Postmodernizm, który zdominował kulturę umysłową w ostatnich dekadach, zaczyna obumierać. Płynna rzeczywistość postmodernistyczna okazała się nie do zniesienia, a zawieszenie w bezsensie zaczęło budzić ogromny lęk egzystencjalny. Niestety nie oznacza to opamiętania, ale przejście z jednej skrajności w drugą – zauważa o. Jan Strumiłowski OCist.
Postmodernizm, czyli epoka, w której żyjemy, umiera na naszych oczach. Umiera bardzo gwałtownie. I nie oznacza to, że nowe czasy będą jego przezwyciężeniem lub że kultura i mentalność, która rodzi się na naszych oczach, będzie lepsza. W tej kwestii niestety Hegel głęboko się mylił. Chociaż następujące po sobie epoki rzeczywiście w pewnych kwestiach bywają opozycyjne, a w innych znamionuje je kontynuacja, to jednak nie istnieje żadne nieuchronne prawo dziejowe, które z konieczności sprawiałoby, że każda następna epoka będzie lepsza od poprzedniej.
Miłe złego początki, lecz koniec żałosny...
Postmodernizm to epoka, której powstanie datuje się na lata 50. i 60. Swoimi ideowymi korzeniami sięga ona jednak pierwszej połowy XX wieku, a szczególnie największych kryzysów globalnych, którymi były pierwsza i druga wojna światowa. Świat pogrążony w wojnie był silnym zapalnikiem i katalizatorem kwestionowania dawnych wielkich narracji, które stało się fundamentem postmodernizmu. Niektóre idee, które tworzyły grunt dla ponowoczesności, sięgają jeszcze dalej. Jedną z takich fundamentalnych idei był humanizm, który dał pożywkę głębokiemu indywidualizmowi ogarniającemu niemal wszystkie sfery życia. Ugruntowanie postmodernizmu i sformułowanie go jako świadomego programu filozoficznego przypada na końcówkę lat 70. Lata 90. zaś uważane są za apogeum epoki. Taka chronologia sprawia, że już od jakiegoś czasu socjologowie i filozofowie wskazują na rodzącą się nową epokę. Jednakże większość najważniejszych badaczy raczej upatruje zmiany albo w hiperbolicznym natężeniu zjawisk postmodernizmu – przez co proponowano dla współczesności takie określenia jak metamodernizm lub hipernowoczesność – albo na dodaniu do postmodernizmu nowszych zjawisk, jak przyspieszenie egzystencji, cyfryzacja, przeniesienie życia z rzeczywistości do sieci czy kult wolnego wyboru. Tymczasem obecnie dzieje się coś innego. Nie chodzi już tylko o zwiększenie natężenia pewnych zjawisk czy pojawienie się nowych, ale o gwałtowne kontestowanie i coraz szersze odrzucanie tego, co stanowiło fundament ponowoczesnego myślenia.
Nieufność wobec „wielkich narracji”
Dla nakreślenia tego pejzażu zmian warto przypomnieć i wyliczyć główne cechy postmodernizmu. A są nimi między innymi: nieufność wobec wielkich narracji. O tej cesze już wspomniałem. Zrodziła się ona z kryzysu wojen i totalitaryzmów. Logika była prosta: skoro stary świat ze swoimi wartościami i wielkimi narracjami doprowadził do tak potężnych wojen, to należy odrzucić te narracje i wartości. Skoro wielkie opowieści, które stanowiły uniwersalne systemy rozumienia świata, doprowadziły do takich katastrof, to nie warto im ufać. Zatem postmodernizm odrzucał wielkie narracje, jak na przykład (a może przede wszystkim) narrację chrześcijańską czy metafizyczną z niewzruszonymi i jasno określonymi wartościami jak prawda, dobro i piękno. Oczywiście nie w sposób zupełny. Nadal, jeśli ktoś chce, to może wierzyć. Ale wiara w te wartości jest uzasadniona już nie jako metanarracja, lecz jako prywatne wierzenie – o ile oczywiście dla kogoś jest ona subiektywnie przydatna i pomocna.
Zakwestionowanie metafizyki
W ślad za tą zasadą podąża następna, którą jest zakwestionowanie metafizyki. Skoro człowiek nie jest w stanie dotrzeć do samego źródła prawdy, skoro każde ludzkie poznanie jest fragmentaryczne, to może nie wynika to z faktu dysproporcji możliwości poznawczych ludzkiego rozumu i Prawdy pisanej wielką literą, ale może po prostu Prawdy absolutnej w ogóle nie ma. Istnieje co najwyżej konglomerat różnych, cząstkowych, subiektywnych i indywidualnych prawd. Zakwestionowanie metafizycznego modelu rzeczywistości rodzi zatem relatywizm poznawczy, który jest kolejną cechą ponowoczesności. Za nim podąża pluralizm wartości i przeświadczenie, że wszystkie prawdy, skoro są fragmentaryczne i mogą być co najwyżej indywidualnie użyteczne (bo pozwalają jednostkom lepiej żyć), to być może wszystkie mają taką samą wartość. A zatem nie warto trzymać się sztywno jednego systemu moralnego. Lepiej z globalnego rynku wartości wybierać sobie te, które najlepiej nam odpowiadają. Postmodernizm znamionuje w takim względzie pluralizm i eklektyzm norm. Postmodernistyczny człowiek potrafił zatem pomieścić w sobie różne, czasami skrajnie nieprzystające zasady, gdyż wszystkie okazywały się po prostu użyteczne. Takie podejście z kolei prowadziło do postrzegania rzeczywistości jako czegoś płynnego. Wszystko jest zmienne. Nic nie jest dane raz na zawsze. I oczywiście wszystkie te cechy dotykały, przenikały i kształtowały różne sfery życia, jak polityka, religia, aksjologia, ekonomia itp. Ostatnią cechą, którą warto tutaj wyróżnić, jest potrzeba wyjątkowości i odróżniania się. Najsilniejszym symptomem tej cechy było tzw. pokolenie płatków śniegu, w którym każdy mniemał o sobie jako o kimś wyjątkowym, innym, wyróżniającym się itp. Zresztą ta cecha akurat często przybierała karykaturalne formy. Często ludzie z silną potrzebą wyjątkowości wybierali cechy odróżniające ich od ogółu, jednak szeregujące ich w pewnych subkulturach, które mimowolnie prowadziły do ujednolicenia.
Kiedy spojrzymy na tę panoramę postmodernizmu, to coraz wyraźniejsze wydaje się odchodzenie niemal od wszystkich wyżej wskazanych cech. Oczywiście nie oznacza to, że nowa rzeczywistość jest radykalnym zaprzeczeniem starej. By wyraźniej uświadomić sobie owe zmiany, najlepiej jest wskazać na pewne widoczne już trendy, a następnie wyszczególnić konkretne ich przykłady.
Człowiek w poszukiwaniu sensu
Zatem o ile społeczeństwo postmodernistyczne odrzucało wielkie narracje, czyli sposoby całościowego wyjaśniania i rozumienia świata, o tyle coraz częściej obecnie widzimy właśnie silną potrzebę budowania spójnych (chociaż nie zawsze konsekwentnych) systemów. Człowiek współczesny coraz częściej nie potrafi się obejść bez wyjaśnień, rozumienia i sensu. I chodzi oczywiście o rozumienie całej rzeczywistości. Nie oznacza to oczywiście powrotu do metafizycznej wizji świata. Ta niestety nadal jest czymś nieaktualnym. Jednak współcześni ludzie coraz częściej chcą rozumieć sens rzeczywistości. Może to być sens uproszczony, czasami zbanalizowany, a nawet błędny. Opowieści takie są jednak coraz częściej poszukiwane (bez większych powodzeń) i bronione, czasami wbrew wszystkiemu. Ta potrzeba jest coraz silniejsza. Coraz częściej widzimy ludzi, którzy potrafią na sztandary wziąć najbardziej prymitywną wizję świata, byleby dawała ona jakieś twarde podłoże, które pozwala im czuć się bezpiecznie (bezpiecznie ze względu na wiedzę, która rzekomo zaginęła lub została zafałszowana). Przykładem takiej potrzeby jest zarówno radykalizowanie się różnych nurtów religijnych, jak i coraz większa popularność tak egzotycznych teorii jak teoria płaskiej ziemi. Jedno jest pewne: już nie jest wszystko jedno, jaki jest świat. Już nie jest wszystko jedno, co i jak myślą inni. Już nie mamy do czynienia z wolnym rynkiem idei, z których niczym z supermarketu każdy może wziąć to, co mu odpowiada. Obecnie trzeba się okopać na swoim stanowisku, bronić go i głosić innym. Bo opowieść o rzeczywistości – ośmieliłbym się powiedzieć: jakakolwiek – już nie jest czymś zbędnym, lecz czymś koniecznym.
Paradoks relatywizmu szukającego obiektywizacji
W takiej optyce relatywizm poznawczy nie zanika, ale się pogłębia. Zaczyna mu jednak towarzyszyć silna potrzeba obiektywizacji. Przestaje obowiązywać zasada, wedle której każdy może wierzyć sobie w co chce, byleby było mu to pomocne. Ważne, żeby swoją wizję skonfrontować i do niej przekonać. Zatem w opozycji do postmodernizmu obecnie zaczyna dominować spór ideologiczny ponad synkretyzmem. I widzimy to szczególnie w sferze politycznej (co nazywane jest polaryzacją), religijnej czy ideologicznej. O ile w postmodernizmie powszechnie mniemano, że każdy może wierzyć w co zechce i rozumieć świat jak chce, bo wszystkie interpretacje są dobre o ile są użyteczne, o tyle współcześnie narasta klimat kontestowania wszystkich wizji odmiennych od własnej. Zatem już nie ma wielu prawd. Jest tylko jedna prawda: moja własna.
Zatem cecha dominująca postmodernizmu, którą jest określanie rzeczywistości jako płynnej, nieuchronnie umiera. Nowa rzeczywistość jawi się już nie jako płynna, ale na wskroś skrystalizowana, a nawet, rzekłbym, skamieniała.
Wyczerpanie systemów klasyfikacji poglądów
Również jeśli chodzi o dążenie do indywidualizmu i podkreślania oryginalności jednostkowej, nawet jeśli nie jest ono wypierane i nie zanika, to jednak zaczyna mu towarzyszyć silny trend i potrzeba identyfikowania się z innymi. Niektórzy w tej potrzebie dostrzegają odradzanie się tendencji nacjonalistycznych, które właśnie na takiej potrzebie utożsamienia i wzajemnej identyfikacji oraz potrzebie dzielenia wspólnych zasad kulturowych się opierają. Z drugiej zaś strony owo odradzanie się nacjonalizmów, czy lepiej rzecz ujmując świadomości patriotycznej, idzie w poprzek postmodernistycznym tendencjom globalizacyjnym.
Owe zmiany można oczywiście zobrazować konkretnymi przykładami.
Tak więc w sferze religijnej o ile jeszcze kilkadziesiąt lat temu dominował radosny pogląd, że wszystkie religie w gruncie rzeczy są takie same i prowadzą do tego samego celu, o tyle dzisiaj taki pogląd wywołuje publiczne oburzenie, czego przykład mieliśmy chociażby w reakcji świata na niektóre wystąpienia papieża Franciszka. O ile w ubiegłym wieku mnisi, jak Tomasz Merton, bez zażenowania, a raczej z entuzjazmem, mieniąc się katolikami, chętnie podejmowali praktyki zen, o tyle obecnie takie praktyki budzą sprzeciw. Jeszcze bardziej ów synkretyczny trend ukazywała moda lat 90. na różnego rodzaju połączenia jogi, reinkarnacji i chrześcijaństwa w duchu New Age. Obecnie zaś wydaje się, że coraz częściej nawet w obrębie jednej religii (np. chrześcijaństwa) rodzi się coraz silniejsza potrzeba dostrzegania i podkreślania różnic ponad podobieństwa w różnych wyznaniach. Nawet w obrębie jednego wyznania (np. katolicyzmu) zauważyć możemy narastający izolacjonizm względem tych, których różnią od nas nie tylko dogmaty, ale ich interpretacja czy formy kultu. Podobne zjawiska radykalizacji religijnej, zakorzenionej w silnej potrzebie poszukiwania zarówno opowieści nadającej sens światu, jak i potrzebie poszukiwania własnej tożsamości, dostrzec możemy w innych religiach, jak islam czy judaizm.
Na gruncie polityki ową krystalizację, przeradzającą się w silną polaryzację, również wyraźnie dostrzegamy. Jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu świadomość skrystalizowanych poglądów politycznych była znacząco słabsza niż obecnie. Owa niewyrazistość poglądów, ich płynność i synkretyczność była tak daleko posunięta, że społeczeństwo, które cieszyło się z obalenia komunizmu, bez najmniejszego zdziwienia potrafiło z radością wybrać postkomunistyczny rząd i prezydenta – można byłoby powiedzieć, że z perspektywy chwili obecnej jest to sytuacja tak kuriozalna, że obecnie wręcz nie do pomyślenia. Taki proces, aczkolwiek złożony politycznie, świadczy o przekonaniu ówczesnych elit i mediów, że polityka nie jest związana z wartościami aksjologicznymi, co dawało asumpt do tworzenia synkretycznych hybryd w kwestii rozumienia polityki. Oczywiście obecnie jednocześnie zauważa się, że współcześni, zwłaszcza młodzi ludzie, potrafią w sobie łączyć socjalistyczne poglądy w dziedzinie ekonomii z prawicowym systemem wartości. Jednak wydaje się, że nie jest to już cecha postmodernistycznego synkretyzmu, ale skutek wyczerpania dawnych sposobów klasyfikacji poglądów. Podobnie w dziedzinie politycznej wydaje się bardzo powoli wyczerpywać sama idea demokracji – coraz rzadziej uważana za najlepszy i jedyny system polityczny. Wydaje się, że i demokracja będzie chyliła się ku końcowi. Jej niewystarczalność coraz częściej jest podnoszona. Oczywiście jeszcze długo będzie ona trwała ze względu na brak jakiejkolwiek alternatywy.
Rzeczywistość zaczyna „krzepnąć”
Podobnie rzecz ma się z kwestią wartości. Coraz częściej kwestionowana jest uniwersalność tak zwanych praw człowieka. Coraz częściej widzimy powrót do jasnych wartości religijnych, które stają się nie tylko propozycją, ale sztandarem, za który należy walczyć. Poszczególnych zasad moralnych nie odczytuje się już jako izolowanych atomów i jedynie pod względem ich funkcjonalności, lecz coraz częściej klasyfikuje się je jako należące do konkretnego systemu wartości i pod tym względem dokonuje się ich oceny.
Zatem wydaje się, że płynna rzeczywistość jakby nam gwałtownie zaczęła krzepnąć. Brak wielkich narracji i zawieszenie w bezsensie zaczęło budzić ogromny lęk egzystencjalny. Człowiek może przez pewien czas żyć bez prawdy, ale nie potrafi długo żyć bez sensu. Gdy odrzuci wielkie narracje, bardzo szybko zaczyna tworzyć nowe. Nie dlatego, że są prawdziwe, ale dlatego, że pozwalają odzyskać orientację w świecie. Wszechstronność zasad moralnych wykoncypowanych jedynie przez konsensus demokratyczny przestaje zatem być konsensusem. Jednym słowem, stara już ponowoczesność gaśnie, a rodzi się nowy – już nie płynny, lecz skalisty, twardy i ostro zarysowany świat. Jak wspomniałem na początku, pomimo faktu, że postmodernizm słusznie można za wiele rzeczy krytykować, gdyż sam w sobie jest on tak naprawdę kapitulacją rozumu i prawdy, to jednak narodziny „nowego” niekoniecznie budzą optymizm. Jedno wydaje się jednak jasne. Czas wielkich zmian, w jakich żyjemy, jest dla nas szansą, ale też może okazać się porażką.