Walentynki i Środa Popielcowa. Prawdziwa miłość wymaga wyrzeczeń

Młodzi mówią buńczucznie, że nie potrzeba im „papierka”, czyli ślubu, by mieszkać razem. Ale tak naprawdę w ten sposób demonstrują nie tyle wolność od konwenansów, co raczej strach przed prawdziwą miłością, która musi iść w parze z odpowiedzialnością i ofiarą – pisze felietonista Opoki o. Dariusz Kowalczyk SJ.

Nie to żebym kiedykolwiek obchodził tzw. walentynki. Choć święty Walenty, biskup, męczennik, to zacny patron zakochanych i cierpiących na choroby psychiczne. Jednak 14 lutego obchodzę Cyryla i Metodego, apostołów Słowian, patronów Europy. W tym jednak roku tak się składa, że tego dnia przypada także Środa Popielcowa. Z jednej strony skomercjalizowane święto zakochanych, a z drugiej wezwanie do ścisłego postu, modlitwy oraz wymowny ryt posypania głów popiołem.

Pochylając głowę na posypanie popiołem słyszymy słowa: „Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz” albo „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Pewien duchowny stwierdził, że jak widzi młodego człowieka, a w szczególności piękną kobietę, to raczej wybiera tę pierwszą formułę o obróceniu się w popiół. Przypomina się tutaj pewien sonet Williama Shakespeare’a: „Zwierciadło powie, jak twa piękność mija, / Zegar – jak cenne minuty marnujesz, […] / Ze zmarszczek, które zwierciadło ukaże, / Grobów otwarte wspomnienie się rodzi”. Czyli po prostu „Jak ten czas leci!”.

W Środę Popielcową kościoły w wielu krajach się wypełniają. To swoisty fenomen. Przecież bycie tego dnia w kościele nie jest dla katolika obowiązkowe. Tymczasem wielu ludzi chce przed pracą, czy po pracy wpaść do świątyni, by kapłan posypał im głowę popiołem. Co takiego jest w tym prostym rycie, że ludzi przyciąga? Wszak przypominanie przemijalności ludzkiego życia nie wydaje się być przyjemne. A jednak paradoksalnie wskazuje ono na niepowtarzalną godność ludzkiego istnienia i otwiera na nadzieję przez duże „N”, to jest na życie po śmierci, które nie przemija. Niektórzy żartują sobie, że w Popielec jest tak dużo ludzi w kościołach, bo ryt posypania głów popiołem nie wymaga pójścia do spowiedzi, a poza tym nie trzeba uiszczać żadnej ofiary.

Powróćmy do faktu, że w tym roku Walentynki przypadają w Środę Popielcową. To dobra okazja, by przypomnieć sobie, że prawdziwa miłość wymaga niekiedy wyrzeczeń. Prawosławny teolog, Siergiej Bułgakow (zm. w 1944 r.) sformułował następujący aksjomat: „Nie ma miłości bez ofiary i uniżenia. Nie ma miłości bez radości i błogosławieństwa”. To prawda w odniesieniu nie tylko do człowieka, ale także do samego Boga. Bóg rodząc odwiecznie Syna, daje Mu wszystko, Boską naturę, ogałaca się, by zrobić miejsce dla Syna, który jest Jego radością. Natomiast Syn ze swej strony odwiecznie oddaje wszystko Ojcu, uniża się z miłości do Ojca, bo Jego radością jest być posłusznym, oddanym Ojcu. To wszystko dzieje się w Duchu Świętym, który nigdy nie wysuwa się na pierwszy plan, nie mówi „ja”, ale cały jest – by tak powiedzieć – w funkcji Ojca i Syna. Święty Augustyn powie, że Ojciec jest kochającym, Syn kochanym, a Duch jest ich miłością w osobie. Ryszard od św. Wiktora zaś mówi o kochającym, kochanym i trzecim, współ-kochanym przez pierwszego i drugiego.

Dlatego, że w Bogu odwiecznie jest uniżenie i błogosławieństwo miłości, mógł On uniżyć się z miłości do człowieka w swoim Wcieleniu, a potem w śmierci krzyżowej. Jednak po Męce nastąpiło radosne zmartwychwstanie. O uniżeniu i wywyższeniu Syna mówi nam słynny hymn z Listu do Filipian: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie […]. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię” (Flp 2,6-9). Cała ta dynamika uniżenia i wywyższenia dokonała się z miłości…

Dziś miłość często jest redukowana do emocjonalno-seksualnej przyjemności i to w wersji LGBTQplus. Niewiele tu miejsca na uniżenie i wyrzeczenie dla drugiego. Za to jest nieustanne szukanie siebie. Młodzi mówią buńczucznie, że nie potrzeba im „papierka”, czyli ślubu, by mieszkać razem. Ale tak naprawdę w ten sposób demonstrują nie tyle wolność od konwenansów, co raczej strach przed prawdziwą miłością, która musi iść w parze z odpowiedzialnością i ofiarą. Bo nie ma miłości bez ofiary, o czym przypomina nam „walentynkowy” Popielec.

« 1 »

reklama

reklama

reklama