Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Bp Kazimierz Romaniuk

KOMENTARZ DO CODZIENNEGO PACIERZA

rozdział czwarty

Nie tylko ja lecz także my

II. PRZEBACZAĆ I PROSIĆ O PRZEBACZENIE

Dn. 10 listopada 1994 r. Ojciec św. Jan Paweł II wystosował List apostolski "Do Biskupów, duchowieństwa i wiernych w związku z przygotowaniem jubileuszu roku 2000". W liście tym znajduje się między innymi takie oto zdanie:

"Gdy zbliża się ku końcowi drugie tysiąclecie chrześcijaństwa, jest rzeczą słuszną, aby Kościół w sposób bardziej świadomy wziął na siebie ciężar grzechu swoich synów, pamiętając o wszystkich tych sytuacjach z przeszłości, w których oddalili się oni od ducha Chrystusa i od Jego ewangelii. (Kościół) nie może przekroczyć progu nowego tysiąclecia, nie przynaglając swoich synów do oczyszczenia się przez pokutę z błędów, niewierności, niekonsekwencji i zaniedbań. Uznanie słabości dnia wczorajszego - to akt lojalności odwagi, który pomaga nam umocnić naszą wiarę, pobudza czujność i gotowość do stawiania czoła dzisiejszym pokusom i trudnościom " (pkt 33).

Zostaliśmy w ten sposób wezwani do przeprowadzenia wielkiego, ogólnochrześcijańskiego rachunku sumienia. Ten rachunek sumienia ma stanowić część bodaj najważniejszą przygotowania się całego chrześcijaństwa do obchodów wielkiego Jubileuszu Dwutysiąclecia Narodzin Jezusa Chrystusa.

We wspomnianym już Liście Ojciec św. Przychodzi nam z pomocą w przeprowadzaniu tego rachunku sumienia wskazując nasze zbiorowe oraz indywidualne "błędy niewierności, niekonsekwencje i zaniedbania". A oto z czego powinniśmy się oczyścić.

1. "Grzechy... które zaszkodziły jedności, jakiej Bóg pragnął dla swego ludu" (pkt 34)

Całemu pontyfikatowi Jana Pawła II a zwłaszcza przygotowaniom do Wielkiego Jubileuszu towarzyszy pragnienie tak sformułowane:

"U schyłku obecnego tysiąclecia Kościół powinien zwrócić się z jeszcze żarliwszym błaganiem do Ducha świętego, prosząc Go o łaskę zjednoczenia chrześcijan... Jest to jedno z zadań dla chrześcijan zbliżających się do roku dwutysięcznego. Koniec drugiego millenium wzywa wszystkich do rachunku sumienia, a także do stosownych poczynań ekumenicznych" (pkt 34).

Zacznijmy więc od rachunku sumienia, a dokładniej mówiąc od podziałów w łonie Kościoła jeszcze z czasów apostolskich, czego liczne dowody znajdujemy głównie w Dziejach Apostolskich i listach św. Pawła.

Pierwszą, najstarszą linię podziału stanowiły dwa główne rodowody pierwotnego chrześcijaństwa: judaizm i pogaństwo. Różnice dotyczyły spraw niebłahych i to zarówno natury doktrynalnej jak i moralno-obyczajowej. Oto kilka przykładów. Judeochrześcijanie sądzili, że do osiągnięcia usprawiedliwienia nie wystarczy sama wiara w nadprzyrodzone skutki zbawczego dzieła Jezusa Chrystusa. Potrzebne jest nadto zachowanie różnych przepisów Prawa a w tym przede wszystkim prawa nakazującego obrzezanie fizyczne jak też i różnych przepisów dotyczących spożywania pokarmów. To rozbieżności teoretyczne rzutowały także na różne zachowania praktyczne. I tak np. czytamy w Dz. 6, 1n:

"Gdy liczba uczniów wzrastała zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy".

Rozbieżności powyższe szczególnie wyraźnie dały o sobie znać podczas tzw. Sporu antiocheńskiego. Oto jego przebieg w relacji św. Pawła:

"A kiedy przybył do Antiochii Kefas, wystąpiłem przeciwko niemu całkiem jawnie, ponieważ (rzeczywiście) był w błędzie. Dopóki bowiem nie przybyli pewni wysłannicy Jakuba, jadał razem z tymi, którzy przedtem byli poganami. Lecz gdy pojawili się owi ludzie odsunął się od pogan i trzymał z dala od nich w obawie przed tymi, którzy byli obrzezani. Jego obłudne postępowanie poczęli z czasem naśladować także pozostali Żydzi. W końcu nawet Barnaba dał się wciągnąć w to udawanie. Kiedy więc zobaczyłem, że nie postępują zgodnie z prawdą ewangelii, wobec wszystkich powiedziałem Kefasowi: Jeżeli ty sam, mimo że jesteś Żydem, jeszcze do niedawna swoim zachowaniem się przestrzegałeś obyczajów pogańskich, a nie żydowskich, to jakże możesz zmuszać pogan, żeby postępowali jak Żydzi?" (Gal 2, 11-14).

Choć wiadomo, że natychmiast podejmowano próby mające na celu eliminowanie różnic zwłaszcza w codziennym życiu pierwszych chrześcijan - sprawą rzekomo pokrzywdzonych wdów helleńskich w Jerozolimie zajęło się specjalnie do tego celu powołane kolegium Siedmiu, Piotra w Antiochii upominał po bratersku Paweł, po czym został zwołany do Jerozolimy pierwszy jakby Sobór powszechny - to jednak dwa pierwotne ośrodki chrześcijańskie, jeden w Jerozolimie a drugi w Antiochii Syryjskiej posiadały własne, nieco odmienne oblicza. Oczywiście nie ma jednak podstaw, by w pierwotnym chrześcijaństwie dopatrywać się dwu prawie odrębnych religii, z których jedną próbowało się czasem nazywać petrynizmem, jako że jej przywódcą - i tylko tej części - miał być Piotr a drugą paulinizmem, gdyż jej głową, niezależnie od Piotra, miał być Paweł.

Na całkiem innym tle doszło z czasem do podziału jednej gminy założonej przez Pawła. Chodzi o gminę koryncką. Oddajmy w tej sprawie głos znów samemu Pawłowi:

"Upominam was Bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni i by nie było wśród was rozłamów, byście byli jednego ducha i jednej myśli. Doniesiono mi bowiem o was, bracia moi, przez ludzi Chloe, że zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z wad mówi: Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa" (1 Kor 1, 10-12).

Powód powstania tych ugrupowań, przynajmniej w odniesieniu do zwolenników Pawła i Apollosa, jest dość oczywisty: tzw. Pauliniści - chrześcijanie korynccy ochrzczeni osobiście przez Pawła, zaś apolloniści legitymowali się tym, że byli ochrzczeni przez Apollosa. Choć z drugiej strony Paweł oświadcza bardzo stanowczo, że ochrzcił tylko Kryspusa i Gajusa (1 Kor 1, 14). Zwolennicy Kefasa natomiast chyba nie mogli się powoływać na to, że zostali ochrzczeni przez Piotra, bo wydaje się mało prawdopodobne, by Piotr kiedykolwiek był, zwłaszcza przez dłuższy czas w Koryncie. Chyba, że chodziłoby o jakichś imigrantów z Jerozolimy, ochrzczonych tam przez Piotra. Nie bardzo ostatecznie wiadomo, co było powodem bolesnego podziału gminy korynckiej. Być może talenty retoryczne nauczających, dar przekonywania, co wydaje się być wysoce prawdopodobne w odniesieniu szczególnie do Apollosa.

Epoka pierwszych wielkich soborów - to także czas sporów doktrynalnych, a niekiedy bolesnych podziałów powodowanych przede wszystkim mozolnym poszukiwaniem właściwej terminologii oraz definicji teologicznych. Na tym tle dochodziło do powstania takich herezji jak ebionityzm, manicheizm, arianizm, nestorianizm, monofizytyzm itp.

Równocześnie dają o sobie znać interesy tych, co sprawowali władzę. Cesarze, królowie, dwory panujących włączają się w spory religijne, używając do tego całego arsenału środków określonych ogólnie mianem "brachium seculare". Kościół nie zawsze był w stanie - a czasem może i niezbyt skutecznie chciał - wyzwolić się spod wpływu możnych tego świata.

To właśnie w takich warunkach doszło do dwu najbardziej groźnych w skutkach podziałów: do schizmy wschodniej oraz do powstania protestantyzmu w najróżniejszych jego odmianach. W obliczu niebezpieczeństw - czasem rzeczywistych, niekiedy błędnie tylko przewidywanych - Kościół przyjmował postawę może nazbyt defensywną - apologetyczną, co utrudniało, rzecz jasna, prowadzenie dialogu i wspólnego poszukiwania drogi do jedności.

To właśnie mając na uwadze Ojciec św pisze we wspomnianym już Liście.

"W tysiącleciu dobiegającym końca, jeszcze bardziej aniżeli w pierwszym millenium, wspólnota Kościoła często bez winy ludzi z jednej i drugiej strony doświadczała bólu podziałów, które są zdecydowanie przeciwne woli Chrystusa i stanowią dla świata okazję do zgorszenia. Nadal, niestety, odczuwamy brzemię tych grzechów przeszłości, które przetrwały do dziś jako wciąż aktualne pokusy. Trzeba koniecznie naprawić ich skutki, prosząc usilnie Chrystusa o przebaczenie" (pkt 34).

Kościół polski w swej już ponad tysiącletniej historii odczuł też boleśnie po dziś trwające skutki z jednej strony wielkiej schizmy wschodniej, a z drugiej wystąpień M. Lutra.

Tło tych podziałów skomplikowało się i przybrało jeszcze groźniejszy charakter między innymi dlatego, że prawosławie zwykło się u nas identyfikować z ciągle zagrażającym naszej suwerenności narodowopolitycznej sąsiadom wschodnim, zaś protestantyzm utożsamia się ze wszystkim, co germańskie a więc znów od wieków nam nieżyczliwe. Jakikolwiek dialog religijny uniemożliwiała długi czas obowiązująca w Polsce formuła, bardziej może polityczna niż wyznaniowa: "Cuius regio eius religio". Jeśli nawet chlubimy się niewątpliwie słusznym stwierdzeniem, że Polska była nie raz na przestrzeni wieków rajem dla "heretyków" w ogóle lub Żydów "paradisus judeorum hereticorum" w szczególności, nie znaczy to wcale podziałów i religijno-narodowych niechęci.

Dla pełności obrazu wypada wspomnieć o mariawitach i kościele narodowym czyli o dwu specyficznych odłamach Kościoła Rzymsko-Katolickiego w Polsce. Nawet katoliccy historycy tych odłamów wyrażają niekiedy pogląd - choć jest to już trochę "gdybanie" - że przy nieco bardziej elastycznej postawie odpowiednich władz Kościoła katolickiego w Polsce, może nie doszłoby do tych podziałów.

Dodajmy też - ku niejakiemu usprawiedliwieniu obydwu stron podziału - że w okresach różnych politycznych okupacji stan rozdarcia bywał przez władze nie tylko aprobowany lecz także wykorzystywany na szkodę wszystkich autentycznie zatroskanych o dobro Polski jako wspólnej Ojczyzny.

2. "Obrona prawdy przy użyciu metod nacechowanych nietolerancją a nawet przemocą"

Zaraz po grzechach przeciwko jedności chrześcijańskiej" wypowiada Ojciec św. Takie to zdanie:

"Innym bolesnym zjawiskiem, nad którym synowie Kościoła muszą się pochylić z sercem pełnym skruchy, jest przyzwolenie - okazywane zwłaszcza w niektórych stuleciach - na stosowanie o obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą" (pkt 35).

Te "metody nacechowane nietolerancją" kojarzą się najprzód, chronologicznie rzecz ujmując, ze zwalczaniem zwolenników Pryscyliusza, który głosił chrześcijaństwo nazbyt ascetyczne, pełnie nieustannych umartwień i smutku, widocznego nawet na twarzach zwykłych ludzi i w ich codziennym życiu. Otóż wszystkich smutnych nieco wychudłych ludzi podejrzewano o pryscylianizm i albo eliminowano z Kościoła albo próbowano nawracać w sposób nas dziś napawający prawdziwym smutkiem i szczerą skruchą w imieniu tak nawracających.

Ojciec św. W swym liście nie cytuje żadnych nazwisk, ale nawiązuje do konkretnych faktów, ale gdy mówi o "metodach nacechowanych nietolerancją a nawet przemocą", to prawie z pewnością nawiązuje w pierwszym rzędzie do wypraw krzyżowych i do inkwizycji. W celu usprawiedliwienia tych bolesnych fragmentów historii chrześcijaństwa mówi się zazwyczaj to co Ojciec św. Przypomina w następujących słowach:

"To prawda, że aby prawidłowo ocenić przyszłość, trzeba wziąć pod uwagę kontekst kulturowy danej epoki jako że pod jego wpływem wielu mogło w dobrej wierze sądzić, ich autentyczne świadectwo wymaga zagłuszenia innych opinii, a przynajmniej wykluczenia ich z dyskusji. Często wiele różnych czynników współdziałało w kształtowaniu przesłanek nietolerancji, którym w pewnej mierze nie ulegli tylko ludzie wielkiego ducha, naprawdę wolni i pełni Boga" (pkt 35).

Ale jak Ojciec św. Jest w pełni świadom niewystarczalności tego usprawiedliwienia, zwłaszcza gdy ma się na uwadze sposób myślenia dzisiejszego człowieka. Dlatego zaraz dodaje:

"Jednakże te okoliczności łagodzące nie zwalniają Kościoła od obowiązku wyrażenia głębokiego ubolewania z powodu słabości licznych swoich synów, którzy zniekształcili jego oblicze i nie pozwolili mu być doskonałym odzwierciedleniem wizerunku jego ukrzyżowanego Pana, niezrównanego świadka cierpliwej miłości i pokornej łagodności. Te bolesne doświadczenia przeszłości stają się lekcją na przyszłość, która winna skłonić każdego chrześcijanina do ścisłego przestrzegania złotej zasady, sformułowanej przez Sobór. Prawda nie inaczej się narzuca, jak tylko siłą samej prawdy, która wnika w umysły jednocześnie łagodnie i silnie" (tamże).

Wydaje się, prócz wspomnianych już wypraw krzyżowych oraz działań inkwizycji należałoby tu wymienić także pewne nieprawidłowości w postępowaniu misjonarzy katolickich. Pojęcie "inkulturacji" czyli poszanowania miejscowych wartości kulturowych w krajach nowo-ewangelizacyjnych pojawia się dopiero po Soborze Wat. II.

Z tym wszystkim kojarzą się również niechlubne dla kościoła sprawy: Galileusza, Giordano Bruno czy Savonaroli - żeby wymienić tylko przypadki najważniejsze. Niestety chrześcijanie, a czasem także katolicy dawali również wyrazy swojej niechęci rasowej, bywali zwolennikami apartheidu, sympatyzowali z antysemitami.

3. "Nierówności społeczne"

Ojciec św. Pyta także w swym Liście:

"Czy nie powinniśmy ubolewać, patrząc na ciemne strony współczesności, nad współodpowiedzialnością licznych chrześcijan, za przejawy głębokiej niesprawiedliwości i nierówności społecznej?" (pkt 36).

Choć w pytaniu Ojca św. Mowa jest tylko o ciemnych stronach współczesności, należałoby chyba tu nawiązać do działalności kolonizatorskiej prowadzonej przez państwa, legitymujące się przynależeniem do Kościoła, o czym z goryczą mówią po dzień dzisiejszy mieszkańcy Ameryki Południowej, ci zwłaszcza, którzy czują się potomkami tamtejszej ludności tubylczej.

Do dnia dzisiejszego istnieją kraje, w których znaczny procent ziemi - zwłaszcza uprawnej ziemi - ogromne latyfundia znajdujące się w posiadaniu niewielkiej grupy ludzi podczas gdy pozostałe masy ubogich mieszkańców kraju przymierają głodem, marząc lata całe o takim przynajmniej kawałku ziemi, któryby wystarczał na utrzymanie własnej rodziny. Dzieje się tak, o zgrozo, w krajach którymi zarządzają ludzie wierzący a niekiedy katolicy. Zapewne mając na uwadze tę kategorię wyznawców Chrystusa, Ojciec św. Pisze:

"Wypadałoby zapytać, jak wielu z nich naprawdę zna i konsekwentnie realizuje wskazania nauki społecznej Kościoła (pkt 36).

Mamy tu do czynienia z ważnym rozróżnieniem: są wśród katolików tacy, którzy nie troszczą się o poznanie nauki społecznej Kościoła i wskutek tego jej nie realizują, ale są też i tacy, którzy tę naukę znają lecz dla osiągnięcia większych korzyści osobistych nie prowadzają jej w życie. Zauważmy, że świadome zaniedbywanie troski o zapoznanie się z nauką Kościoła jest również naganne, jest po prostu jednym z siedmiu grzechów głównych. Ojciec św. Mówi, że ten konkretny brak rozeznania, przeradza się czasem w formalne "przyzwolenie" (tamże).

I żeby jeszcze pozostać w nie tak bardzo odległej przeszłości: przecież dopiero niedawno w niektórych krajach wysoce cywilizowanych ustanowiono prawo znoszące niewolnictwo. Można mieć chyba uzasadnione wątpliwości, czy katolicy dostatecznie głośno protestowali przeciwko utrzymującym się jeszcze w minionym stuleciu haniebnemu handlowi niewolnikami.

W iluż także oficjalnie katolickich krajach sprzedaje się broń narodom uwikłanym w bratobójcze, domowe wojny? W ilu patrzy się przez palce na handel narkotykami, wyniszczającymi przede wszystkim młodzież i najbiedniejsze kategorie ludzi?

W wielu chrześcijańskich krajach nadal są - zwłaszcza w pracy zawodowej _ dyskryminowane kobiety, a w jednym z państw europejskich dopiero niedawno przyznano kobietom prawo do głosowania.

Nadal także chrześcijańscy pracodawcy zatrudniają w swych fabrykach dzieci, nie troszcząc się jak należy o bezpieczeństwo i higienę pracy, często dopuszczając się różnych nieuczciwości w uiszczaniu składek ubezpieczeniowych.

Oddzielny problem stanowi łamanie praw ludzkich w więzieniach, domach poprawczych i różnych miejscach społecznego odosobnienia. Jeśli chrześcijanie nawet nie mają bezpośredniego wpływu na zmianę takiego stanu rzeczy, to z pewnością są również odpowiedzialni za nie zdobywanie się na odpowiednie protesty i stwarzanie opinii publicznej, zgodnej ze społeczną nauką Kościoła, a nawet po prostu z Prawem Bożym.

4. "Obojętność religijna"

Ojciec św. Pyta nas wszystkich, ludzi wierzących:

"Czy można na przykład przemilczeć zjawisko obojętności religijnej, która sprawia, że wielu współczesnych ludzi żyje tak, jak gdyby Bóg nie istniał, albo zadawała się z mglistą religijnością nie zdolną sprostać problemowi prawdy ani obowiązkowi zachowania spójności między życiem i wiarą" (pkt 36).

Pytanie to kojarzy się z opublikowanymi niedawno drwinami pewnego ateisty, który również pytał: "Po co ci ludzie się chrzczą, skoro nie chodzą później do Kościoła, poprzestają na jedynie cywilnych związkach małżeńskich, spowiadają się jedynie przy okazji pierwszej komunii św. I na łożu śmierci? Te pytania nie są, niestety, bezzasadne. Nawet w naszym, tradycyjnie katolickim kraju, zamieszkałym przez ludzi przeważnie ochrzczonych, ilość związków małżeńskich niesakramentalnych w dużych aglomeracjach miejskich dochodzi do pięćdziesięciu procent, a co niedzielne praktyki religijne w tychże dużych miastach rzadko przekraczają trzydzieści pięć procent. Ciągle jeszcze, nawet wśród gorliwiej praktykujących, stopień uświadomienia religijnego albo intelektualnej podbudowy wiary pozostawia wiele do życzenia. To wszystko określa się mianem właśnie oziębłości religijnej. Po katolikach tego pokroju trudno się spodziewać znajomości Biblii, dokumentów Kościoła, obeznania nawet elementarnego z publicystyką, sztuką czy innymi rodzajami twórczości religijnej. Rodzice chrześcijańscy, poddający się takiemu stylowi życia, nie są specjalnie zainteresowani postępami w edukacji religijnej ich dzieci; nie troszczą się o chrześcijańską atmosferę w ich domu z pacierzem porannym i wieczornym oraz wspólną modlitwą przed i po jedzeniu; nie zależy im na tym, czy w programie weekendów spędzonych poza miastem znalazła się także niedzielna Msza święta. Ojciec św. Używa jeszcze innych słów na określenie takiego stanu rzeczy. Tak pisze:

"Synowie Kościoła muszą również zdać sobie pytanie: w jakiej mierze i ono ulegli atmosferze sekularyzmu i relatywizmu etycznego" (pkt 36).

Wszystko to zaś bierze się z

"powszechnej utraty poczucia transcendentnego sensu ludzkiej egzystencji oraz zagubienia na polu etyki, obejmującej nawet fundamentalne wartości, jak szacunek dla życia i dla rodziny" (tamże).

W końcowym fragmencie tej ostatniej wypowiedzi chodzi już nie tylko o religijną obojętność. Zagubienie poczucia wartości fundamentalnych, brak szacunku dla życia i dla rodziny to już niekiedy formalne przestępstwa, będące owocami religijnego zobojętnienia.

Jeszcze jedno, nieczęsto zgłaszane spostrzeżenie. Za stan nie tyle może formalnej obojętności religijnej, co raczej pewnego relatywizmu w sprawach wiary odpowiedzialność ponoszą także teologowie katoliccy. Ojciec św. Stwierdza:

"Wiara, i tak już wystawiona na próbę przez konfrontację z naszą epoką, zostaje czasem wyprowadzona na manowce przez błędne kierunki teologiczne, które szerzą się między innymi na skutek kryzysu posłuszeństwa wobec Urzędu Nauczycielskiego Kościoła" (tamże).

W tym bardzo ogólnie sformułowanym spostrzeżeniu można się dopatrzyć aluzji do posoborowych wypowiedzi niektórych teologów zachodnich na temat Eucharystii, a zwłaszcza natury przeistoczenia we Mszy św., problem istnienia szatana, tajemnicy zmartwychwstania Chrystusa, stosunku kapłaństwa hierarchicznego do powszechnego kapłaństwa wiernych, celibatu kleru, święceń kapłańskich dla niewiast, charyzmatu oraz instytucji w Kościele, stosowaniu psychoanalizy przy interpretacji Pisma św., teologii wyzwolenia itp.

5. "Życie Synów Kościoła jako antyświadectwo i źródło zgorszenia"

Wszystkie - nie bez bólu czynione - spostrzeżenia nad słabością synów Kościoła Ojciec święty streszcza w tej oto nie mniej smutnej charakterystyce chrześcijaństwa z końca drugiego tysiąclecia:

"Jest rzeczą słuszną, aby Kościół w sposób bardziej świadomy wziął na siebie ciężar grzechu swoich synów, pamiętając o wszystkich tych sytuacjach z przeszłości, w których oddalili się oni od ducha Chrystusa i od Jego Ewangelii zamiast dać świadectwo życia inspirowanego wartościami wiary ukazali światu przykłady myślenia i działania, będące w istocie źródłem antyświadectwa i zgorszenia" (pkt 33).

Dwie myśli w tej charakterystyce zasługują na szczególną uwagę: 1. Że oddaliliśmy się od ducha Chrystusa i od Jego Ewangelii, 2. Że nasze życie stało się źródłem antyświadectwa i zgorszenia. Jedno i drugie razem wzięte jest zaprzeczeniem świadectwa życia inspirowanego wartościami wiary.

Pierwszym, znanym jeszcze z ewangelii antyświadectwem i źródłem zgorszenia było zachowanie się kapłana i lewity z przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Przykładów jest zresztą więcej. Na podobną ocenę zasługuje niemiłosierny dłużnik, bogacz nieczuły na nędzę i cierpienia Łazarza, no i przede wszystkim Judasz, sprzedający swego Mistrza i Pana za trzydzieści srebrników.

Antyświadectwem jest życie ludzi rzekomo wierzących lecz nie praktykujących, owych chrześcijan tylko teoretycznych, prawie nie wyznających swojej wiary uczynkami codziennego życia.

Antyświadectwem jest postawa parlamentarzysty, który nie ma odwagi głosować za obroną życia dzieci nienarodzonych i za respektowaniem wartości chrześcijańskich w środkach masowego przekazu.

Antyświadectwem jest zachowanie się dyrektora fabryki, przydzielającego sobie samemu nagrody albo przyznającego je tylko swoim najbliższym.

Antyświadectwem jest udowodnienie politykowi z ugrupowania demokratów chrześcijańskich przyjmowania łapówek i uczestniczenia w grach, wyraźnie zakazanych przez prawo.

Antyświadectwem i powodem zgorszenia jest rozmijanie się kapłana katolickiego z naturą jego bezinteresownej służby ludowi Bożemu.

Antyświadectwem jest zachowanie się katolika, który, dlatego tylko, że jest obok niego ktoś niewierzący, nie ma odwagi zdjąć nakrycia głowy przez krzyżem, przeżegnać się przed posiłkiem, powstrzymać się przed spożywaniem mięsa w piątek i w ogóle przyznać się do tego, że jest człowiekiem wierzącym.

Antyświadectwem jest życie katolickiej rodziny znanej z kłótni, gniewów długotrwałych, sporów nawet sądowych i bójek.

Żywym antyświadectwem jest katolik pijany, używający narkotyków, oddający się grom hazardowym itp.

Kiedyś pewien znany agnostyk powiedział, że jemu wolno wszystko. Nikt się nim nie gorszy, bo wszyscy wiedzą, że on w nic nie wierzy. Ale on sam się gorszy, gdy tak jak on pozwalają sobie żyć ludzie wierzący. Jego to gorszy. Trudni nie przyznać mu choć częściowej racji.

6. Rachunek sumienia z wprowadzenia w życie uchwał soborowych

W roku 1995 mija 30 lat od czasu otwarcia drugie Soboru Watykańskiego. Trzy dekady - to okres wystarczająco długi, żeby można było dokonać tych przeobrażeń, z których ojcowie soborowi domagali się dla Kościoła - Ojciec św. Każe nam zastanowić się w naszym jubileuszowym rachunku sumienia:

"W jakiej mierze słowo Boże stało się w pełniejszy sposób duszą teologii i natchnieniem całego chrześcijańskiego życia, jak tego żądała Konstytucja Dei verbum? Czy liturgia jest przeżywana jako "źródło i szczyt" życia Kościoła, zgodnie z nauczaniem Konstytucji Sacrosanctum Concilium? Czy w Kościele powszechnym i w Kościołach partykularnych umacnia się eklezjologia komunii, sformułowana w konstytucji Lumen gentium, stwarzająca przestrzeń dla charyzmatów, posług różnych form uczestnictwa Ludu Bożego, ale nie ulegająca demokratyzmowi ani socjologizmowi, które nie odzwierciedlają katolickiej wizji Kościoła i autentycznego ducha Vaticanum II? Żywotne znaczenie ma też pytanie, które należy zadać o styl relacji między Kościołem a światem. Zalecenia Soboru zawarte w Konstytucji Gaudium et spes i w innych dokumentach, dotyczące dialogu otwartego, opartego na wzajemnym szacunku i życzliwości, któremu wszakże ma towarzyszyć staranne rozeznanie i odważne świadectwo o prawdzie, pozostają w mocy i wzywają nas do dalszych wysiłków" (pkt 36).

Trzeba przyznać, nie bez pewnego smutku, że Słowo Boże nadal, jeszcze nie jest, zwłaszcza u nas w Polsce duszą teologii oraz natchnieniem dla całego chrześcijańskiego życia. Nadal nie mamy wspólnego ekumenicznego przekładu Pisma św., ciągle jeszcze nie ma w naszych szkołach tzw. Biblii szkolnej, której posiadaniem i to w postaci dostosowanej do różnych poziomów nauczania, może się poszczycić wiele krajów Europy Zachodniej. Z trudem rodzi się dopiero, ale jeszcze ciągle nie funkcjonuje ogólnopolski ośrodek apostolatu biblijnego. Nie ma u nas wspólnych ekumenicznych niedzieli biblijnych. Biblia ciągle jeszcze nie przenika w stopniu należytym jako materiał do naszych twórców. Mało jest u nas znana tak bardzo już rozpowszechniona na Zachodzie "lectio divina" albo ciesząca się dziś wielkim powodzeniem, zwłaszcza we Francji, rodzima lektura Biblii. Za mało biblijne jest nasze kaznodziejstwo, duszpasterstwo akademickie, spotkania młodzieżowe itp.

Wszelkie próby ożywienia w duchu biblijnym zarówno naszej teologii jak i codziennego życia były zazwyczaj wiązane z duszpastersko-ascetycznymi inicjatywami głębszego, bardziej świadomego przeżywania liturgii. Otóż i na tym odcinku jest jeszcze, zwłaszcza u nas, niemało do zrobienia. Dla przeciętnego chrześcijanina liturgia z pewnością nie jest jeszcze "źródłem i szczytem" codziennego życia. Możnaby nawet powiedzieć, że nasz polski apostolat liturgiczny pozostaje dość daleko w tyle za odczuwanym już jednak pewnym ożywieniem biblijnym. Liturgia jest trudniejsza niż Biblia do codziennego jej zaadaptowania, bo stanowi jakby wyższy stopień wtajemniczenia chrześcijańskiego.

Ale chyba najskromniej - a czasem wręcz opacznie - zostały wykorzystane szanse jakie stwarzała Konstytucja "Gaudium et spes". To właśnie w związku z niewłaściwą interpretacją tego dokumentu doszło do pojawienia się tu i ówdzie, wyraźnie napiętnowanych przez Ojca św., błędów demokratyzmu i socjologizmu. Dotyczy to zwłaszcza sposobu sprawowania władzy w Kościele oraz określania stosunku kapłaństwa hierarchicznego do powszechnego kapłaństwa wszystkich wiernych.

7. Dotychczasowe próby zbliżenia do braci i naprawy błędów

Aczkolwiek List Ojca św. Będzie stanowił niewątpliwy przełom w dotychczasowym spojrzeniu Kościoła na jego własną przeszłość, to wiadomo, że nie jest to pierwsza podejmowana przez Kościół Katolicki, próba zbliżenia się do innych chrześcijan oraz wyznawców innych, niechrześcijańskich religii. Już miały miejsce krytyczne spojrzenia na słabości zaniedbania Synów Kościoła. Kościół nie raz już dawał wyraz autentycznej gotowości naprawy grzechów i słabości swoich synów.

Trzeba tu wymienić przede wszystkim Sobór Wat. II, zwołany przez Jana XXIII, zwanego nie bez powodu, Papieżem Dobroci. To temu Soborowi zawdzięczamy Dekret o ekumenizmie, który zaczyna się od słów:

"Jednym z zasadniczych zamierzeń Drugiego Watykańskiego Świętego Soboru Powszechnego jest wzmożenie wysiłków dla przywrócenia jedności wśród wszystkich chrześcijan"

Nieco dalej zaś znajduje się wyznanie:

"Mimo, że Kościół katolicki ubogacony został wszelką prawdą objawioną przez Boga i wszelkimi środkami łaski, to jednak jego członkowie nie żyją pełni gorliwości w oparciu o nie, jakby to należało, tak że oblicze Kościoła za mało świeci braciom od nas odłączonym i całemu światu, a wzrost Królestwa Bożego ulega opóźnieniu" (pkt 4).

I wreszcie:

"Również i do wykroczeń przeciw jedności odnosi się świadectwo św. Jana. Jeślibyśmy powiedzieli, żeśmy nie zgrzeszyli, kłamcą Go uczynimy i nie masz w nas słowa Jego (1 J, 10). Z pokorną więc prośbą zwracamy się do Boga i do odłączonych braci w wybaczenie, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom" (pkt 7).

O potrzebie zajęcia nowej postawy wobec mahometan inny dokument soborowy mówi: "Jeżeli w ciągu wieków powstało wiele sporów i wrogości między chrześcijanami a mahometanami, święty Sobór wzywa wszystkich, aby wymazując z pamięci przeszłość szczerze pracowali nad zrozumieniem wzajemnym" (Deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich, pkt 3).

I nieco dalej w związku z judaizmem:

"Kościół, który potępia wszelkie prześladowania... pomnąc na wspólne z Żydami dziedzictwo, opłakuje - nie z pobudek politycznych, ale pod wpływem religijnej miłości ewangelicznej akty nienawiści, prześladowania, przejawy antysemityzmu, która kiedykolwiek i przez kogokolwiek kierowane były przeciw Żydom" (tamże, pkt 4).

Swoisty rachunek sumienia z pojmowania własnej tożsamości Kościoła i jego posłannictwa stanowią przynajmniej niektóre fragmenty takich dokumentów soborowych jak dwie konstytucje o Kościele, a także dekrety: O pasterskich zadaniach biskupów oraz o formacji kapłańskiej i deklaracje: o wychowaniu chrześcijańskim i o wolności religijnej.

Misjonarzom katolickim Sobór nakazuje:

"Jako dobrzy obywatele niech pielęgnują prawdziwą i czynną miłość ojczyzny: niech jednak unikają wszelkiej pogardy dla innej rasy oraz jątrzącego nacjonalizmu, a popierają miłość względem wszystkich ludzi" (Dekret o działalności misyjnej Kościoła, pkt 15).

Po zakończeniu Soboru ukazało się mnóstwo dokumentów, zawierających również wiele akcentów samokrytycznych. W podobnym duchu były utrzymywane różne przemówienia okolicznościowe Ojca św. Jana Pawła II, a nade wszystko temu samemu celowi powszechnego pojednania służyły i służą nadal rozliczne wizyty i spotkania Papieża z przedstawicielami różnych religii i wyznań chrześcijańskich.

Kościół w Polsce może się poszczycić tym, że jako jeden z pierwszych zdobył się na gest wyciągnięcia ręki do tych, od których wiele wycierpiał. Nie tylko wypowiedział w imieniu całego narodu wspaniałomyślne trudne "przepraszamy", lecz także z całą prawdziwą odwagą poprosił o wybaczenie. Biskupi Polscy mówili do biskupów niemieckich:

"W tym najbardziej chrześcijańskim, ale i bardzo ludzkim duchu wyciągamy do Was, siedzących tu, na ławach kończącego się Soboru, nasze ręce oraz udzielamy wybaczenia i prosimy o nie. A jeśli Wy, Niemieccy Biskupi i Ojcowie Soborowi, po bratersku wyciągnięte ręce ujmiecie, to wtedy dopiero będziemy mogli ze spokojnym sumieniem obchodzić nasze Millenium w sposób najbardziej chrześcijański".

Słowa te wzruszają po dzień dzisiejszy. Naprawdę jest coś pięknego w każdym akcie prawdziwego przebaczenia.

* * *

Nie ma wątpliwości, iż całe to, tak bardzo nam doradzane przez Ojca św. Przebaczenie, połączone z pokorną prośbą o przebaczenie, jest inspirowane ostatecznie słowami modlitwy, której nas nauczył sam Jezus Chrystus:

"Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom".

Nie mamy co liczyć na przebaczenie u Boga jeśli my nie przebaczymy naszym bliźnim. Wielka akcja przebaczania prowadzona przez cały Kościół w imieniu - jak Ojciec św. Mówi - jego synów dokona się rzeczywiście i wyda pożądane owoce dopiero wtedy, kiedy poszczególni ludzie w swoim najbliższym otoczeniu zechcą się przyznać do swoich słabości i wzajemnie je sobie przebaczyć.

 

Artykuł jest fragmentem publikacji "Wydawnictwa m" - Komentarz do codziennego pacierza
Spis treści - Komentarz do codziennego pacierza


Copyright © by Wydawnictwo "m"

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Europa modlitwa ekumenizm jedność ojcze nasz zgorszenie tysiąclecie koniec wieku Sobór Watykański II Jezus Chrystus millenium Dei Verbum Modlitwa Pańska nierówność obojętność religijna Sacrosanctum Concilium