Co robić, kiedy serce dopadnie demon południa?

Przed nami jesień. Póki co jeszcze słoneczna, bardziej przypominająca lato niż szaro-bure, pozbawione słońca dni. Ale przyjdzie. Nieuchronnie. A wraz z nią depresje, smutki, chęć rezygnacji. Ale nie one są najgorsze…

Aldona z Jarkiem poznali się na pielgrzymce. Oboje zaangażowani w formację KSM-owską, aktywni w swoich parafiach. Pobrali się po czterech latach znajomości. W międzyczasie wstąpili na drogę neokatechumenalną  spotkania, katechezy, wspólne liturgie zaczęły znaczyć ich tydzień. Do tego praca w wolontariacie w hospicjum. To wszystko dawało im, jak sami mówili, niesamowitego „powera”. Jeszcze więcej czasu poświęcali Kościołowi, cieszyli się, gdy widzieli nawracających się ludzi. Czuli, że wchodzą na wyższy „level” przyjaźni z Chrystusem. To ich jeszcze bardzie podkręcało. Świetnie układała się współpraca z ks. Markiem proboszczem parafii. Rozumiał ich, zależało mu. Trudno o lepszy tandem.

Asia przyszła na świat po roku. Później jeszcze urodził się Józio. Potem ja wyjechałem. Aldona zadzwoniła do mnie po 15 latach. W internecie znalazła numer telefonu. Poprosiła o spotkanie, rozmowę. Już wtedy czułem, że coś jest nie tak. Przyjechała we wtorek. Zaczęła opowiadać: wszystko się załamało. Jarek przestał chodzić do kościoła, przestał się modlić, wpadł w jakąś duchową apatię. Udało się go nawet namówić, by poszedł do psychiatry, pozwolił się zbadać. Ale wszystko okazało się OK. Kiedy zapytałem, jak jest między nimi, potwierdziła, że nadal się kochają.

Coś się załamało, skończyło. Jakaś ciemna noc dotknęła relacji z Panem Bogiem. Niespodziewanie, bo przecież setki innych rzeczy mogłaby się spodziewać, ale nie tego. Po tym, co razem przeszli, zbudowali, po latach zaangażowania, służby Kościołowi i ludziom? Co robić?... Pomyślałem: dopadła go acedia. Serce zajął demon południa.

Demon południa

„Jeżeli wszystkie inne demony podobne są do wschodzącego i zachodzącego słońca, gdyż obejmują tylko część duszy, to demon południa zwykł chwytać całą duszę i dusić umysł” – pisał w IV w. Ewagriusz z Pontu. Co kryje się pod tak zagadkową tezą? O jakim okrutnym demonie pisał starożytny mnich? Dziś mówienie o demonach jest passé. Mamy do dyspozycji szereg zwrotów medycznych, przy pomocy których dość precyzyjnie da się opisać stan człowieka, nazwać chorobę. Można się zastanawiać, czy Ewagriusz z Pontu, pisząc o „demonie południa”, miał na myśli pospolitą, znaną nam dziś doskonale depresję? Trudno powiedzieć. Wydaje się jednak, że chodzi o coś innego, bardziej skomplikowanego, głębszego. O coś, co nas „dopada” (najczęściej) w „południe życia” - w momencie, gdy wydaje się być ono stabilne, uporządkowane, nakierowane na „odcinanie kuponów” (w wymiarze materii, ale też ducha), gdy „wiadomo już, o co w nim chodzi”, ale jeszcze nie widać kresu. Dotyka świeckich i duchownych, ciągle szukających, ale też tych, którym wydawało się, że są mocni. Nagle, znienacka wpada się głęboką, czarną dziurę! Pustka! Brak radości! Żadnej pociechy z modlitwy, pracy. Tylko niechęć, znużenie, apatia, wyczerpanie, przygnębienie, smutek przeplatające się z jałową szarpaniną, wewnętrzne ścieranie się zmysłów, gra sprzeczności. Jedno wielkie NIC!... Ojcowie Kościoła takiemu właśnie stanowi ducha przypisali nazwę „acedia”.

Spętana dusza

Ewagriusz z Pontu pisał do mnichów: „Kto ulega acedii, nienawidzi tego, co jest, pożąda zaś tego, czego nie ma”. Dokonuje się jakby bolesne rozpięcie pomiędzy przeszłością i przyszłością. „Im bardziej pożądliwość ściąga mnicha na dół, tym bardziej też nienawiść wypędza go z celi” – dodaje zakonnik. Pragniesz gdzieś iść, gdy pozostajesz w domu, ale gdy już jesteś z wizytą u kogoś, chcesz natychmiast wracać. Coś robisz, ale praca staje się męką nie do zniesienia. Próbujesz uciekać, ale rychło uświadamiasz sobie, że nie masz dokąd. Bo czerń przed tobą jest nieprzenikniona. I wiesz, że gdzieś tam czai się kosmata, przerażająca rozpacz. A wszystko to może się dziać pomimo świadomości obecności Boga! Jakby w owej „głębokości”, z której rozlega się wołanie, nie było Go! Jakby „ciemna dolina”, przez którą przyszło się przedzierać, była pozbawiona Jego obecności! Pokusa jest na tyle realna, że wielu – nawet bogobojnych i prawych ludzi – ulegając jej, przestaje się modlić. Wiara staje się pustą mrzonką. Zawołanie: „Jezu, ufam Tobie!” – nic nieznaczącym pocieszeniem. Umysł jakby ulega zaciemnieniu. Serce staje się kawałkiem lodu. Demon południa wtedy najmocniej uderza.

„Pustka duszy jest najgorszą przeszkodą dla nadziei. Od tego zagrożenia nikt nie jest wolny, gdyż pokusy przeciw nadziei mogą przytrafić się także wówczas, gdy podążamy drogą życia chrześcijańskiego” – mówił przed laty podczas jednej z katechez papież Franciszek. „Starożytni mnisi przestrzegali przed jednym z najgorszych nieprzyjaciół zapału, jakim jest «demon południa», który towarzyszy życiu zaangażowanemu, właśnie wtedy, gdy słońce płonie wysoko. Ta pokusa nas zaskakuje, gdy spodziewamy się jej najmniej (…). A taka postawa nazywa się acedia, jak mawiali ojcowie, która podkopuje życie od wewnątrz, aż po zostawienie go jak puste opakowanie”.

Co wtedy robić?

Franciszek odpowiada: „Nigdy nie wolno poddawać się jej biernie. Bóg nas stworzył do radości i szczęścia. Dlatego ważne jest strzeżenie swego serca, przeciwstawiając się pokusom nieszczęścia, które z pewnością nie pochodzą od Boga”.

Pierwszą rzeczą jest dostrzeżenie ingerencji z zewnątrz. Szatan kusi rozpaczą. Za wszelką cenę dąży do tego, abyśmy poddali się izolacji, rozum wydali na pastwę zmysłów. W „Akcie zawierzenia” spisanym przez o. Dolindo Ruotolo znajdujemy słowa Jezusa: „Szatan właśnie do tego dąży: byś był niespokojny, by oderwać cię od Moich działań i rzucić na pastwę ludzkich przedsięwzięć”. I dodaje: „Jeśli powiesz mi naprawdę: «bądź wola Twoja», czyli jakbyś mówił: «Ty się tym zajmij», wkroczę z całą moją mocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje. Proszę, widzisz, że choroba postępuje, zamiast zanikać? Nie burz się, zamknij oczy i ufnie powiedz: «niech się dzieje Twoja wola, Ty się tym zajmij». Powiadam ci, że się tym zajmę, jak lekarz. Uczynię nawet cud, jeśli będzie to potrzebne”. Rozpacz zatem pokonuje się nadzieją i ufnością. Nawet jeśli różaniec wypada Ci z ręki, jeśli słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego zdają się być bez sensu, nie odpuszczaj, walcz! Jeśli modlitewne formuły nie przechodzą przez gardło, wołaj, jak czynił to biblijny ślepiec i jak robią to mnisi Wschodu: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. A jeśli i na to nie znajdziesz siły, wyciągnij przed siebie puste ręce i proś: „Boże, nic Ci nie jestem w stanie dać. Napełnij moje puste ręce swoją łaską! Uratuj mnie!”.

Przyjdzie moment, że w którymś momencie owej „ciemnej nocy wiary”, podczas której wypali się w nas to wszystko, co zmysłowe i nazbyt ludzkie – jak nauczał św. Jan od Krzyża – zabłyśnie czyste światło.

Wszystkie stronnice „Dzienniczka” św. s. Faustyny mówią tak naprawdę o jednym: nie ma takiej ciemnej doliny, z której nie byłby On nas w stanie wyprowadzić. Ważne, aby w chwili próby nie zastygnąć w bezruchu, obojętności. Dać się poprowadzić mądrości Kościoła. Pomocą w rozwoju duchowym – i  jego fundamentem – zawsze będzie uporządkowanie życia. To warunek konieczny i pierwszy. Modlitwa codzienna, medytacja nad słowem Bożym, sakramenty święte, Eucharystia – może czasem wydaje się, że nie przynoszą efektu, nie widać od razu owoców. Ale one przyjdą.

„Lepiej jest iść słuszną drogą, potykając się, niż wielkimi krokami błądzić po bezdrożach” –pisał św. Tomasz z Akwinu. „Kto kuleje na słusznej drodze, idzie wprawdzie powoli, ale zbliża się do celu. Ktokolwiek zaś błądzi po bezdrożach, im szybciej podąża, tym bardziej oddala się od celu. Jeśli zastanawiasz się, dokąd iść, złącz się z Chrystusem. Ci, którzy są z Nim, nie błądzą, ale kroczą właściwą ścieżką”.

Źródło: Echo Katolickie 38/2023

 

« 1 »

reklama

reklama

reklama