Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Tadeusz Sławek

PRZYPISY DO ESEJU BARBARY SKARGI

O bezwstydzie

Tak jak przestaliśmy rozmawiać, oddając się zabiegom interesowności, tak też straciliśmy poczucie majestatu śmierci, bowiem przestała ona należeć do kręgu przejmujących opowieści, w których kumulowały się ludzkie namiętności i dramaty, zaczęła natomiast należeć do porządku informacji i widowiskowego wyczynu.

Widzę śmierć jedynie nieuzbrojonym okiem. Na wstrząsającym zdjęciu znakomitego fotografa Krzysztofa Millera, które towarzyszy esejowi Pani Profesor, stojący przy cementowym płocie ciemnoskóry mężczyzna opuścił aparat fotograficzny, skierował go w inną stronę, a jego spojrzenie nachylone ku leżącemu na ziemi martwemu człowiekowi maluje na twarzy grozę i to, co określić można jako wstyd. Śmierć nie poddaje się żadnym aparatom i sprzętom, śmierć podlega wyłącznie spojrzeniu nagiego oka. Wówczas pragnie się odejść, lecz jednocześnie coś przykuwa nas do owego miejsca, które uczy nas skromności i pokory. Przerażenie nie tylko tym, co się stało, ale także i moją w tym rolą: wstyd.

W przenikliwym eseju "O bezwstydzie w naszych czasach" ("TP" nr 46/98) profesor Barbara Skarga stawia dwie podstawowe tezy. Wedle pierwszej, otaczającą nas rzeczywistość charakteryzuje szeroka akceptacja dla coraz powszechniejszej niegodności czynów i myśli; wedle drugiej, podsycana przez media ciekawość, czy raczej wścibstwo, staje się nie tylko drogą do zamiany świata w spektakl, lecz - co gorsza - uruchamia procesy etycznej erozji, w efekcie których społeczność stacza się do roli kochającej swych idoli i widowiska gawiedzi, "śledzącej bezwstydnie życie innych". W istocie wydaje się, że wspólnym mianownikiem dla obydwóch kwestii podniesionych przez Panią Profesor jest granica. Czytamy: "Rodzi się więc problem granic prywatności. Kiedy je wolno przekroczyć lub wręcz przekroczyć trzeba?". I jeszcze bardziej zdecydowanie: "Nie można się jednak powstrzymać od pytania, gdzie leżą granice między tym, co się godzi czynić, i tym, co się nie godzi. Czy takich granic już nie ma?"

Inflacja szacunku

Pojęcie granicy jest wieloznaczne, dlatego sądzę, iż warto zacząć od przypomnienia, że w natłoku rozpolitykowanych dyskusji o Polsce i Europie, o problemach "pogranicz" i "współpracy transgranicznej", często gubimy z oczu to, że potoczne znaczenie pojęcia granicy niepostrzeżenie przechodzi w wymiar znacznie ogólniejszy: oto muszę zdać sobie sprawę, że na co dzień przeżywam dramat granicy, bowiem granica to nic innego jak stanięcie twarzą w twarz z tym, co inne, obce, nieznane i jednoczesne zadanie sobie pytania o to, co własne, co moje, rodzinne i domowe. Granica stawia mnie na progu mojego domu i tam właśnie pojawia się owa indagacja: co mam do powiedzenia, do ofiarowania temu, co za progiem, i co naprawdę wiem o tym, co kryje mój dom, pozornie dobrze znany i nie kryjący żadnych tajemnic. Granica nie jest wyłącznie zagadnieniem interesującym dyplomatów i zawodowych polityków: każdy z nas codziennie przekracza wiele granic, wielokrotnie w ciągu dnia zdaję rachunek z tego, jak rozumiem to, co domowe, i z tego, jaki dar mogę złożyć temu, co obce (by podać tylko jeden przykład: z czym przychodzę do tego, który stojąc na ulicy wyciąga rękę w sygnale rozpaczliwej potrzeby, jaki rachunek zdaję ze swojej domowej zasobności i dzielności etycznej, bo przecież granica, która nas oddziela, jest bardziej dramatyczna od wielu tych, o które toczą się polityczne boje). Dlatego dobrze się stało, iż w artykule Pani Profesor granica nabiera tak zasadniczego znaczenia.

Kartezjusz zauważa, że wstyd jest "rodzajem skromności lub pokory i braku zaufania do siebie. Skoro bowiem szanujemy siebie tak bardzo, iż nie uważamy za możliwe, by ktokolwiek nami pogardzał, nie możemy łatwo doznawać wstydu". Niezwykle istotna sprawa: być może sam fakt, iż pojawiają się tak ważne pytania o granice, że nagle zdajemy się tracić poczucie ich istnienia, czyli łatwo pogrążamy się w bezwstydzie wścibskości i niegodnego ukierunkowania naszych postępków - bo przecież co jak co, ale właśnie granice są podstawowymi elementami map, według których poruszamy się w świecie - być może owo nagłe zamglenie granicy wynika właśnie z braku pokory i skromności jako nowej normy zachowania. Jeżeli życie człowieka zaczyna polegać na nieustannym promowaniu siebie samego, na kreowaniu życiorysu tak, by każdy ruch podporządkowany był jak najlepszemu wyglądowi naszemu curriculum vitae, które przedstawimy następnemu potencjalnemu pracodawcy, wówczas wstyd traci swoje znaczenie, ustępując przed wybujałym ponad wszelką miarę autoszacunkiem. Trudno oprzeć się podejrzeniu, że kryterium kariery zbudowanej na dwóch zasadniczych przesłankach - ustawieniu siebie samego, a w dalszej kolejności tego, co moje, w centrum wszelkich moich poczynań, oraz brutalnej agresji (bowiem słowo krytyka zupełnie tu nie pasuje), która - wymierzona we wszystko, co choćby z daleka może zagrozić mojemu stanowi posiadania - stanowi dzisiaj azymut postępowania wielu ludzi. Aby nie dopuścić nawet myśli o tym, by ktoś potencjalnie mógł mną "pogardzać", prewencyjnie pogardzam innymi (i to często nie czekając nawet, aż zgromadzę jakiekolwiek informacje na ich temat, pogardzam nimi, bo nie są mną i nie należą do obozu mojej domowości), nie starając się nawet wyznaczyć ograniczeń miłości własnej. Inflacja szacunku dla samego siebie i deflacja szacunku dla innych tworzą znakomitą aurę dla bezwstydu. Oznacza to, iż walcząc z bezwstydem winniśmy również przeprowadzić głęboką i poważną analizę sposobu, w jaki traktuję "dom" po to, by sprawdzić, czy nie jest on jedynie szlachetną nazwą na zwykły cordon sanitaire, którym oddzielam się od innych, potencjalnych rywali i konkurentów.

zalew słów byle jakich

Ale wstyd, jak wynika z opisu Kartezjusza, jest zjawiskiem społecznym: inna jednostka lub grupa "pogardza" mną z powodu mojego postępowania, a wstyd będący moją reakcją na owo doznanie doskwiera mi dokuczliwie. By tak mogło być, niezbędna jest jednak sfera prawdziwego kontaktu społecznego, w której człowiek nawiązuje porozumienie z Drugim fundujące się nie na interesie, lecz bezinteresowności. Tymczasem to, co dokonuje się w dzisiejszej rzeczywistości, to proces, który moglibyśmy nazwać klientyzacją relacji międzyludzkich. Obcując ze sobą, poruszamy się coraz częściej w kręgu "spraw do załatwienia", "interesów do zrobienia", "korzyści do uzyskania" itp. Oczywiście płaszczyzna ta jest niezwykle ważna, bez niej stanęłoby życie ekonomiczne i polityczne, ale mówiąc o porozumieniu czy o rozmowie (bo o nią tu właściwie chodzi), mam na myśli to, iż także negocjacje (zauważmy niezwykłą karierę tego słowa) mogą i powinny znaleźć swoje podłoże w bezinteresowności spotkania: nim zaczniemy poruszać drażliwy temat, nim wymienimy sumę pieniędzy, wysokość kontraktu, zastanówmy się, czy dotarło do mnie to, że oto staję twarzą w twarz z Bliźnim, którego bycie nie jest z definicji nastawione "przeciwko" mojemu byciu, ale głęboko nakierowuje się "ku" niemu.

Jak przepastne byłyby różnice między nami, są to różnice między "mną" a "tobą"; jeżeli tak jest, wówczas znajdzie się miejsce na krytyczną refleksję na temat własnych racji, na to, co Simone Weil nazywa "wycofywaniem się". "Wycofać się", to nie oddać pola przeciwnikowi, nie zwolnić się z obowiązku obrony swoich praw i interesów; "wycofać się" - to dopuścić możliwość tego, iż mogę nie mieć racji, uznać, iż mogę nie być głównym aktorem w widowisku, że mój związek z Drugim nie polega na wścibskim śledzeniu go zza progu, lecz na wyjściu poza domowy próg, na podążeniu dalej tak, by idąc ostrożnie ku Drugiemu, jednocześnie z perspektywy ocenić to, co własne, co moje, a co chwilowo zdecydowałem się opuścić. Kto nie potrafi "wycofać się", kto nieustannie kreuje swój wizerunek, ten "przemawia" lub "deliberuje", lecz nie "rozmawia". Kryzys rozmowy, martwota i zimny sen naszego języka to następne okoliczności sprzyjające bezwstydowi.

Wstydzić się niegodnego postępowania można jedynie w poczuciu głębokiego doznania porozumienia z Drugim, wobec którego ogarnia mnie wstyd. Ów Bliźni nie musi być nawet obecny, lecz moje doznanie Go jest tak silne, że pokonuje granice fizyczności. Wstyd nie wymaga słów; aż za dobrze znamy owo palące uczucie ("Myśli tak jadem żre, że wstyd palący Kordelii mu broni" powie Kent o Learze; przekł. W. Chwalewik), ale ogarniające nas wówczas milczenie jest mocniejsze od wszelkiej wypowiedzi. Być może częścią dzisiejszego bezwstydu, o którym pisze Barbara Skarga, jest spadek wartości milczenia, zalew słów byle jakich, triumf retorycznych popisów Regany i Goneryli nad milczeniem Kordelii. Zewsząd atakują nas słowa podporządkowane wyłącznie jakiemuś sukcesowi i jakiemuś zwycięstwu w kolejnym sporze lub teleturnieju, słów całkowicie interesownych, bo kto milczy, kto nie dzwoni, ten nie wygrywa. Jakże w tym kontekście wspomnieć o wstydzie, który jest uczuciem etycznym tak przesyconym dojmującym, osobistym, oryginalnym słowem, iż nie znajdując dlań żadnej językowej formuły człowiek musi milczeć?

zbrukany majestat śmierci

Zdaniem Pani Profesor brak nam dyskrecji greckich tragików, którzy rzeczy drastyczne rozgrywali za sceną, oszczędzając nam ich widoku. Lecz przecież wiemy - by posłużyć się przykładami z cytowanego eseju - że Jokasta wisi na sznurze, a trup Polineika zaczyna rozkładać się na pobojowisku. Pozwolę sobie na śmiałość dopowiedzenia lub raczej zapytania: może nie chodzi tu o same obrazy śmierci i bezradność żywych wobec niepojętych człowieczych tragedii; może brak i niepokój, który odczuwamy, polega na tym, że za owymi tragediami, bezprzykładnymi okrucieństwami, od których nigdy nie była i przypuszczalnie nie będzie wolna nasza historia, stał pewien ład, pewna opowieść, która układała dzieje owej męki. Właśnie "dzieje", bowiem cierpienie umieszczone w takim kontekście, choć nie przestaje budzić grozy, jednak mówi także "oto, co się stało; stała się rzecz straszna, ale należy ona do długiej historii, która pozwala na minimalne choćby zrozumienie męki jako elementu skomplikowanego układu losu czy wyroków boskich". Jeżeli, jak słusznie zauważa Pani Profesor, dzisiaj "śmierć nie tylko ciekawi, ona bawi", zapytajmy i rozważmy, czy nie jest tak dlatego, że jest to śmierć bez konsekwencji i bez historii, śmierć wyrwana z wszelkiej wielkiej narracji, których kres nie bez słuszności zanotował Lyotard? Tak, jak przestaliśmy rozmawiać, oddając się zabiegom interesowności, tak straciliśmy poczucie majestatu śmierci, bowiem przestała ona należeć do kręgu przejmujących opowieści, w których kumulowały się ludzkie namiętności i dramaty, zaczęła natomiast należeć do porządku informacji (wiadomości zaczynające się od rejestru katastrof i morderstw) i widowiskowego wyczynu (filmy akcji). Jak pisze Walter Benjamin, "śmierć jest sankcją wszystkiego, co może powiedzieć nam snujący opowieść". Skoro już nie "snujemy opowieści", zatem i śmierć straciła swój charakter ostatecznej sankcji. Przestała być "sankcją", stała się informacją, która nie ma nic wspólnego z ostatecznością, bo dewaluuje się z częstotliwością radiowego dziennika, czyli co godzina.

Nie usprawiedliwiając naszego bezwstydu, naszego uczestnictwa w zbiorowisku gawiedzi, spytajmy, czy nie pomogła nam w tym historia? Czy walka z niegodnością własnych poczynań nie jest tak trudna, bowiem oznacza zmaganie się z Aniołem Historii, który - przywołuję znów Benjamina - jakby oniemiały z grozy zwrócił oblicze ku przeszłości, w stronę łańcucha wielkich katastrof, gdy tymczasem wiatr pcha go nieubłaganie naprzód, w stronę przyszłości, ku temu, co dopiero ma nadejść. Może historia jest bezwstydna (powtarzam: w żadnej mierze nie może to tłumaczyć naszych małych i dużych podłości), może jej Anioł jest bezsilny, chcąc zaznać wstydu, lecz nie mając do tego sposobności, bowiem to nie wstyd kształtuje historię? A gdyby próbować wyznaczyć moment szczególnego przełomu, w którym historia oddała się bezwstydowi czynów niegodnych, które przekroczyły miarę wszelkich możliwych opowieści, to czy za Benjaminem nie należałoby wskazać na I wojnę światową, z której ludzie wrócili milczący, jakby to, czego doznali, poraziło ich bezwstydem ponad wszelką miarę, ponad wszelkie słowo? Czy swoista "ahistoryczność" mediów oddanych całkowicie na pastwę chwili teraźniejszej zamienionej w dodatku na sposobność do interesu i zysku ("zadzwoń i wygraj!") nie jest tak groźna dlatego, że przyzwyczaja nas do bezwstydu historii, a oswajając nas z nim uniemożliwia dojrzenie go i wszelką z nim walkę? Czy to, co płynie z telewizji i popularnych stacji radiowych nie jest przesłaniem mówiącym: "historia jest bezwstydna, nic na to nie poradzisz, więc dostosuj się do jej wymagań i prawideł"? Swoista szkoła bezwstydu.

spojrzenie nagiego oka

A jednak jest nadzieja. Nadzieja, że Anioł Historii na dłużej zatrzyma wzrok na scenie śmierci i opierając się podmuchom wiatru przyszłości spojrzy na śmierć nie jak na informację, lecz jak na najwyższe wydarzenie ostatecznego wycofania się człowieka z siebie. Akt ostatecznej skromności i pokory. Wówczas ujrzy nie widowisko, nie sensacyjny obraz, lecz grozę (przypomnijmy zakończenie Conradowskiego "Jądra ciemności"). Na ową grozę, heroiczny czyn najwyższego wycofania się patrzę, bowiem nie pozwala mi oderwać od siebie spojrzenia, lecz jednocześnie nie mogę na nią spokojnie spoglądać, bowiem wykracza ona poza władzę mojego spojrzenia. Przede wszystkim na śmierć spoglądam nagim okiem (banalne powiedzenie o "gołym oku" zawiera w sobie wiele filozoficznej prawdy: fenomenologia spojrzenia mówi nam o tym, iż spojrzenie naprawdę postrzegające jest spojrzeniem oka, a nie instrumentu; niezależnie od tego, w jakie instrumentarium uzbrojone jest oko spoglądającego, istotne spojrzenie należy zawsze do domeny "gołego oka"). Mogę jako anatomopatolog rozciąwszy ciało dojść do przyczyn śmierci, lecz wówczas widzę jej powód i domniemany przebieg, lecz nie dostrzegam jej samej. Mogę jako fotograf podejść do zmarłego i sporządzić wiele ujęć, lecz ujęcia te nie "ujmą" śmierci, a jedynie martwe ciało. Śmierć postrzegam jako człowiek tylko i wyłącznie nagim okiem, bowiem śmierć jest ostatecznym obnażeniem, które i ode mnie wymaga nieuzbrajania się.

Widzę śmierć jedynie nieuzbrojonym okiem. Na wstrząsającym zdjęciu znakomitego fotografa Krzysztofa Millera, które towarzyszy esejowi Pani Profesor, stojący przy cementowym płocie ciemnoskóry mężczyzna opuścił aparat fotograficzny, skierował go w inną stronę, a jego spojrzenie nachylone ku leżącemu na ziemi martwemu człowiekowi maluje na twarzy grozę i to, co określić można jako wstyd. Gdy inni poddają ciało oględzinom swoich wysokiej jakości kamer i aparatów fotograficznych, utrwalając wizerunki, za które wydawcy zapewne zapłacą dobrą cenę, gdy w podziwie dla swej własnej profesjonalności budują swoją reputację jako fotografowie, on rozbraja swoje oko, patrzy i pokornie chce odejść. Śmierć nie poddaje się żadnym aparatom i sprzętom, śmierć podlega wyłącznie spojrzeniu nagiego oka. Wówczas pragnie się odejść, lecz jednocześnie coś przykuwa nas do owego miejsca, które uczy nas skromności i pokory. Przerażenie nie tylko tym, co się stało, ale także i moją w tym rolą: wstyd.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć media pokora szacunek Kartezjusz wstyd fografia bezwstyd Barbara Skarga skromność
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W