Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Marcin Król

Prywatne i publiczne a prezydent Clinton

Afera związana z Moniką Lewinsky jest powszechnie znana, ale spróbujmy przypatrzeć się tej historii nie jako sensacji, lecz jako zjawisku towarzyszącemu rozwojowi i przemianom demokracji liberalnej, a przede wszystkim - jako poważnemu zakłóceniu rozumienia granic między tym, co publiczne, a tym, co prywatne.

Dwóch wielkich myślicieli nadało kierunek temu, co dzisiaj określamy mianem demokracji liberalnej. Pierwszym był Monteskiusz, który nie tylko dokonał podziału władz, ale także, a może przede wszystkim, uważał, iż władza w owym ustroju powinna zostać "zdepersonalizowana". Innymi słowy, miało być już nieistotne, jakie są prywatne i psychiczne cechy rządzącego lub rządzących, ponieważ wykonywali oni rządy prawa. Rola jednostki w historii miała ulec zminimalizowaniu. Tak się nigdy nie stało, jednak demokracja poszła i nadal podąża w tym kierunku.

Drugim wielkim myślicielem był Benjamin Constant, który w niespełna sto lat po Monteskiuszu określił cel społeczeństwa liberalnego. Miała nim być wolność prywatna, przeciwstawiona w tym przypadku wolności publicznej. Constant reagował oczywiście na prześladowania znane mu z autopsji, na okres Wielkiego Terroru w czasie Rewolucji Francuskiej i na wielce nieprzyjemną policję tajną Bonapartego. Wszelako jego postulat na trwałe wszedł do myśli liberalnej i do dzisiaj stanowi komponentę tego, co właśnie określamy mianem demokracji liberalnej, czyli rządów prawa, a zatem rządów bezosobowych, gwarantujących maksimum wolności prywatnej.

Minęło ponad sto siedemdziesiąt lat od sławnego wykładu Constanta i wolność prywatna poczyniła kolosalne postępy. Jednak próbując dokonać wyraźnego oddzielenia tego, co prywatne od tego, co publiczne, Constant i późniejsi myśliciele liberalni nie zdawali sobie sprawy, jakie będą konsekwencje ich usiłowań, a w szczególności nie przewidzieli, że dojdzie do takiego wymieszania sfery prywatnej i publicznej, jakie nie przyszłoby im do głowy. Z drugiej strony postulat rządów bezosobowych też doprowadził do nieoczekiwanych konsekwencji, a przede wszystkim do stopniowego, ale niewątpliwego obniżania poziomu jakości moralnej, intelektualnej i duchowej przywódców politycznych w krajach demokratycznych.

 

Afera związana z Moniką Lewinsky jest powszechnie znana, ale spróbujmy przypatrzeć się tej historii nie jako sensacji, lecz jako zjawisku towarzyszącemu rozwojowi i przemianom demokracji liberalnej, a przede wszystkim - jako poważnemu zakłóceniu rozumienia granic między tym, co publiczne, a tym, co prywatne.

Fakt i "gatunek" stosunków intymnych, jakie miała dwudziestoparoletnia dziewczyna ze znacznie starszym mężczyzną, jeszcze bardzo niedawno po prostu nie zostałby przez tę dziewczynę ujawniony. Całkowity brak wstydu, jaki z tej okazji obserwujemy, nie jest przypadkowy. Zbiegły się tu dwie tendencje, pierwsza charakterystyczna przede wszystkim dla Ameryki, druga - dla całej demokracji liberalnej.

Ta pierwsza to konsekwencje prymitywnie zaadaptowanej i powszechnie stosowanej psychoanalizy i - generalnie - tendencji do publicznego, choćby na gruncie towarzyskim, mówienia o sprawach, o jakich do niedawna milczano lub pisano w dziennikach lub pamiętnikach nie przeznaczonych zwykle do druku. Słuchając rozmów uniwersyteckich sekretarek w Stanach Zjednoczonych, miałem okazję przekonać się, że najczęściej mówią one o seksie - czy i jaki miały orgazm - oraz o problemach, mówiąc delikatnie, żołądkowych. Czasem także o lęku, o kompleksach i o wielu rzeczach, o których dawniej nie mówiono lub też w ogóle nie wiedziano. Dziwne przemiany tradycyjnie przecież purytańskiej kultury i obyczajowości Ameryki związane są zapewne po części właśnie z nazbyt może gwałtownym odrzucaniem purytańskich rygorów, a po części z tendencji współczesnej kultury do autentyczności, spontaniczności i drążenia własnego "ja", tendencji w znacznej mierze prowadzącej do pozornych lub wymyślonych rezultatów.

Tu docieramy do konsekwencji źle pojmowanej wolności prywatnej. Daleki jestem od tych, którzy liberalizmowi przypisują wszystko, co złe we współczesnej cywilizacji. Poszerzanie granic wolności ma w zasadzie jedynie pozytywne skutki. W zasadzie bowiem poszerzanie tych granic prowadzi do sytuacji, kiedy powoli tracimy rozeznanie, jak daleko jeszcze można je przesuwać. Świadczą o tym rozmaite próby podejmowane w celu przekroczenia granic postawionych przez naturę fizyczną człowieka czy też jego naturę moralną, przez prawo naturalne (jeżeli oczywiście uważamy, że prawo naturalne w ogóle istnieje, a ja tak uważam). Usiłuje się zatem przy pomocy rozmaitych świetnie znanych zabiegów, poważnych i nie całkiem poważnych, jak z jednej strony inżynieria genetyczna, a z drugiej zamrażanie zmarłych, czy to zmienić naturę fizyczną człowieka, czy to uczynić go nieśmiertelnym. Próbuje się także rozmaitych protez, od komputerów po specjalne trenowanie ludzkiego ciała, by przekroczyć granice inteligencji lub fizycznej sprawności.

Na tym tle reguły wyznaczane przez prawo naturalne czy też, jeżeli ktoś woli sformułowanie mniej wzniosłe, przez zwyczajną przyzwoitość, tracą znaczenie i przestają, choćby z grubsza, wyznaczać granice ludzkiego postępowania. W społeczeństwie liberalnym wprowadza się wobec tego rozmaite metody nakazowe, prawne i pozaprawne, które mają przywrócić owe granice. Metody prawne polegają właśnie na ingerencji w sferę ludzkiej intymności. Jeżeli na przykład żona może oskarżyć męża o gwałt, kiedy niekoniecznie ma ochotę na intymne zbliżenie, i w dodatku domagać się za to finansowej rekompensaty, to granica intymności zostaje przesunięta bardzo daleko. Wiem, że często mężczyźni de facto gwałcą swoje żony, ale czy ustawodawca nie posunął się tu za daleko? Inny przykład to osławiona "polityczna poprawność", która wprawdzie nie ma charakteru normy prawnej, ale w praktyce wymusza określone zachowania. Polityczna poprawność stała się tak ważna, gdyż nie ufa się wolnym ludziom, że w banalnych sytuacjach nie zachowają się w sposób niedopuszczalny. Mogą przecież teoretycznie powiedzieć: "żółtki wynocha z naszego kraju" lub "czarni są leniwi". Uważa się, że człowiek jest zdolny do każdego świństwa, a zatem muszą istnieć reguły, które spowodują pohamowanie jego złych skłonności.

Cała historia postępków Moniki Lewinsky, a także działań jej koleżanki i matki, stanowią znakomity przykład przekraczania granic przyzwoitości, czyli nadmiernego wykorzystywania wolności prywatnej. Nie oceniam przy tym relacji prezydenta Clintona z panną Lewinsky, bo tu ocena jest oczywista, ale odnoszę się do sposobu ujawnienia i posługiwania się tym przypadkiem. Reguły politycznej poprawności zostały tu zachowane, ale reguły ludzkiej przyzwoitości - naruszone.

Zastanówmy się bowiem, co by się działo w podobnej sytuacji sto czy wręcz trzydzieści lat temu. Po pierwsze, kobieta nigdy publicznie by się nie przyznała do takich zachowań, po drugie - gdyby chciała mieć z tego jakąś korzyść, próbowałaby prywatnego szantażu, co zapewne by się jej nie powiodło, ponieważ żadne gazety i inne media, poza nieważnymi brukowcami (a i to wątpliwe) nie pisałyby takich rzeczy o prezydencie. Natomiast w czasach przeddemokratycznych nikt nie widziałby w tym cienia skandalu, a przyzwoity król czy książę podarowałby idącej w odstawkę kochance biżuterię, pieniądze czy pałacyk, lub nawet wszystko naraz.

Dzisiaj natomiast powiada się, powołując się przy tym na odpowiednie przepisy prawne, że osoba publiczna ma znacznie bardziej ograniczoną sferę intymności niż osoba prywatna. Jednak, jak widzimy na podstawie podawanych wyżej przykładów, nie jest to prawda. Nikt nie ma życia prywatnego, które byłoby w pełni chronione przez prawo. I w związku z tym nie wiadomo, gdzie jest granica między tym, co publiczne, a tym, co prywatne, między słusznym skrywaniem intymnych zachowań, a tym, co dzisiaj określa się mianem kłamstwa. A przecież już małe dzieci uczymy tego, żeby nie kłamały, ale i tego, żeby odróżniały kłamstwo od powstrzymania się z mówieniem prawdy lub od bujania, czy, jak kto woli, umiarkowanej hipokryzji. Nie należy mówić znajomej, którą spotykamy po trzech latach przerwy: ale się postarzałaś, i nie ma tragedii, jeżeli dziecko czasem powie, że poszło się uczyć do kolegi, a tak naprawdę oglądali razem film w telewizji.

Prawda i odpowiednio kłamstwo to rzeczy bardzo poważne i nie należy ich odnosić do banalnych zachowań. Nie oczekujemy też raczej od znajomych, by nas informowali, czy i jak przeżywają uniesienia zmysłowe, a nawet mielibyśmy poczucie, że taka rozmowa jest wręcz nieprzyjemna lub nieznośnie obrzydliwa. Dlaczego zatem prezydent Stanów Zjednoczonych miałby się przyznawać do swoich intymnych zachowań i dlaczego miałby mówić pełną prawdę w tak intymnej sprawie, jeżeli nawet jego zachowanie było naganne?

Prokurator i przepisy prawa powiadają, że nie chodzi tu o sprawy seksu, lecz o krzywoprzysięstwo. Moje pytanie brzmi jednak nieco inaczej: dlaczego osoba publiczna ma składać przysięgi, że mówi prawdę lub jej nie mówi odnośnie do takich spraw? Czy w demokracji wybieramy kogoś na prezydenta dlatego, że jest prawdomówny i przyzwoity w życiu prywatnym, czy dlatego, że wydaje się najlepszym kandydatem na menadżera wspólnego społecznego interesu? A jeżeli ta druga odpowiedź jest słuszna, to jaki jest związek między jego prywatnymi zachowaniami a publicznymi osiągnięciami? W teorii żaden. W praktyce okazuje się, że coraz więcej uwagi zwraca się na zachowania prywatne, mimo że rządy mają charakter bezosobowy. Dlaczego tak się dzieje? I czy ta tendencja ma pozytywne czy raczej negatywne implikacje?

Jak już mówiłem, demokracja powoduje, że polityką nieuchronnie zajmują się ludzie coraz to mniejszego wymiaru osobistego, a zarazem coraz sprawniejsi jako nadzorcy, mediatorzy i decydenci, którzy muszą orientować się w coraz bardziej skomplikowanym świecie wewnętrznym danego państwa i w życiu międzynarodowym. Wymagania są zatem bardzo specyficzne, a równocześnie proces wyłaniania przywódców w coraz mniejszym stopniu wymagania te uwzględnia, prowadząc raczej do swoistego konkursu piękności, w którym inteligencja i prawość odgrywają rolę minimalną, a zdolność do publicznego sprzedawania się - rolę podstawową. Stąd nasze wymagania wobec owych przywódców są zupełnie inne niż dawniej. Nie przysługuje im ani osobista charyzma, ani też charyzma wynikająca z Boskiego nadania, z tradycji lub z dziedziczenia.

Przywódcy polityczni, a więc i prezydent Clinton, są tacy sami jak my wszyscy i zgodnie z założeniami demokracji mają być właśnie tacy, a równocześnie ich zawód stawia przed nim znacznie poważniejsze wymagania. Jeżeli jednak są tacy jak my wszyscy, to skoro ich wybraliśmy, wymagamy od nich tego samego, czego teoretycznie powinniśmy wymagać od samych siebie, ale nie powinniśmy stawiać im wymagań, którym sami nie potrafimy sprostać. Pojawia się tu sprzeczność. Nikt nie protestuje, kiedy dyrektor wielkiej korporacji ma pięć kochanek, a jest to człowiek stojący przed zadaniami równie poważnymi jak prezydent.

Innymi słowy, w demokracji nie ma powodów, by prezydent czy inny przywódca polityczny był prywatnie lepszy od nas, jednak nasza postawa wobec życia publicznego, nasza zazdrość i przede wszystkim podejrzliwość sprawiają, że oczekujemy od niego znacznie więcej niż od samych siebie. W demokracji publiczne staje się prywatnym dlatego, że pozbawiliśmy przywódców szczególnych uprawnień, owej wyjątkowej aureoli władzy, jaka umożliwiała im stanięcie ponad przeciętnością. Chcemy przeciętności i jednocześnie nią pogardzamy, ponieważ pogardzamy samymi sobą. Posuwamy naszą wolność prywatną do granic natury i poza te granice, a równocześnie chcielibyśmy - zupełnie bezpodstawnie - ograniczyć wolność prywatną przywódcy politycznego.

Doprowadza to do bardzo niebezpiecznej sytuacji, kiedy nawet bardzo zdolni i zręczni politycy mogą potknąć się na zupełnym idiotyzmie, kiedy zatem ich dbałość o interes wspólny musi sprowadzać się przede wszystkim do dbałości o nieskazitelny obraz ich życia prywatnego. To zaś przesuwa sprawy polityczne ze sfery publicznej do sfery prywatnej; nadmiar wolności prywatnej może doprowadzić do kompromitacji w zakresie wolności publicznej. Widzę dwa możliwe kierunki dalszego rozwoju tej sytuacji.

Albo, po pierwsze, demokracja całkowicie zatraci wszelki filozoficzny i moralny wymiar, wówczas wybory i inne jej elementy jak partie polityczne, reprezentacja itp., staną się zbędne, a rządzić będą specjaliści od mediacji i negocjacji. Albo, po drugie, faktowi, że ktoś został wybrany na przywódcę kraju, zostanie przywrócony majestat o charakterze wyłącznie publicznym i słabostki tej osoby staną się na powrót jej słabostkami prywatnymi, bez wpływu na ocenę jej działalności publicznej. Znając jednak ludzką skłonność do tego, by pomiatać równymi sobie, obrana zostanie zapewne pierwsza droga, co doprowadzi w końcu do pozbawienia demokracji wszelkiego sensu.

Marcin Król



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: demokracja liberalizm Monika Lewinsky prezydent Clinton Clinton prywatność afera wstyd obyczajowość intymność hipokryzja krzywoprzysięstwo