeczny”? W tych dwóch spotkaniach ukazały się dwa całkiem różne światy: świat pokornego zdziwienia wobec tajemnicy oraz biegunowo odmienny świat — świat przerażenia własnym dokonaniem z nieodłączną w tych przypadkach agresją. Przeżycia związane z płcią ucieleśniają miłość, ale mogą również siać zniszczenie i śmierć.

Zło zaczyna się wcześniej niż samo zabicie życia. Początek jego sięga oddzielenia przeżycia seksualnego w płaszczyźnie kontaktowej od integralnego powiązania tegoż przeżycia ze zdolnością przekazywania życia. Takiego oddzielenia domaga się seksualizm „naskórkowy”, nastawiony jednostronnie i wybiórczo na przyjemność i zaspokojenie „głodu seksualnego”, a zarazem podszyty strachem. W takim przeżywaniu płciowości dynamika popędu staje się energią bezużyteczną w jej warstwie kreatywnej, kształtującej postawę twórczą, zmierzającą do budowania trwałej więzi. Wówczas to cała energia „popędu”, słusznie przyrównywana do energii atomowej, rozprasza się i wytraca w uporczywym poszukiwaniu coraz to nowych, intensywniejszych doznań. Jakże często do działań seksualnych popycha dziewczynę lub chłopaka elementarny lęk, aby nie zostać samą czy też, aby mieć dziewczynę, bo co powiedzą inni. Tracąc poczucie związku tej energii ze zdolnością prokreacyjną, człowiek staje się zdolny do czynów nieodpowiedzialnych. Zło zaczyna się zatem już na etapie myślenia antykoncepcyjnego i tego faktu nie wolno nam tracić z oczu.

Progeneza, czyli przyszłe rodzicielstwo

Określenie „przyszli rodzice” utarło się odnosić do okresu 9 miesięcy poprzedzających poród dziecka. W rzeczywistości przyszłe rodzicielstwo obejmuje czas od poczęcia człowieka aż do zainicjowania przez niego życia nowej istoty ludzkiej. Dlatego okres ten nazywamy progenezą. O jakości następnej generacji zadecydują warunki zdrowotne i postawy opiekuńcze, kształtowane w pokoleniu przyszłych rodziców od najwcześniejszego dzieciństwa. Toteż czas przyszły stosowany do aktualnych rodziców dzieci już żyjących, choć jeszcze nienarodzonych, stoi w wyraźnej kolizji z docenianiem progenezy. Określenie „przyszli rodzice”, związane ze stanem ciąży, eliminuje z zasięgu wrażliwości dzieci i młodzieży sprawy związane z ich własnym przysposobieniem do rodzicielstwa, a zarazem zaprzecza rzeczywistości życia już poczętego. Błędne nazewnictwo wpływa tu ujemnie na wyobraźnię młodego pokolenia, a jednocześnie uderza w dobro dziecka jeszcze nienarodzonego.

Jakkolwiek „popęd płciowy” uaktywnia się dopiero w fazie przejścia od dzieciństwa do wieku młodzieżowego, to jednak pewne swoiste cechy związane z płcią występują w każdym okresie życia od poczęcia aż do śmierci. Rozwój człowieka dokonuje się etapami, ale każdy z osobna, a więc okres płodowy, niemowlęcy, przedszkolny, szkolny, okres młodzieżowy czy okres pełnej dojrzałości, podeszły czy starczy stanowią jakąś pełnię. Każdy z nich wyróżnia się jakimiś szczególnymi właściwościami, które później zanikają, względnie ustępują na dalszy plan, dając miejsce innym. Wiele do myślenia daje fakt, że od poczęcia aż do śmierci występują równocześnie, choć o różnym nasileniu, procesy wzrostu i starzenia się...

Wiek dziecięcy i potem młodzieżowy zbyt pochopnie bywa traktowany jako okres przejściowy, a tym samym niekompletny, będący fazą — 212 —

pośrednią, przygotowującą do jakiejś fazy definitywnej. Jest to z pewnością błędna opinia, skoro w rzeczywistości człowiek stale podlega zmianom, a zdolność do rozwoju zachowuje przez całe życie. Ulegając tej sugestii można nigdy nie doczekać się owej wyimaginowanej fazy definitywnej. Nic więc dziwnego, że typowe zdanie, zaczynające się od słów: „Gdy dorośniesz...” podrażnia i irytuje młodego człowieka, który broni się przed umieszczaniem go w czasie przyszłym, jakby teraźniejszość nie była dlań tą jedyną rzeczywistością, nadającą kształt jego życiu. Nic dziwnego, że młodzież tak ostro wyrywa do przodu. Wtym odruchu jest dużo z — często niestety źle pojętej — samoobrony.

Spróbujmy uświadomić sobie i zaakceptować fakt, że młodzież musi poczuć się powołaną i w jakiejś mierze kompetentną do samookreślenia swej odrębności w sposobie przeżywania pełni egzystencji na danym etapie rozwoju. Wykładnikiem tej odrębności byłoby między innymi wypracowywanie w odniesieniach obu płci odpowiednich środków wyrazu i upowszechnianie się zachowań swoistych dla tej fazy życia bez sięgania do form właściwych sytuacji małżeńskiej. Rola dorosłych polegałaby wówczas przede wszystkim na dyskretnym i czułym towarzyszeniu młodym, na rozwijaniu się wspólnie z nimi, na poszukiwaniu płaszczyzny porozumienia się. Dla chłopca czy dziewczyny osoba żyjąca w celibacie staje się niejako naturalnym modelem w kształtowaniu własnej osobowości w tej fazie życia.

Już w wieku 10—12 lat młodzież obu płci powinna przyswoić sobie choćby minimum wiedzy o podstawach rozwoju psychoseksualnego z uwzględnieniem naturalnego rytmu płodności. Właściwie dzieci są lepiej dysponowane do uchwycenia prawidłowości integralnego przeżywania płci, integralnego, a więc harmonijnie zespalającego sferę wzajemnych odniesień, zróżnicowanych z tytułu odrębności płci, ze sferą prokreacyjną, czyli zdolnością wzbudzania nowego życia. Dziewczęta powinny wdrożyć się w prowadzenie obserwacji cyklu od chwili jego zaistnienia. Przesunięcie punktu uwagi z menstruacji na owulację wpływa korzystnie na afirmację kobiecości i oddziaływuje na wyobraźnię zbieżnie z rozwojem postawy macierzyńskiej. Poznawanie funkcji ustrojowych związanych z rozwojem psychoseksualnym nie powinno być traktowane podejrzliwie z tytułu zainteresowania sferą płciową w tak wczesnym wieku.

Perspektywa małżeństwa i rodzicielstwa wymaga uświadomienia sobie, że rozwój człowieka jako osoby jest procesem powolnym i ciągłym. Przezwyciężanie trudności wydaje się konieczną częścią tego procesu. Odnosi się to do wszystkich aspektów osobowości, łącznie ze sferą płciową. Trzeba uwolnić się od mentalności antykoncepcyjnej, która eliminuje wysiłek człowieka w opanowaniu sfery seksualnej i tym samym rezygnuje z roli, jaką pokonywanie trudności odgrywa w rozwoju człowieka jako osoby. Wprzeciwieństwie do tego nastawienia, koncepcja integralnego przeżywania seksualizmu uwyraźnia małżeński, a więc i rodzicielski charakter aktu płciowego.

Małżeński trójkąt

Uniwersalistyczna koncepcja małżeństwa katolickiego opiera się na biblijnym widzeniu rzeczywistości ziemskiej, różnym od wizji platońskiej czy zaczerpniętej z innych kierunków metafizyki nieodróżniającej Stwórcy od stworzenia. Ukazuje nam ono objawienie się Boga w dziele stworzenia, dopełnione przez Odkupienie. Wcielenie objawia zarazem Człowieka doskonałego, w pełni poddanego Ojcu, w pełni współdziałającego z Jego miłością i świętością. Świętość życia nie jest więc pojęciem oderwanym, lecz rzeczywistością umieszczoną w boskim wymiarze egzystencji człowieka.

Podczas jednej ze swych podróży zagranicznych miałem sposobność usłyszeć wykład pastora Waltera Trobischa poświęcony małżeństwu. Znany kaznodzieja ewangelicki, a zarazem autor poczytnych książek, nawiązał do tekstu św. Pawła z Listu do Efezjan (5, 25—32): „Mężowie, miłujcie żony, jak Chrystus umiłował Kościół i wydał zań samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby samemu stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, — 214 —

niemający skazy czy zmarszczki, czy czegoś takiego, lecz aby był święty i nieskalany. Tak powinni mężowie miłować swe żony jak własne ciało. Kto miłuje swą żonę, siebie samego miłuje. Przecież nigdy nikt nie odnosi się z nienawiścią do własnego ciała, lecz (każdy) żywi je i pielęgnuje, jak Chrystus — Kościół, bo jesteśmy członkami Jego Ciała; Dlatego opuści (podkr. W.F.) człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i Kościoła”.

Wwierszu 31 przytoczonego tekstu zostały zaakcentowane trzy określenia: opuszczenie, połączenie i jedno ciało. Słowa te, poprzez odniesienie do tajemnicy Chrystusa i Kościoła, ukazują nam małżeństwo jako świętą wspólnotę w Ciele Mistycznym Chrystusa. Porównanie użyte przez św. Pawła uświadamia nam równocześnie, jak dalece to, co święte, zostało mocno osadzone w rzeczywistości ludzkiego bytowania. Dla uzyskania pełnej jasności i wyrazistości obrazu wykorzystał Trobisch trójkąt równoboczny, wpisując nad górnym kątem słowo opuszczenie, przy lewym kącie u podstawy słowo przyłączenie, a przy prawym jedno ciało. Do każdego z napisanych słów dodał w uzupełnieniu: u góry ślub, od lewej miłość,od prawej seks, co uwidoczniono na rys. 1.

Następnie zwrócił się z zapytaniem, gdzie należałoby umiejscowić punkt wyjścia dla spotkania się dwojga osób? Wodpowiedzi wskazano na słowo miłość. Harmonijny rozwój miłości wyrażają kreski prowadzone równolegle do osi: opuszczenie — jedno ciało (rys. 2). Są one rozpięte pomiędzy ramieniem wskazującym na ślub i ramieniem wskazującym na seks. Tylko taki stopniowy i harmonijny rozwój miłości nie powoduje zagrożeń i prowadzi do finału, w którym zbiega się oderwanie od domu i rodziców z dojrzałością wzajemnej komunikacji, by stać się jednym ciałem.

Inaczej sprawy układają się w przypadku (rys. 3), gdy dążenie do zbliżenia seksualnego wyprzedza gotowość opuszczenia i złożenia ślubu. Wówczas to pole trójkąta nie wypełnia się: pozostaje pusta przestrzeń. Trójkąt ten obrazuje dysharmonię w małżeństwie, brak oparcia dla dzieci. Natura nie znosi próżni. Może się zrodzić pytanie o miejsce dla dzieci. Harmonijny rozwój miłości, zobrazowany na rys. 2 równomiernym postępem od punktu wyjścia do rozpoczęcia nowego etapu życia w związku z zawarciem małżeństwa, tworzy klimat sprzyjający kształtowaniu się prawidłowych postaw rodzicielskich. Miłość poszerzająca się i coraz bardziej otwarta, jak ramiona trójkąta, staje się miłością wielkoduszną i płodną. Trud związany z kształceniem postawy wstrzemięźliwości jest trudem wyjątkowo owocnym. Tylko w klimacie ascezy napięcie seksualne staje się napędem budowania trwałej więzi, wyrażając tym samym istotny i pogłębiony zarazem sens ciążenia płci ku sobie.

Przechodzenie przez ciasną bramę

Budowanie jedności w związku dwojga różnych osób wymaga zasadniczej akceptacji drugiej osoby i to takiej, jaką ona jest. Zmieniać możemy tylko siebie, drugiej osobie mamy tylko towarzyszyć. Każdy zatem związek małżeński staje się terenem pracy nad sobą, by kształcić u siebie gotowość „tracenia” siebie, czyli uśmiercania swego ciasnego, egoistycznego ja.

Już samo respektowanie naturalnego rytmu płodności i niepłodności występującego w cyklu kobiecym, ale funkcjonującego dla obojga osób trwale z sobą związanych, wyznacza konkretne ramy przejawiania się ascezy w przeżywaniu seksualności. Sama wiedza o cyklu nie wystarcza. Właśnie dlatego, że zachodzi potrzeba ascezy, niezbędna staje się dostatecznie mocna motywacja, aby pociągnęła za sobą odpowiednie zachowania się. Motywacja ta wywodzi się z uznania godności osoby i nienaruszalności praw istoty ludzkiej od chwili poczęcia. Zwornikiem tej motywacji jest zawierzenie Bogu i poddanie się Jego mocy, a tym samym akceptacja takiego stylu życia, który wymaga „wchodzenia przez ciasne drzwi”.

W komentarzu do przytoczonych słów Zbawiciela Chiara Lubich przedłożyła następującą refleksję: „Ktoś mógłby sądzić, że Jezus mówiąc o »ciasnych drzwiach«, wymaga od wierzących surowej ascezy, na przykład aktów pokuty, biczowania się, długotrwałych postów itp., do których tylko niewielu jest zdolnych. Ale tak nie jest... Jezus chce, abyś przezwyciężył pokusę wygodnego życia, abyś w swoim życiu nie przekreślał krzyża. Jeśli czujesz, że popadasz w przeciętność, dodaje ci odwagi, abyś poszedł wąską drogą. Jednym słowem Jezus chce, abyś wprowadzał w życie Ewangelię. Z pewnością jest to trudne, ale konieczne, bo Ewangelia jest drogą. Drogą, która prowadzi do życia”.

Wyraz asceza pochodzi od greckiego słowa askesis, co oznacza ćwiczenie, praktykę, systematyczny wysiłek, zaś askein znaczy tyle, co obrabiać, kształtować. Kinga Roszkowska-Wiśniewska przypomina w swej książce pt. Asceza, moralność, zdrowie (Warszawa 1980), że ascetami nazywano w starożytnej Grecji sportowców: atletów, biegaczy czy gimnastyków podejmujących forsowne i systematyczne ćwiczenia dla uzyskania doskonałej formy. Do sportowej ascezy nawiązał św. Paweł w Liście do Koryntian (9, 24—27): „Przeto tak biegnijcie, abyście ją otrzymali (nagrodę). Każdy, który staje do zapasów, wszystkiego sobie odmawia; oni, aby zdobyć przemijającą nagrodę, my zaś nieprzemijającą. Ja przeto biegnę nie jakby na oślep, walczę nie tak, jakbym zadawał ciosy w próżnię, lecz poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę, abym innym głosząc naukę, sam przypadkiem nie został uznany za niezdatnego”.

W chrześcijaństwie wyraz asceza, podobnie jak tracenie siebie, oznacza uśmiercanie w sobie „starego człowieka” i wyzwalanie „nowego”, zdecydowanego pójść drogą życia. W świetle Ewangelii — owej Dobrej Nowiny — umartwianie znaczy tyle, co używotnienie. Toteż zachowanie powściągliwości w okresie młodzieńczym nie powinno być przeżywane jako wyrzeczenie czy ograniczenie, lecz jako usprawnienie niezbędne do wypracowania takich środków wyrazu we wzajemnych odniesieniach obu płci, aby one odpowiadały danemu okresowi życia. Usprawnienie to jest niezbędne w normalnym wypełnianiu zadań wyłaniających się w toku samorealizacji na obu podstawowych drogach powołania, zarówno żyjącego w celibacie, jak i w małżeństwie.

Umiejętność utrzymania twórczego dystansu wzbogaca niesłychanie i rozwija różne formy komunikacji we współistnieniu obu płci na etapie młodzieżowym, a ponadto stanowi podstawowy czynnik ugruntowania trwałej więzi małżeńskiej. Właśnie owo pogłębienie i zróżnicowanie form wzajemnych odniesień umożliwia pomyślny przebieg niełatwego procesu pełnej akceptacji drugiego człowieka w warunkach codziennego życia w małżeństwie wraz z jego rozczarowaniami i nieuniknionymi nieraz trudnościami.

Zachowanie dystansu w fazie rozwoju miłości zmierzającej w sposób odpowiedzialny do stania się „jednym ciałem” nie powinno być motywowane wyrzeczeniem, lecz należnym zachowaniem wynikającym z akceptacji integralnego przeżywania płciowości na danym etapie życia. Poznanie zasad naturalnej regulacji poczęć i nabycie umiejętności obserwowania zmian ustrojowych dla wyodrębnienia w przyszłości cyklicznych okresów płodności i niepłodności stanowi istotny element wychowania i samowychowania człowieka do życia w małżeństwie i rodzinie.

Model wzajemnego odniesienia płci w okresie młodzieńczym odpowiada w życiu małżeńskim modelowi powściągliwości wymagającej odstąpienia od zbliżeń podczas tych kilku czy kilkunastu dni w cyklach, w których nie zamierza się począć nowego życia. Nie trzeba dodawać, że takich okresów w życiu małżeńskim jest zdecydowana większość. Współżycie małżeńskie musi zatem sprostać próbie wypracowywania stale rozwijającej się i pogłębianej więzi w warunkach zachowania dystansu. Usprawnienie wyraża się tu uruchamianiem i umacnianiem postawy twórczej, zdolnej do drążenia odniesień na wielu płaszczyznach, nie tylko na jednej płaszczyźnie kontaktów seksualnych. Zresztą tylko w tych warunkach kontakty te nabiorą nowej wartości. Okresowe wyłączanie twórczości prokreacyjnej — wobec uzasadnianej konieczności odkładania czy nawet odstąpienia od zamiaru poczęcia — równoważy się w ten sposób, że od razu włącza się twórczość na różnych płaszczyznach komunikacji międzyosobowej bez blokowania zdolności do poczęcia życia, a tym samym otwartości względem niego. Jest to najtrudniejszy do zrozumienia i przyjęcia aspekt odpowiedzialnego rodzicielstwa dla osób mających ukształtowaną mentalność antykoncepcyjną. Z drugiej strony właśnie poprzez takie kształtowanie postawy powściągliwości zrozumiemy coraz lepiej głęboki sens wyrażenia zaczerpniętego z encykliki Humanae vitae: „Miłość zawsze płodna”.

Odpowiedzialne rodzicielstwo

Na przestrzeni dziejów ludzkich stosowano różne sposoby kontrolowania płodności. Już w najstarszych cywilizacjach dadzą się wyodrębnić dwa nurty: jeden z nich realizuje się na drodze naturalnej regulacji poczęć (starożytny Egipt i starożytny Izrael), inny na drodze stosowania różnych środków przeciwdziałających płodności lub niszczących już poczęte życie. W obecnym stuleciu wprowadzono na szeroką skalę środki mechaniczne, chemiczne i hormonalne. Zakłócenia zdrowia, a nawet ciężkie powikłania chorobowe, spowodowane ich stosowaniem (ze zgonami włącznie), szczególnie w następstwie stosowania doustnej tabletki hormonalnej, przyczyniły się do nasilenia lęku. Równolegle ze wzrostem zasięgu i upowszechniania się antykoncepcji tendencję zwyżkową wykazują sztuczne poronienia uważane przez wielu za najpewniejszy „środek antykoncepcyjny”. Jednocześnie — jako trzeci etap „zabezpieczania się” — wzrasta częstość stosowania ubezpładniających zabiegów chirurgicznych.

W poszukiwaniu informacji o naturalnych metodach regulacji poczęć wiele osób nie uświadamia sobie, że dotyka złożonego problemu wychowania człowieka. Traktując bardzo wycinkowo całą sprawę osoby te dążą do znalezienia sposobu, aby się doraźnie uchronić, zabezpieczyć, uniknąć następstw... i w tym zawężonym polu widzenia gubią coś istotnego, czego zgubić nie wolno. Brak tu mianowicie pełnego odniesienia się do siebie i do drugiej osoby jako do istot płciowych zdolnych kierować sobą, również w zakresie zdolności prokreacyjnej. Każdy człowiek czuje wyraźnie i zarazem jest przekonany, że powinien zachować się odpowiedzialnie, rzadziej jednak urzeczywistnia tę odpowiedzialność godnie i z całą konsekwencją. Nasza płciowość domaga się wydobycia jej z ciemnych zakamarków obwarowanych różnego rodzaju tabu i wystawienia na światło.

Przede wszystkim należałoby sobie uświadomić, że nie istnieje płodność pojedynczej osoby: zarówno mężczyzny, jak i kobiety. Jedynie para ludzka może powołać do życia nowego człowieka. Naturalny rytm płodności pojawia się wraz z pierwszym kontaktem seksualnym i odtąd funkcjonuje dla obojga. Tak więc współżycie dwojga osób: mężczyzny i kobiety, niezależnie od ich wieku, świadomości i zamierzeń, ma od początku charakter potencjalnie rodzicielski.

Dziedzina wychowania seksualnego w różnych wydaniach roi się od kłamstw. Najpospolitszym, a zarazem najgroźniejszym z nich jest wymazywanie ze świadomości integralnego powiązania dwu elementów naszej płciowości: kontaktowego i prokreacyjnego. Wyraziło się to najdobitniej w formule: „małżeństwo na próbę”. Nieświadome uruchomienie zdolności prokreacyjnej nie zmienia faktu, że poczęte w tej sytuacji dziecko nie będzie dzieckiem „próbnym”. Uprzytomnienie sobie tego — dość elementarnego — faktu i przyjęcie następstw z tym związanych stanowi ważny element określający człowieka jako istotę płciową, która została powołana do przeżywania swej potencji płciowej w sposób odpowiedzialny.

Świadom swych możliwości i zadań życiowych człowiek kształtuje postawę akceptującą siebie w swej płci i drugą osobę w jej płci. W postawie tej mieści się także akceptacja samej płodności. Owo „otwarcie się” na płodność oznacza tu gotowość respektowania prawidłowości naturalnych, jakie odnoszą się do funkcjonowania płciowości. Jest to równocześnie wybór takiej drogi życia, która idzie w parze z harmonijnym powiązaniem odniesień w sferze wzajemnej komunikacji i zdolności prokreacyjnej.

Opowiedzenie się za naturalną regulacją poczęć oznacza zarazem decyzję respektowania we wzajemnych odniesieniach naturalnie występujących okresów płodności i niepłodności w kolejnych cyklach. Mieści się w tym zarówno wybór odpowiedniego terminu zainicjowania życia dziecka, jak i umotywowane odłożenie zamiaru prokreacyjnego. „Metody” nie oznaczają tu nic innego, jak tylko ustalone kryteria pozwalające określić początek i koniec okresu płodności przypadającej na czas pomiędzy dwoma okresami niepłodności: przed- i poowulacyjnej.

Propozycja wyboru tej drogi życia wyraża równocześnie opowiedzenie się za integralnym przeżywaniem płci harmonijnie wkomponowanej w strukturę osobowości człowieka. Wybór tej drogi pociąga za sobą konieczność jak najwcześniejszego wdrożenia obserwacji cyklicznych zmian prowadzących do jajeczkowania, aby nauczyć się trafnego oznaczania początku i końca okresu płodności oraz okresów niepłodności: poprzedzającego owulację i następującego po niej. Nabywanie umiejętności praktycznych uczestniczy w kształtowaniu się zachowań i odniesień seksualnych sprzyjających powściągliwości w zachowaniach i odpowiedzialnemu traktowaniu swej zdolności wzbudzania życia. Nabyta sprawność pozwala przeżywać odniesienia seksualne jako wartość i umożliwia realizowanie zamierzeń prokreacyjnych w duchu wolności, miłości i odpowiedzialności.

Sztuczne poronienia

„Zabieg” przerwania ciąży staje się w świadomości wielu osób jedyną drogą wyjścia z trudnej sytuacji życiowej. Niekiedy konieczność rozwiązania nabrzmiałego problemu wyraża się dramatyczną decyzją zniszczenia poczętego życia. Dwa czynniki zdają się wpływać szczególnie na ten nieszczęsny zamiar: zaskoczenie ciążą i słabe poczucie realności istnienia człowieka w postaci zarodkowej.

Osamotnienie sprzyja złym myślom. Dlatego ważne, aby znalazł się ktoś, kto przebije mur obronny izolujący kobietę od otoczenia. Jego pojawienie się i postawa mogą ukazać niedostrzegalną z razu drogę wyjścia. Kobieta niezwykle rzadko żałuje porzucenia natarczywej myśli zniszczenia ciąży, choćby dziecko było poczęte w najbardziej niesprzyjających warunkach. Przeciwnie, najczęściej zachowuje we wdzięcznej pamięci człowieka, który podał jej wówczas swą pomocną dłoń. Jeśli ktoś twierdzi, że nigdy w życiu nie udało mu się wpłynąć na zmianę decyzji zabicia płodu, niech raczej zamyśli się nad sobą, niż miałby się utwierdzać w przeświadczeniu, że to przestawienie się kobiety jest absolutnie niemożliwe. Miłość, autentyczna miłość ma ogromną siłę przebicia i nie ma dla niej rzeczy niemożliwych.

Trzeba przede wszystkim spotkać się z tą osobą, której pragniemy zaofiarować pomoc. Ci, którzy zdobywają się na to, stają się od czasu do czasu świadkami krańcowej zmiany postawy i zaakceptowania faktu poczęcia dziecka, pomimo że w pierwszym momencie wydawało się to zupełnie nierealne. Przyczyny odrzucenia ciąży sięgają głębiej, niż wskazywałaby na to „obiektywna” analiza sytuacji. U podłoża znajduje się brak akceptacji siebie i swego męża. Postawa ta sprzyja wyzwoleniu się lęku, który mobilizuje agresję zmierzającą do zlikwidowania wyrosłej nagle przeszkody życiowej. Decyzja o „zabiegu” niszczy nie tylko życie poczętego dziecka, ale uderza także w matkę i ojca. Byłaby to zatem agresja skierowana także przeciwko własnej osobie.

W świadomości wielu osób następstwa przerwania ciąży kojarzą się wyłącznie z cielesnym uszkodzeniem organizmu matki. Tymczasem szkodliwość sztucznych poronień jest potrójna. Dotyczy ona: 1) poczętej istoty ludzkiej, 2) matki i 3) całej populacji. Rozważmy kolejno wszystkie trzy elementy.

1. Ginie człowiek, któremu nie będzie dane znaleźć się wśród żyjących. Nie jest to jeszcze dziecko w potocznym słowa znaczeniu, ale jest to już odrębna indywidualność genetyczna: jedyna i niepowtarzalna. Nikła świadomość tego jest najsłabszym ogniwem w tym łańcuchu następstw, uwarunkowanych dokonaniem sztucznego poronienia. „Przecież to jeszcze nie żyje” wmawia w siebie kobieta nie chcąc dopuścić do świadomości faktu — niepodważalnego — że życie już zaistniało. Nie ma bowiem wątpliwości, że życie zostało zapoczątkowane w momencie połączenia się komórek rodzicielskich. Nie można zaprzeczyć, że to życie jest życiem ludzkim — życiem ludzkim w najwcześniejszej jego fazie. Usunięcie ciąży oznacza zatem zniszczenie ludzkiego życia.

2. W następstwie sztucznego poronienia zawsze pozostają w ustroju kobiety trwałe ślady: w sferze cielesnej i duchowej. Niekiedy dadzą o sobie znać dopiero po wielu latach, a nawet u schyłku życia. Rozpatrzmy je chronologicznie:

  1. już w czasie dokonywania „zabiegu” (który nie powinien nazywać się zabiegiem lekarskim, skoro nim nie jest) może dojść do uszkodzenia macicy lub do wystąpienia krwotoku zagrażającego niekiedy życiu matki,
  2. w najbliższych dniach po usunięciu ciąży mogą wystąpić objawy ostrego zapalenia narządów rodnych lub długotrwałe, nawracające krwawienia,
  3. w późniejszym okresie ujawnia się nierzadko niepłodność wtórna, względnie niemożność donoszenia ciąży lub przewlekły stan zapalny w narządach miednicy małej,
  4. istnieją wreszcie następstwa bardzo odległe, pojawiające się nieoczekiwanie nawet w podeszłym wieku w postaci odnowionego (a więc nigdy niewygasłego) konfliktu moralnego. Jeśli ktoś przyjmie to z powątpiewaniem, odsyłam go do sióstr opiekujących się starszymi kobietami w zakładach dla osób nieuleczalnie chorych lub niedołężnych.

Badania psychologiczne rozwiały bezpowrotnie dawne sugestie, jakoby konflikt moralny był następstwem wmawiania w człowieka poczucia winy przez osoby „nadgorliwe”. Gdybyśmy zrobili wszystko, aby zagłuszyć je w sferze intelektualnej, tkanki naszego ciała będą o nim przypominać! Nie zapomnę czterdziestokilkuletniej pacjentki, która zgłosiła się do mej przychodni z powodu uporczywych dolegliwości cielesnych. Po dokładnym zbadaniu jej nie udało mi się wykryć jakichkolwiek zmian chorobowych w obrębie narządów rodnych. Wówczas rozpocząłem rozmowę na temat odległej przeszłości. Po dłuższej chwili znaleźliśmy wspólnie jedną, niewygasłą ranę: ranę sumienia po zniszczeniu ciąży przed 20 laty. Nie poczucie winy było przyczyną odczuwanych dolegliwości, ale zwątpienie w możliwość uwolnienia się od moralnych skutków popełnionego czynu. Wtych okolicznościach rozmowa przybrała nietypowy dla porady lekarskiej kierunek... Pacjentka wyszła z gabinetu z pełną dyspozycją do odzyskania zdrowia w sakramencie pojed-nania.

3. Rzadko uświadamiamy sobie społeczne skutki sztucznych poronień, rzutujących ujemnie na całą populację, na perspektywy biologicznego i moralnego rozwoju rodzących się pokoleń. Możemy je ująć w kilka punktów:

a) niepłodność jako jedna z konsekwencji sztucznych poronień — obok antykoncepcji powiększa liczbę kobiet, które już nigdy nie będą mogły urodzić dziecka. Obecnie co piąte małżeństwo nie może zrealizować swych zamierzeń prokreacyjnych, liczne z nich sięgają po technikę in vitro;

b) przeciw opinii, jakoby zniszczenie ciąży stanowiło rozwiązanie ważnych sytuacji życiowych, przemawia fakt, że zwiększanie się liczby sztucznych poronień wcale nie idzie w parze ze zmniejszaniem się częstości rozwodów. Przeciwnie, trudno oprzeć się wrażeniu, że wraz z upowszechnianiem się „zabiegów” przerywania ciąży małżeństwo ciągle traci na trwałości, co pociąga za sobą niepokojący wzrost liczby osieroconych społecznie dzieci;

c) w populacji kobiet niszczących ciążę występuje 4-krotnie większa umieralność okołoporodowa dzieci z późniejszych ciąż, tym razem już zaakceptowanych, a nawet neurastenicznie pożądanych. Oznacza to nie tylko powiększenie liczby zgonów, ale przede wszystkim zły wpływ przerwanej ciąży na biologiczną wartość rodzącego się pokolenia;

d) ciąża pozamaciczna występuje u 3,5% kobiet po przebytym sztucznym poronieniu, a tylko u 0,5% kobiet, które nie usuwały ciąży. Tak więc, w następstwie przerywań ciąży, dokonuje się każdego roku dodatkowo wielu ciężkich operacji, niosących możliwość zgonu.

Na szczęście w świadomości społecznej narasta dziś poczucie ujemnego wpływu sztucznych poronień.

Antykoncepcja a naturalne planowanie rodziny:
różnica środków czy odmienność dróg?

Słowo antykoncepcja tak dalece zrosło się z myśleniem większości społeczeństwa, że nad przeżywaniem miłości w spotkaniu płci dominuje jedno nieprzeparte dążenie: zdobycie środka, który mógłby skutecznie zablokować płodność, a jednocześnie był nieszkodliwy. Przypomina to bezskuteczne poszukiwanie przez średniowiecznych alchemików „kamienia filozoficznego”, czyli hipotetycznej substancji mającej możliwość przemiany różnych materii nieszlachetnych w złoto. Zastanawia, dlaczego życie seksualne, tak silnie domagające się wolności i spontaniczności, uległo w praktyce zniewoleniu i uzależnieniu od antykoncepcji. Dla dużej części społeczeństwa niemożliwe do wyobrażenia stało się współżycie bez „zabezpieczenia się”. To, co nazywamy „naturalnym planowaniem rodziny”, usiłuje się utożsamić z antykoncepcją, tyle że... naturalną. Tymczasem w przyrodzie nie ma antykoncepcji, wobec tego traci sens pojęcie metod antykoncepcyjnych.

Są jeszcze inne podziały: mówi się o antykoncepcji sztucznej, czyli „naukowej” i naturalnej czyli „nienaukowej”. Utożsamianie naukowości z niszczeniem natury jest zjawiskiem szczególnie groźnym, ale jednocześnie coraz bardziej zauważalnym w dobie poszerzania zasięgu myślenia ekologicznego. Tymczasem — tak naprawdę — odmienne metody odzwierciedlają odmienne postawy, odmienne drogi życia. Istota rzeczy polega na tym, że antykoncepcja prowadzi do całkowitej, negatywnej dezintegracji życia seksualnego, natomiast metody naturalne uczą respektowania biologicznego rytmu płodności i niepłodności, co warunkuje reintegrację tej dziedziny życia.

Studiując ulotki zawierające informację na temat tabletek hormonalnych czy wkładki domacicznej można odnieść wrażenie, że całe zagadnienie sprowadza się do zabezpieczenia się przed ewentualnością ciąży. Taka jest istotna treść reklamy danego środka. Akcentem dopełniającym owo zapewnienie bywa sielankowy obrazek urodziwej i szczęśliwej pary zakochanych. Co więcej, nawet mechanizm działania tabletki czy wkładki bywa podawany w sposób sprzeczny z rzeczywistością. Niewiele osób wie na przykład, że nie tylko „sprężynka” wywołuje bardzo wczesne poronienie maleńkiego zarodka ludzkiego, ale że antynidacyjny, czyli przeciwdziałający zagnieżdżeniu się 7—8-dniowego zarodka w macicy, efekt „pigułki” został udowodniony w sposób niewątpliwy. Wystarczy wspomnieć, że w przypadku „minipigułki” jajeczkowanie występuje bez przeszkód u 80% kobiet ją stosujących. Tak więc działanie antynidacyjne decyduje o jej skuteczności.

Jeszcze mniej osób uświadamia sobie, że popyt na antykoncepcję opiera się na zakorzenionym lęku przed ciążą i że lęk ten wyrasta z nastawienia przeciw życiu. Większość społeczeństwa podatna na oddziaływanie odpowiednio spreparowanej propagandy, nie domyśla się nawet istotnego podłoża zjawiska, jakim jest zasugerowana niemożność współżycia bez wyeliminowania płodności lub zniszczenia płodu. Nie mając wiedzy o objawach i o sposobie funkcjonowania zdolności prokreacyjnej, ludzie tracą świadomość tego, że natura wyposażyła ich w zdolność i możliwość kontrolowania płodności bez uciekania się do niszczenia jej samej lub następstw z nią związanych.

Lęk przed ciążą wiąże się z poczuciem zagrożenia skutkami naturalnej zdolności prokreacyjnej. Wtej sytuacji para ludzka tworząca więź opartą na podłożu seksualnym bardzo często oscyluje pomiędzy napięciem w kierunku zrodzenia dziecka a gotowością zniszczenia już poczętego życia.

Wpsychologii znane jest sprzężenie zwrotne, zachodzące pomiędzy dwoma pozornie przeciwstawnymi zjawiskami: lękiem i agresją. Jeśli chcemy się opowiedzieć za poszanowaniem życia ludzkiego od chwili jego poczęcia aż do śmierci — a jest to zasadniczy warunek być albo nie być naszej cywilizacji — musimy zrewidować obiegowe pojęcia i zejść do punktu wyjścia, czyli punktu, w którym rodzi się problem agresji przeciw życiu. Dane Światowej Organizacji Zdrowia dotyczące rozmiarów sztucznych poronień w skali globu, wyrażających się corocznie liczbą 55 000 000 zgładzonych istnień ludzkich w okresie życia wewnątrzmacicznego, powinny być znane szerokiemu ogółowi, aby mogły kształtować świadomość społeczną, jeśli rzeczywiście, a nie tylko pozornie, mamy się przeciwstawić narastającej fali skierowanej przeciw życiu.

Bardzo wymowne jest zjawisko powracającej fali, tej fali, która wzbudzona przez człowieka wraca do niego z powrotem po odbiciu się o przeciwległy brzeg. Większość osób, lękających się o swą późniejszą płodność, zaczyna od sztucznego poronienia. Tak więc sprzężenie zwrotne pomiędzy lękiem a agresją jest nie tylko problemem teoretycznym, jest życiową konsekwencją źle wybranej drogi.

Lęk i szukanie ratunku w antykoncepcji jest w pierwszym rzędzie następstwem niewiedzy o podstawach ludzkiej płodności, ale również i niewiary w zdolność do pełnej akceptacji swej zdolności prokreacyjnej. A przecież jest ona darem umożliwiającym realizację szczytowego pragnienia człowieka: przedłużenia swego istnienia. Człowieka otwartego na życie, wyłączającego wszelką agresję przeciw niemu, fascynuje fakt ciągłości pokoleń i przedziwnych zjawisk tę ciągłość warunkujących. Wszak każda z komórek rozrodczych: zarówno osobno jajo, jak i osobno plemnik żyją bardzo krótko, ale po połączeniu się mogą żyć nawet ponad 100 lat!

Niewiedza o prawidłowościach funkcjonowania płodności i wyrosły na tym gruncie lęk skłaniają do niszczenia samej płodności lub jej następstw, czyli poczętej istoty ludzkiej. Z kolei wejście na drogę antykoncepcji blokuje zainteresowanie wiedzą o cyklu z naprzemiennym rytmem płodności i niepłodności, co więcej, prowadzi do zakwestionowania wiarygodności praw naturalnych, na których ta wiedza się opiera. Te właśnie elementy kształtują postawę przeciw życiu. Powtórzmy wypowiedzianą już poprzednio myśl: u podłoża postawy antykoncepcyjnej znajduje się brak akceptacji płci, w tym również i zdolności przekazywania życia.

Zarówno dla sztucznych poronień, jak i dla antykoncepcji jest jedna realna alternatywa: odpowiedzialne rodzicielstwo. Ono kształtuje, a zarazem wyraża postawę akceptującą płciowość człowieka w jej integralnym powiązaniu elementu komunikacji międzyosobowej i elementu prokreacyjnego.

Odpowiedzialne rodzicielstwo oznacza afirmację życia i wyklucza wszelki, nawet najbardziej zamaskowany, gwałt przeciw niemu. Nie ma miejsca dla gwałtu tam, gdzie trwa życiodajna miłość. Ugruntowanie postawy odpowiedzialnego rodzicielstwa wymaga dopuszczenia do otwartej konfrontacji pojęć charakteryzujących antykoncepcję z jednej i naturalne planowanie rodziny z drugiej strony. Zacznijmy od słowa: zapobieganie. Ciąża nie jest chorobą, stąd zapobieganie nie mieści się w kategoriach pojęć właściwych odpowiedzialnemu rodzicielstwu. Możliwość poczęcia zawsze jest darem i wartością. Daru można nie móc wykorzystać w danym czasie, czasami nawet w ogóle, ale nie wolno go niszczyć. Podobnie, jak w danym momencie brak dyspozycji do wypowiedzenia prawdy nie usprawiedliwia występowania przeciwko niej lub jej zaprzeczania.

Inny element kontrowersyjny to rzetelność informacji. W nazewnictwie antykoncepcyjnym roi się od zafałszowań. Przytoczę niektóre: tabletkę antykoncepcyjną nazywa się lekiem; zamiast mówić o zagnieżdżającym się w błonie śluzowej macicy zarodku, mówi się o zagnieżdżaniu się zapłodnionego jaja; naturalne metody nazywa się „katolicką antykoncepcją”; rozpowszechnia się mit o dodatkowym jajeczkowaniu. W ślad za fałszywymi pojęciami poszedł nieludzki podział ciąż na „chciane” — chronione prawem i „niechciane” — niepodlegające ochronie prawnej.

W książce pt. Wybrane zagadnienia z etyki i deontologii lekarskiej pod redakcją T. Kielanowskiego (Warszawa 1980) prof. dr Józef Bogusz pisze: „Wyłączyć należy z kręgu rozważań na temat eutanazji sprawę uśmiercania dzieci głęboko upośledzonych... Nie można by tego uważać za śmierć eutanatyczną, ale za zabójstwo”. Czytając powyższy tekst (s. 82) trudno oprzeć się myśli o dziecku nienarodzonym, którego „głębokie upośledzenie” jest szczególnego rodzaju, ponieważ rzeczywistość jego istnienia jest mniej zauważalna, bardziej ukryta. Natomiast fakt, że jest zdrowe i w pełni zdolne do dalszego rozwoju, w niczym nie poprawia jego sytuacji.

Skoro spostrzegliśmy, że u podstaw przekonania o konieczności utrzymania ustawy dopuszczającej bezkarność sztucznych poronień, znajdują się nawyki myślenia i działania antykoncepcyjnego, ukaże się przed nami droga właściwego rozwiązania problemu. Stanie się oczywiste, że liczenie się z możliwością wzbudzenia życia musi zostać włączone w orbitę działań seksualnych. W cyklu są dwa okresy niepłodności, podczas których akt seksualny wyraża przede wszystkim bliskość osobową małżonków. Natomiast zbliżenie w okresie płodności powinno być przeżywane jako akt nakierowany na poczęcie życia. Wówczas to od dającego się w przybliżeniu określić dnia owulacji małżonkowie zaczynają realnie myśleć o prawdopodobieństwie zrealizowania się ich zamiaru. Mówią między sobą: ,,Jeśli jesteś, masz 3, 6, 10, 12, 16... dni”. Gdy minie 18 dni od zmiany faz cyklu i nie doszło do krwawienia miesięcznego rodzice skreślają słowo „jeśli” i dzielą się z sobą dobrą nowiną: „Jesteś i masz 18 dni”.

W taki sposób otwiera się przed naszym pokoleniem perspektywa awansu tkwiącego w samodzielnym nadzorowaniu i gospodarowaniu w zakresie urzeczywistniania zdolności prokreacyjnej, a jednocześnie naprawdę rodzicielskiej ochrony dziecka od początku jego istnienia. Nadchodzi wreszcie i tu era myślenia i działania ekologicznego. Wyrazi się to między innymi zarzuceniem różnych praktyk, stosowanych zarówno przez rodziców, jak i lekarzy, skierowanych przeciwko poczętemu życiu. Należą tu takie działania, jak stosowanie gorących kąpieli, przyjmowanie tabletek i wstrzyknięć obliczonych na „wywołanie opóźniającej się miesiączki”. Odkrycia Knausa i Ogino sprzed 52 lat są i pozostaną zawsze aktualne. Istotą tych odkryć jest udokumentowanie stałości II fazy cyklu. Faza ta, liczona od owulacji do miesiączki trwa ok. 14 dni z wahaniami od 12 do 16 dni. Postępowanie zmierzające do wywołania rzekomo opóźniającej się miesiączki jest niczym innym, jak tylko zamaskowanym działaniem skierowanym ku zniszczeniu poczętego życia.

Działaniu uzdrawiającemu chore ustawodawstwo w dziedzinie ochrony dziecka nienarodzonego musi towarzyszyć przywrócenie właściwego miejsca płci w rozwoju struktury osobowej człowieka. Proces formacyjny dokonuje się tu na kanwie dobrej informacji o podstawach naturalnego rytmu płodności i regulacji poczęć.

dalej >>

 

opr. aw/aw



 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: opieka małżeństwo dzieci rodzice rozwój rodzicielstwo antykoncepcja wychowanie w rodzinie wychowawcy rozina oddziaływania wychowawcze
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W