My w ponowoczesności

Cotygodniowy felieton z Gościa Niedzielnego (2/2001)

Raz po raz spotykamy się z nazwą "kultura postmodernistyczna", względnie - co na to samo wychodzi - "ponowoczesna". Nazwy te mają zwięźle i syntetycznie charakteryzować współczesną kulturę. Pojawiają się zwłaszcza w kontekście rozważań o przyszłości, zatroskania o to, "co dalej", pytań, "do czego to wszystko prowadzi". Niedwuznacznie pobrzmiewa w tych nazwach lęk, a także poczucie nieporadności: "jak się tu ustawić?". Nieporadność tkwi już w samej nazwie. Bo skoro speriodyzowaliśmy dzieje naszej kultury na starożytność, średniowiecze i nowożytność, a teraz jesteśmy - jak się nam wydaje - świadkami nowości gruntownie zmieniających nasze życie, to nie ma innego wyjścia, jak nazwać ten kolejny odcinek historii świata ponowoczesnością. Co do tego, że zmiany sięgają głęboko i mają charakter cywilizacyjny, trudno byłoby mieć wątpliwości. Sama nazwa "ponowoczesność" sugerowałaby, że skończyła się epoka nowoczesna, a nastała nowa. Nie brak myślicieli tak właśnie postrzegających naszą sytuację. Jeszcze w latach dwudziestych Oswald Spengler opublikował dzieło "Upadek Zachodu", w latach sześćdziesiątych Romano Guardini mówił o końcu czasów nowożytnych, a przed kilku laty amerykański filozof, Francis Fukuyama, obwieścił koniec historii. Koniec historii to na pewno nie. Ludzkość przeżyła już wiele takich zapowiadanych końców. Kiedy w 1874 r. osiemnastoletni Max Planck wybierał się na studia, znany fizyk monachijski, Philipp v. Jolly, odradzał mu zapisanie się na fizykę, bo - twierdził profesor - w tej dziedzinie prawie wszystko już zbadano i z powodu kilku tylko jeszcze luk nie warto marnować talentu dla tak wyeksploatowanej dziedziny nauki. Na szczęście młody Planck nie posłuchał, a kiedy piszę ten felieton (14.12.2000) mija równo sto lat od jego berlińskiego wykładu, który uchodzi za moment narodzin fizyki kwantowej i który zapoczątkował radykalną zmianę fizykalnego obrazu świata. Wtedy jednak sam Planck nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy. Wciąż bowiem panowało przekonanie, że dzięki osiągniętemu stanowi wiedzy wiemy już prawie wszystko o świecie i potrafimy nim pokierować. Stawiano wprawdzie pytania o przyszłość, jak słynny ekonomista i socjolog Max Weber, gdy we fryburskim wykładzie inauguracyjnym w 1895 r. pytał: Gdzie stoimy dziś i jak to ma iść dalej? W pytaniu "jak to ma iść dalej" chodziło Weberowi jedynie o pozycję gospodarki niemieckiej, a nie o to, "co dalej ze światem". Takie pytania są nadal ważkie (a nas powinny dręczyć szczególnie). Dziś jednak stawia się je nie w świecie statycznym, dobrze urządzonym, lecz w świecie, o którym wiemy, że się zmienia w sposób dotąd niespotykany, chociażby ze względu na nakładanie się wielu zmian równocześnie. Gdy Weber i Planck głosili wspomniane wykłady, byli przekonani, że tkwią w samym sercu nowoczesności. Nie przeczuwali, że za sto lat będzie już "po". Tak naprawdę nie wiemy, na czym to "po" polega. Nie wiemy nawet, czy czasy ponowoczesne będą kontynuacją dotychczasowych, czy też będą "zupełnie inne". Chyba dlatego poświęca się tyle rozważań i dyskusji właśnie naszym czasom, w odróżnieniu od sytuacji sprzed stu lat. Spośród wielu objawów chciałbym zwrócić uwagę na jeden. Słowa "kultura" używa się dziś często w liczbie mnogiej: "kultury". I to nie tylko wedle zróżnicowania geograficznego, lecz także w charakterystykach naszego społeczeństwa (słynne "subkultury"). A to znaczy, że każdy z nas staje wobec problemu własnej tożsamości kulturowej. Co znaczy też, że profil ponowoczesności zależy również od naszych zachowań.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama