Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Zdzisław Gajda

DO HISTORII MEDYCYNY - WPROWADZENIE

ISBN: 978-83-7505-560-3

wyd.: WAM 2011

Wybrane fragmenty
Wstęp
Medycyna ludów pierwotnych

I. Medycyna ludów pierwotnych

1. Wprowadzenie

Co to jest medycyna? Zdawa ć by się mogło, że o odpowiedź nietrudno. Wystarczy sięgnąć po pierwszą lepszą encyklopedię czy leksykon, by znaleźć odpowiednie wyjaśnienie. Ale wiemy, że to nie jest takie proste. To tak, jak ze zdrowiem: „Jak cenić cię trzeba ten tylko się dowie, kto cię stracił”. To znamy, ale z tego nie wynika definicja zdrowia. A nad nią trudzili się eksperci ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i, choć podali najbliższą prawdy, sami byli świadomi, że jest daleka od doskonałości. Podobnie z medycyną. Żadna z dotychczasowych definicji nie może w pełni zadowalać nikogo, kto związał się z nią na co dzień.

Jedno jest pewne: aby zrozumie ć, czym jest medycyna, trzeba na nią spojrzeć w aspekcie historycznym. Medycyna, w jej zastosowaniu praktycznym, wykazuje w swym rozwoju trzy etapy:

1) leczenie chorób i łagodzenie cierpienia — medycyna lecznicza;
2) zapobieganie chorobom — medycyna profilaktyczna;
3) wzmacnianie si fizycznych i duchowych — medycyna pozytywna, medycyna zdrowego człowieka.

Najd łuższy jest okres pierwszy. Elementy drugiego znajdujemy już w starożytnym Izraelu, ale wiemy, że dopiero po poznaniu przyczyn chorób medycyna zapobiegawcza mogła być skuteczna, a to pojawiło się późno. I wreszcie, choć elementów medycyny pozytywnej nie brakowało w przeszłości, przecież mówi się o niej (być może nawet więcej mówi niż robi) w ostatnim stuleciu1.

2. Początki medycyny

U początków medycyny był ból i cierpienie. Stanowią one nieodłączny element ludzkiej egzystencji, który dotyczy nie tylko człowieka, ale całej przyrody ożywionej. Ale to jeszcze nie jest medycyna. Medycyna zrodziła się nie z bólu i cierpienia, ale z potrzeby przyniesienia pomocy człowiekowi cierpiącemu z powodu choroby. Świetnie to wyraził jeden z najwybitniejszych krakowskich uczonych, Jan Miodoński:

„Nie umia łbym podać definicji homo sapiens, natomiast jestem przekonany, że wiem, w jakiej fazie rozwoju należy nazwać istotę ludzką człowiekiem. Będzie to ta faza, w której istota owa stała się zdolną do współczucia i miłosierdzia.
W tym samym momencie zaistniały warunki dla narodzin medycyny; dlatego powiedzieć możemy, iż medycyna jest tak stara jak ludzkość. Przedmiotem tak pojętej medycyny jest nie tylko choroba, ale i śmierć, która jest integralną częścią procesów życia, nie tylko ból fizyczny, ale i nieszczęście, nie tylko pomoc fizyczna, której formy i sposoby ciągle się zmieniają, ale i pomoc moralna, której zasadnicze formy wykazują trwałość niezwykłą”2.

Na medycynę składają się trzy nawarstwiające się w przebiegu historycznym elementy: magia, empiria, nauka.

3. Supranaturalizm

Człowiek żyje wśród zjawisk przyrody, z których jedne występują niezwykle regularnie (wschody i zachody słońca, fazy księżyca, pory roku), inne zjawiają się nieoczekiwanie i są groźne (burze z piorunami, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów). U człowieka pierwotnego zrodziło to wiarę w siły nadprzyrodzone. Teorię głoszącą istnienie owego świata tajemnego nazywamy supranaturalizmem.

Poza tym cz łowiek z łatwością zauważał różnicę pomiędzy żywym a martwym człowiekiem, zwierzęciem, rośliną. Wnioskował, że jest coś, co ożywia jednych, a czego brak drugim. Nazwano to później animizmem (łac. anima — dusza lub animus — duch). W czasie snu dusza opuszcza człowieka czasowo, a przy śmierci już bezpowrotnie. Ale istnieje nadal i zamieszkuje lasy, gaje, pustkowia lub bierze w posiadanie rzeczy, miejsca, ludzi. W tym rzecz, że nie zawsze są to duchy człowiekowi życzliwe, a wtedy dzieją się z nim rzeczy dziwne: upada nagle w konwulsjach, co kilka dni poci się i traci kontakt z otoczeniem, chociaż z „kimś” rozmawia, bywa, że tężeje i w kilka dni w boleściach umiera. Jest to człowiek chory. Związek między przyczyną i skutkiem jest jasny; można już mówić o nieudolnym zawiązku teorii choroby.

Gdy zrodzi się wiara w bogów, im również przypisze się różnorodne działanie, które można wywołać za pomocą teurgii (magii). Pojawi się wtedy kapłan-czarownik, pośrednik pomiędzy światem widzialnym a niewidzialnym, który podejmie się działania leczniczego; nauka nazwie to taumaturgią (moc czynienia cudów). To on będzie się starał ustalić, dlaczego nieszczęśnik uległ takiej chorobie, a następnie postara się udobruchać nieżyczliwego ducha modlitwą i ofiarą. W zakresie jego możliwości działania pozostają jeszcze inne środki: zamawianie i wypędzanie. Służyć temu będzie rozwój całej obrzędowości. Czarownik zakłada odpowiedni strój, ubiera maskę o przerażającym wyglądzie, która ma wypłoszyć „złego gościa” z chorego. Takie maski, w tym samym celu sporządzone, znajdą się później na odrzwiach domów greckich i rzymskich, a z rozwojem renesansu i na budynkach wtedy powstających. Widzimy je do dziś na attyce krakowskich Sukiennic.

Cz łowiek pierwotny bał się nieznanego bóstwa i otaczał je trwożliwym szacunkiem. Narząd płciowy, który jest zarazem narządem moczowym (apparatus uro-genitalis), należy do mniej szlachetnych organów ciała ludzkiego (co w słownictwie deprecjonującym przeciwnika pozostało do dziś). Stąd oddając mocz, mężczyzna stara się ukryć swój narząd za zasłoną drzewa, krzewów, płotu, by jego jawnym widokiem nie obrażać bóstwa. Kobiety oddają mocz, stojąc w rozkroku, mężczyźni, bywa, kucając, by nie zamoczyć fartuszka, którym zasłaniają genitalia (współcześnie na Zachodzie zachęca się do tej pozycji).

Kobiety chodz ą z odsłoniętymi piersiami, ale dolne partie zakrywają. Wstydliwość jest czymś wrodzonym i potrzebnym. Pigmejki, którym nie udało się znaleźć życiowego partnera, starannie zasłaniają swoje wdzięki, co wzbudza zaciekawienie i pożądliwość. Współcześni ginekolodzy odczuwają to na swój sposób, zalecając: „Zakryj ciało, by działało”. Czy to jest potrzebne?

Pisarz Adam Grzymała Siedlecki, który znalazł się w 1919 roku w Paryżu, pisał:

„Zaznajomi łem się tam i pokumałem z pewnym starszym jegomościem. [...] Asumptu do znajomości dostarczyła mi pewna jego uwaga, gdy w czyimś towarzystwie siedząc tuż koło mnie, dowiedział się, że w Casino de Paris pokazują »numer«, w którym występuje kobieta najdosłowniej naga. Stary Francuz zamyślił się głęboko, niemy zamysł przeszedł następnie w szczere zmartwienie, można by nawet powiedzieć — ból: »Tak męż- czyzn przyzwyczajają do nagości kobiecej, że mężczyzna straci pociąg do kobiety. Zobaczycie, że straci« — wykrzyknął już desperacko”3.

Czy zmartwienie starego Francuza by ło całkiem bezpodstawne? Spadek urodzin jest chyba dowodem prawdziwości jego stwierdzenia. Należy nawet rozważyć, czy rozpowszechnienie nagości nie pozostaje w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do spadku urodzin?

Wstyd należy do kondycji ludzkiej. „Przełamywanie tabu”, o jakim się dzisiaj w różnym kontekście słyszy, jest głupstwem. To nie człowiek wymyślił wstyd, to wstyd wzrasta w nim i pojawia się na pewnym etapie rozwoju osobniczego. „Jest taki moment, kiedy córka zamyka drzwi od łazienki, już nie można tam wejść, już nie można jej myć — ona coś odkryła. Myślę, że ona odkryła swoją nagość, swoją cielesność” — mówił Krzysztof Piesiewicz w interesującym wywiadzie zatytułowanym „O wstydzie i nagości”. To on twierdzi, nie bez racji, że największą pruderią współczesności jest wstydzenie się wstydu:

„Warto by by ło już na wstępie powiedzieć, że wstydu nie warto się wstydzić, że jest on elementem człowieczeństwa, godności, znakiem transcendencji, czyli wszystkiego, co konstytuuje nasz byt. [...]
Wstydzę się, ponieważ nie chcę być używany. Przestaję się wstydzić, kiedy daję siebie i ktoś to akceptuje, kiedy nie doznaję poczucia odrzucenia, gdy mam świadomość moralnego punktu odniesienia”.

Dotykamy zatem sprawy bardzo powa żnej, która pojawiła się gdzieś u pierwocin człowieczeństwa, w pierwszym uczuciu wstydu, jakiego doznali nasi prarodzice, i nie znajduje końca, jest żywa i aktualna, a cała manipulacja „bierze się stąd, że rynek jest dziś wielką kurtyzaną, wielką nierządnicą współczesną”. Zważmy, to nie grzmi z ambony kaznodzieja powtarzający stereotypy, lecz adwokat, scenarzysta i polityk, wypowiadający się z potrzeby umysłu i serca. Dodajmy, za nim, jeszcze jeden bardzo mocny akcent: zachowały się strzępy filmu dokumentalnego z obozu zagłady, przedstawiające nagie kobiety idące do komory gazowej. Wszystkie zasłaniają intymne części swego ciała:

„Ten wstyd jest ostatni ą manifestacją człowieczeństwa, jest znakiem największego oporu przeciwko bestialstwu. To jest niema i pewnie nieświadoma manifestacja godności, ponieważ to, co one czynią, nie ma właściwie żadnego znaczenia, nie może zatrzymać przemocy”4.

Lekarz, który z racji swego zawodu ma do czynienia z pacjentem obnażonym, musi pamiętać o godności ludzkiej, o uczuciu wstydu, które jest nam przyrodzone, i winien wykazywać maksimum taktu.

4. Zasady myśli magicznej

Magię określa się jako „zespó ł czynności i praktyk, najczęściej o charakterze symboliczno-rytualnym, mających na celu opanowanie sił nadprzyrodzonych oraz przemianę rzeczywistości pozostającej poza sferą normalnego oddziaływania człowieka”5.

S ą dwa podstawowe prawa dotyczące myśli magicznej, którą posługiwali się ludzie pierwotni:
1. Prawo przeniesienia choroby — contagium. Przedmioty, które były w pewnym kontakcie z drugim przedmiotem, wywierają na siebie stały wpływ, niezależnie od tego, jak daleko zostały oddalone. To dotyczy również człowieka i przedmiotu. Zgubienie lub porzucenie przez wojownika jakiejś rzeczy (dzida, nóż) może okazać się dla niego zgubne, jeśli przeciwnik przez ten przedmiot będzie oddziaływał szkodliwie na właściciela. Dlatego członkowie plemion pierwotnych zagrzebywali kał, obcięte paznokcie i resztki jedzenia nie ze względów higienicznych, ale w obawie przed manipulacjami magicznymi.
2. Prawo podobieństwa. Przedmiot lub okoliczności, które mają pewne podobieństwo w kształcie, kolorze lub następstwie wydarzeń, są z sobą związane. Dlatego np. w leczeniu żółtaczki łapie się żółtego ptaka, odmawia formuły magiczne, po czym wypuszcza się go, w przekonaniu, że żółć będąca przyczyną (nie objawem) choroby wraz z nim odleci w przestworza.
W medycynie znajdzie to później analogię w teorii sygnatur i w zasadzie similia similibus curantur — podobne leczy się podobnym.
Te i inne działania wynikają ze stwierdzenia, że prawo naturalne może być majoryzowane, a nawet anulowane przez nadnaturalną siłę ducha. To twierdzenie było podstawą przesądów, w które obfitowała medycyna ludów pierwotnych. Wiara w nadzwyczajne, ponadzmysłowe pochodzenie choroby prowadziła do prostego wniosku: chorobę można opanować nadzwyczajnymi, ponadzmysłowymi sposobami. Problem wewnętrznego przekonania, wiary, był u nich nieprawdopodobnie silny i mógł prowadzić zarówno do wyleczenia, jak i do śmierci. Do dziś w niektórych szczepach wykonuje się wyrok w swoisty sposób: członka szczepu, który dopuś- cił się niegodziwego czynu, powiadamia się o wyroku śmierci mającej nastąpić w określonym czasie. Najzdrowszy dotąd człowiek „więdnie” w oczach, opuszczają go siły witalne i, mimo udzielanej mu przez współ- czesną medycynę pomocy, umiera w wyznaczonym czasie.
Wiesław Nasiłowski, który wiele lat spędził w Afryce, opisywał niezwyczajne dla Europejczyka wydarzenia:

„Opowiada ojciec Teo fil:
Pewnego razu tabu doprowadziło do tragedii. Był chłopiec, któremu nie wolno było jadać bananów.
— Bananów? — wołam. — Tu w kraju bananów? Tu, gdzie banany są często obok manioku najważniejszym elementem jadłospisu?
— Tak jest: nie wolno mu było jadać bananów. Czarownik wytłumaczył ojcu, że banany będą dla małego tabu. Żadnych bananów. Nigdy. Jeśli zje choćby najmniejszy kawałek banana, umrze.
— Umrze? Brednia!
— Brednia? Proszę posłuchać dalej. Chłopiec był uczniem w szkole misyjnej. Dano mu kiedyś do zjedzenia potrawę z ryby. I było wszystko w porządku. Dowiedział się jednak przez kogoś usłużnego, że w garnku, w którym przygotowano rybę, gotowały się poprzedniego dnia banany i że pozostały tam resztki tych owoców. I że on zjadł z rybą kawałki banana.
— I co?
— Chłopiec dostał natychmiast konwulsji. Przewieziono go do szpitala i lekarz Belg ratował go, jak mógł. Niestety, nic nie pomogło.
— I co? Chłopiec zmarł?
— Tak jest. Zmarł na drugi dzień”6.

Do odwiecznych motywów my ślenia pierwotnego należy przekonanie, że choroba i śmierć są karą za złe postępowanie osoby dotkniętej chorobą lub karą za występek jednego z przodków. Dlatego wezwany do chorego czarownik, dla ustalenia przyczyny, zaczyna leczenie od wywiadu, a to z potrzeby przywrócenia równowagi psychicznej chorego. J. Sędzik, który obserwacje swoje prowadził w Kamerunie na plemieniu Bantu, twierdzi, że tam przyczyna choroby przypisywana jest samemu choremu bądź innym ludziom żywym lub umarłym. Człowiek, który przychodzi z pomocą, jest nazywany „uzdrowicielem”. Należy odróżnić go od czarownika. Uzdrowiciel posługuje się spreparowanymi przez siebie lekami, choć naprawdę nie przywiązuje do nich większej wagi.

„Istotne w jego terapii jest nawi ązanie przyjaznych stosunków z chorym i jego rodziną oraz zdobycie ich zaufania. [...] Istotą tradycyjnego leczenia jest przywrócenie równowagi psychicznej, harmonii między chorym i jego otoczeniem [...]. Stosunki międzyludzkie są bardzo ważną sprawą dla ludzi Bantu. Gdy te relacje zostają zburzone, zburzony zostaje ład społeczny, a jego brak otwiera drogę do wolnego działania czarowników i różnych sił ciemności.
Choroba jest przykładem takiego stanu rzeczy. Przed rozpoczęciem leczenia uzdrowiciel stara się poznać uchybienia w stosunkach chorego do jego otoczenia, gdyż sztuka leczenia polega na przywróceniu dobrych stosunków między chorym i jego najbliższymi, które zostały zerwane na skutek przewinień chorego. Uzdrowiciel musi doprowadzić do uzdrowienia serc zranionych złym postępowaniem chorego, aby później przywrócić zdrowie temu ostatniemu. Ryt uzdrowienia z plemienia Beti w Kamerunie ukazuje wyraźnie, że dla Bantu uzdrowienie serca jest warunkiem uzdrowienia ciała”7.

Nie s ądźmy, aby owo przekonanie o winie kiedykolwiek opuściło człowieka, aczkolwiek rzadko jest tak w pełni uświadamiane, jak przez ludzi pierwotnych. W leczeniu nerwicy depresyjnej chory mimowolnie przeciwstawia się leczeniu, mając nie w pełni uświadomione poczucie, iż choruje wskutek własnej winy, a uwolnienie od cierpienia byłoby sprzeczne ze swoiście pojętą „sprawiedliwością”.

Mimo przyk ładu Hioba, mimo przykładu niewinnie cierpiącego Chrystusa, przekonanie o winie towarzyszy ludzkości przez wieki. Dlatego dużym uproszczeniem jest to, co się pisze i czyta o średniowieczu, że chorobę traktowano wtedy jako karę za grzechy i chorym się nie przejmowano. Gdyby tak istotnie było, gdyby uważano, że choroba pochodzi z wyroków boskich, kto śmiałby się im przeciwstawić? A dowodów opieki nad chorymi w tym czasie nie brakuje. To właśnie caritas christiana zniewalała wielu, aby idąc za wzorem Chrystusa, który przecież tak licznie uzdrawiał, przychodzić z pomocą, nawet za cenę własnego życia, co w czasie epidemii miało wielokrotnie miejsce. Przypomniał to papież Jan Paweł II w Evangelium vitae (I, 27):

„Ko ściół, idąc za przykładem Jezusa, »dobrego Samarytanina«, i z Niego czerpiąc swoją moc, stał zawsze w pierwszej linii na wszystkich tych frontach działalności charytatywnej: wiele jego synów i córek, zwłaszcza zakonnice i zakonnicy, przyjmując dawne, ale zawsze aktualne formy działania, poświęciło i nadal poświęca życie Bogu, oddaje je z miłości bliźnim najsłabszym i najbardziej potrzebującym”.

Temu twierdzeniu trudno zaprzeczy ć.
Medycyna ludów afrykańskich, a zapewne wszystkich innych żyjących w pierwotnych warunkach, otoczona jest tajemnicą niedostępną białym. Nasiłowski, który był ciekaw, co mieszkańcy Afryki myślą na temat zdrowia i choroby, a zwłaszcza na temat leczenia, nie dowiedział się niczego poza tym, co mógł zaobserwować sam:

„Co mog ę napisać o tutejszej medycynie pierwotnej?
Od razu muszę powiedzieć, że sprawa wcale nie jest prosta i łatwa do obserwowania. Jest ona otoczona milczeniem. Na ten temat wykształceni Afrykanie nie mają wyraźnie ochoty rozmawiać i pozbywają się wścibskich pytań ogólnikami i powszechnie utartymi banalnymi powiedzeniami. Sprawa wiąże się z wierzeniami, religią, czarami, a więc z natury swej są to zagadnienia ściśle tajne i nie przeznaczone dla uszu profana. Afrykanie wierzą w czary, w siły nadprzyrodzone, w możliwość rzucenia uroku. Istnieją też rozmaite tabu. Amulety są w powszechnym użyciu. Zabobon króluje tu nadal w umysłach i sercach nie tylko prymitywnych ludzi, ale często również i w umysłach tych najbardziej wykształconych”8.

Potwierdza tym samym obserwacje innych lekarzy. Niektórzy z nich zetknęli się z czarownikami, znachorami czy jak ich z angielska nazywają jujumenami. Jeden z nich przyszedł do lekarza europejskiego po pomoc w chorobie. Na zdziwienie Europejczyka odpowiedział: Co do zdrowia fizycznego, wy jesteście lepsi, my jesteśmy od spraw duchowych. I to się potwierdza. Stary lekarz opuszczający Afrykę takiej udzielił rady swemu następcy: W sprawach psyche nie bierz się za leczenie, lecz odeślij chorego, niech wróci do domu i pójdzie do swego czarownika. Ten go zamknie w świątyni i po kilku tygodniach wyleczy. To również widział Nasiłowski:

„Tutejsi Murzyni wierz ą w istnienie »choroby diabelskiej«, ma to być coś w rodzaju opętania. Chorują na nią przeważnie kobiety. Nie otrzymałem dokładniejszych danych na temat objawów. Zrozumiałem, że to coś w rodzaju histerii, zespół zabobonnego lęku, urojeń, wyczyniania dziwactwa, a przede wszystkim wiara w to, że »zły duch w nią wstąpił«. Leczenie polega na noszeniu dzwoneczków na nogach i rękach, na malowaniu się czerwoną farbą i jeszcze na jakichś rytualnych obrzędach. Po kilku czy kilkunastu tygodniach, kiedy leczenie się kończy, odbywa się wielka uroczystość obrzędowa i ceremonialna: kobieta oczyszczona maluje się cała i naga bierze udział w uroczystym pochodzie z tam-tamami, świszczałkami, tańcami itp.”9.

Niewiarygodne, jak wiele problemów nierozwi ązanych stoi jeszcze przed medycyną. Gdyby tylko próbować je rozwiązać, ileż by dobra z tego wynikło.

5. Paleopatologia

O chorobach, na które cierpieli ludzie pierwotni, mówi ą nam wykopaliska. Naukę o nich nazywamy paleopatologią. Zmiany, jakie możemy dzięki wykopaliskom obserwować na częściach stałych ciała, dotyczą chorób zwyrodnieniowych, zmian pourazowych, gruźlicy. Poszukiwano objawów późnej kiły w amerykańskim materiale kopalnym z czasów przedkolumbijskich. Bada się (również na terenie Polski) czaszki ludzi, u których wykonano trepanację za życia i to z pomyślnym skutkiem. Zmiany bliznowate świadczą o przeżyciu. Dlaczego je wykonywano? Bywa, że w wyniku urazów dochodziło do wgłobienia kości pokrywy czaszki, co powodowało silne bóle głowy i wymagało repozycji. Ale były też względy nieracjonalne, czysto magiczne, dla których wykonywano otwór trepanacyjny. Jeśli „coś” weszło w obręb mózgoczaszki, kołatało, bo nie mogło wyjść, trzeba mu było pomóc. Stąd potrzeba trepanacji, która stwarzała drogę do wyjścia. Jest rzeczą zadziwiającą, że zabiegi te do dziś są wykonywane pomyślnie w środkowej Afryce — bez zabezpieczenia aseptycznego, przy minimalnej śmiertelności.

A co z próchnic ą zębów? Jest ona zauważalna na materiale kopalnym sprzed kilku tysięcy lat — jednak w mniejszym stopniu niż dziś. A to nie tylko dzięki innej diecie (mniej cukru), lecz dzięki pewnym mechanizmom ochronnym. Otóż przy spożywaniu pokarmów, mniej oczyszczonych niż obecnie, dochodziło w daleko większym niż teraz stopniu do ścierania zębów. Do ścierania dochodziło nie tylko na powierzchni żującej, ale też w przestrzeniach międzyzębowych. Jedno i drugie miało korzystne znaczenie dla człowieka pierwotnego.

W pierwszym przypadku ścieralność dotyczyła szkliwa, a z nim początkujących postaci próchnicy. W drugim umożliwiała przemieszczanie się zębów w kierunku doprzednim. To było ważne. U człowieka współ- czesnego wyraźnie jest zaznaczona redukcja długości trzonu żuchwy, przy zachowanej pierwotnej wielkości zębów. Stąd bywają kłopoty z wyrzynaniem zębów mądrości, dla których często brakuje miejsca. Tego problemu nie mieli ludzie pierwotni. Jednak dają się zaobserwować na materiale kopalnym zmiany próchnicze powikłane ropnym zapaleniem miazgi i przetoką, które mogły być nawet przyczyną zejścia śmiertelnego.

6. Empiria

Nie nale ży sądzić, że magia zanikła wraz z rozwojem kultury, albo że utrzymuje się tylko w społeczeństwach prymitywnych. Magia towarzyszyła ludziom kultur Dalekiego i Bliskiego Wschodu, była znana w Egipcie, Grecji i Rzymie, nie była całkiem obca religiom monoteistycznym: judaizmowi, chrześcijaństwu i islamowi. Izrael odciął się od uprawiania magii, a za nim poszło chrześcijaństwo, lecz magia powracała i pojawiała się nie tylko wśród nieoświeconych warstw społeczeństwa, ale również w sferach dworskich i wśród lekarzy (zwłaszcza magia lecznicza). Widzimy ją u Paracelsusa i Mesmera, według których człowiek może zapanować nad duchową zasadą świata.

Ile sk łonności do magii tkwi w świadomości, a jeszcze bardziej w podświadomości współczesnego człowieka? Tego nie wiemy. Ale lekarz musi zdawać sobie i z tego sprawę.

Obok praktyk magicznych pojawia si ę w medycynie pierwotnej skuteczne działanie w postaci środków leczniczych i czynności technicznych. Jest to empiria. Według Szumowskiego empirią nazywamy „dorywcze wykrywanie, mniej więcej na ślepo, związków między działaniem a następstwem. Wybór działania jest uzasadniony, co najwyżej, poprzednim doświadczeniem, nie zaś teorią”.

Zdaniem starożytnych autorów, człowiek miał nauczyć się stosowania środków leczniczych, podpatrując zwierzęta.

7. Czego nauczyliśmy się od zwierząt?

Czy rzeczywi ście można było nauczyć się czegoś od zwierząt? Tak. Widzimy, jak pies i kot wylizują rany. Zatem robią to, co chirurg nazwie kosmetyką rany, czyli przyspieszają proces gojenia przez oczyszczenie jej z piasku i wszystkich zabrudzeń; poza tym poddają ją działaniu śliny, która ma właściwości bakteriobójcze. Można też zaobserwować, że zwierzęta pozbywają się pasożytów; niektóre z nich, np. małpy, robią to sobie nawzajem. Zwierzęta wygrzewają się na słońcu, usuwają ciała obce, przemywają chore kończyny. Odkrycie niektórych źródeł mineralnych związane jest z obserwacją zachowania się leczniczego zwierząt.

Erazm z Rotterdamu, który znalaz ł wiadomości na ten temat w Historia naturalis Pliniusza Starszego, w dziele Plutarcha De sollertia animalium oraz w Arystotelesa Historia animalium, pisał:

„[...] mo że warto sięgnąć po przykład z życia bezmyślnych zwierząt. Nie jest bowiem wstydem nawet od nich uczyć się rzeczy tak wiele pożytku dającej w przyszłości. Bardzo wiele nauczył się już niegdyś od nich rodzaj ludzki. Wszak hipopotam pokazał nam puszczanie krwi. Robienia lewatywy, co tak bardzo cenili synowie Eskulapa, nauczył ibis, ptak Egiptu. Od jeleni nauczyliśmy się, że ziele diktamnon pomaga przy usuwaniu z ciała strzał. One również odkryły nam, że spożywanie raków jest lekarstwem na ukąszenie pająka. Ba, nawet za nauczycieli mamy jaszczurki, wiemy od nich, że diktamnon leczy ukąszenie węża. Te bowiem zwierzęta już ze swej natury prowadzą walkę z wężami, a ukąszone leczą zranienia szukając ratunku w tej roślinie”10.

Również zwierzęta, wcześniej niż człowiek, zwróciły uwagę na pewne właściwości ziół. Pliniusz pisał o jeleniach:

„Samice przed wydaniem na świat potomstwa, zażywają dla celów oczyszczających pewną roślinę zwaną koprownikiem, dzięki której łatwiej rodzą. Po urodzeniu najpierw najedzą się dwóch ziół, które nazywają się ostróżka i koprownik, a potem dopiero wracają do swego pomiotu: z jakiegoś powodu pragną, żeby pierwsze soki mleka były przepojone tymi ziołami”11.

Koprownik ( Tordylium officinale L.) znany był starożytnym jako lek przeczyszczający i wywołujący poronienie.
Skład środków leczniczych pochodzenia roślinnego zmieniał się w zależności od gatunków roślin, których dany region dostarczał. Całe wieki później, gdy dojdzie do spisywania i opisywania roślin oraz ich działania, zrodzi się przeświadczenie (naukowo nieuzasadnione), że lokalnie wystę- pujące rośliny dostarczają surowców przeciw występującym endemicznie chorobom.
Ale poza środkami leczniczymi (nie tylko roślinnymi), bardzo potrzebne było działanie doraźne, zwłaszcza w przypadkach urazowych. A tych dostarczały polowania i utarczki międzyplemienne. Stąd zrodziła się potrzeba i umiejętność zaopatrywania ran, tamowania krwotoków, usuwania ciał obcych, nacinania lub wysysania ropni, trepanacje. Te umiejętności, z czasem wzbogacane, przechodziły z pokolenia na pokolenie i utrwaliły się później w rzemieślniczych umiejętnościach chirurgów, czyli cyrulików.
Ten proces zbierania doświadczeń trwa nadal. Turyście nad Adriatykiem zdarza się bolesna przygoda, gdy nadepnie w morzu na jeżowca; jego kolce trzeba było wyjmować operacyjnie. Tymczasem, jak się okazało, skuteczne jest przyłożenie owocu papai. Niektórzy stosują coca-colę jako odrdzewiacz. To są całkiem współczesne doświadczenia. Jak i ta obserwacja: gospodyni na wsi „wróży”, patrząc na niebo: za dwa dni będzie zmiana pogody. Dlaczego? Za samolotem ciągnie się długi warkocz. I tak się dzieje. A przecież nie jest to obserwacja przekazana przez pokolenia, bo samolotów odrzutowych dawniej nie było.
To wszystko dowodzi, że towarzysząca człowiekowi od prawieków empiria — wiedza zdobywana przez obserwację i doświadczenie — rodzi się nadal i będzie mu towarzyszyć póki będzie istniała ludzkość.

U ludzi pierwotnych istnia ły i istnieją wartości, których można im pozazdrościć. Jedną w nich był kult przodków. Dostrzegł tę ich wartość Jan Paweł II. W jednym z przemówień powiedział:

„Nale żałoby w tym miejscu wspomnieć o wszystkich religiach pierwotnych, religiach typu animistycznego, które na pierwszy plan wysuwają kult przodków. Wydaje się, że ich wyznawcy są szczególnie bliscy chrześ- cijaństwu. Z nimi też najłatwiej znajduje wspólny język działalność misyjna Kościoła. Czyż w tym kulcie przodków nie ma jakiegoś przygotowania do chrześcijańskiej wiary w Świętych Obcowanie, dzięki której wszyscy wierzący — żywi lub umarli — tworzą jedną wspólnotę, jedno ciało? A wiara w Świętych Obcowanie to ostatecznie jest wiara w Chrystusa, który sam jeden jest źródłem życia i świętości dla wszystkich”12.

W prze łożeniu na historię medycyny to szacunek dla naszych poprzedników i ich osiągnięć: naukowych i leczniczych. Przeglądając katalogi coraz bardziej sprawnych urządzeń diagnostycznych i foldery firm farmaceutycznych proponujących coraz to inne rozwiązania lecznicze, można sądzić, że dopiero współczesny lekarz jest w stanie podołać zadaniom walki z bólem, chorobą i śmiercią. Młody Kolego, adepcie medycyny, wejdź w rolę lekarza z okresu międzyhist_medgo (brak antybiotyków, brak środków przeciwgruźliczych), w rolę lekarza z pierwszej połowy XIX wieku (nieznajomość przyczyn chorób zakaźnych), w rolę lekarzy sprzed kilku stuleci — a wtedy nabierzesz pokory, bo oni w tamtych warunkach przychodzili czynnie z pomocą, a nawet często mieli „dobre wyniki”. Czy nas, wyposażonych we współczesną wiedzę, byłoby na to stać? Stąd się bierze aspekt pedagogiczny historii medycyny, o którym pisze Szumowski:

„Historia nauki, historia medycyny ma ci ągle do czynienia z twórczością wybitnych jednostek. Ich życiorysy, ich radości i smutki mają wybitne znaczenie wychowawcze dla młodych pokoleń. Lekarze mają i mieć powinni kult dla nauki i dla wielkich ludzi”13.

Wszystko, co potem w rozwoju medycyny nast ąpi, jest mieszaniną magii, empiryzmu i stale narastającym trudem rozumowego, tj. naukowego uzasadnienia działania lekarskiego.

Przypisy

1 Por. M. Kacprzak, Czym jest medycyna, [w:] Medycyna zapobiegawcza w praktyce lekarskiej, red. M. Kacprzak, PZWL, Warszawa 1957, s. 7.

2 J. Miodoński, Z zagadnień etyki lekarskiej, [w:] Sens choroby, sens śmierci, sens życia, opr. H. Bortnowska, Znak, Kraków 1984, s. 71.

3 A. Grzymała-Siedlecki, Rozmowy z samym sobą, Znak, Kraków 1972, s. 26.

4 K. Piesiewicz, O wstydzie i nagości, [w:] K. Janowska, P. Kucharski, Rozmowy na koniec wieku, Znak, Kraków 1997, s. 57, 59—60.

5 Encyklopedia katolicka, Tow. Naukowe KUL, Lublin 2006, t. XI, s. 734.

6 W. Nasiłowski, Monganga znaczy lekarz, Iskry, Warszawa 1968, s. 181.

7 J. Sędzik, Zdrowie i choroba, „Wstań” 2007, nr 6 (114), s. 24 (jest to fragment jego rozprawy: Pojęcie zbawienia u plemion Bantu i jego wpływ na praktyki religijne chrześcijan).

8 W. Nasiłowski, Monganga..., s. 180.

9 Tamże, s. 161.

10 Erazm z Rotterdamu, O wychowaniu dzieci, [w:] tegoż, Pisma moralne. Wybór, przekł. M. Cytowska, PAX, Warszawa 1970, s. 53.

11 Pliniusz, Historia naturalna, przekł. I. i T. Zawadzcy, Bibl. Narod., s. II, nr 128, Ossolineum, Wrocław—Kraków 1961, s. 110.

12 Elementarz Jana Pawła II, opr. K. Dybciak, WL, Kraków 2005, s. 144.

13 W. Szumowski, Historia medycyny..., s. 654.

Czego można się nauczyć od psów

Jeśli nie masz możliwości umycia rany czy skaleczenia — na przykład na górskim szlaku — weź przykład z psa i... wyliż je. Ślina ma właściwości bakteriobójcze dzięki obecności lizozymu rozkładającego ścianę bakteryjną — potwierdzają to badania zaprezentowane w piśmie medycznym „Lancet”. Ale uwaga — musi to być twoja ślina! Obca może spowodować zakażenie.

1001 rad dla zdrowia,„Reader Digest”, Warszawa 2008, s. 244

opr. ab/ab



 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: historia medycyna supranaturalizm magia lekarze historia medycyny medycy Ludwik Pasteur myśl magiczna paleopatologia
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W