Kościół idealny? Czego mogą nas nauczyć Dzieje Apostolskie?

Trudno nie zadać sobie pytania „co dziś jest nie tak z Kościołem?”, gdy czytamy opis pierwotnego Kościoła z Dziejów Apostolskich. Nie była to idealna wspólnota, nie byli też idealni jej członkowie, mieli jednak dynamizm wiary, którego dziś nam brakuje

Dzieje Apostolskie, czytane w liturgii mszalnej okresu wielkanocnego, ukazują obraz pierwotnego Kościoła. Stanowi on dla nas zawsze punkt odniesienia, a szczególnie wówczas, gdy w Kościele zaczyna coś niedomagać i coraz bardziej czujemy konieczność jego odnowy. Trzeba jednak uważać na zwodniczą pokusę idealizowania tego, co było kiedyś, bo ani Kościół na tym świecie nigdy nie był i nie będzie idealny, ani idealnych czasów dla Kościoła nie ma. Idealizm i marzycielstwo łatwo mogłyby posłużyć do usprawiedliwienia bierności wobec współczesnych wyzwań.

Kościół z Dziejów Apostolskich miał niewątpliwie ten atut, że żyli w nim ludzie, którzy osobiście spotkali Chrystusa. W głoszeniu Ewangelii mogli zatem odwoływać się do własnego doświadczenia. Ale nie dotyczyło to wszystkich. Św. Paweł przecież poznał Chrystusa przez doświadczenie mistyczne i świadectwa innych apostołów. Św. Łukaszowi jako źródło pozostały tylko relacje innych. Niektóre z nich były szczególnie cenne, jak choćby te, które można było usłyszeć z ust Matki Bożej, z woli Chrystusa cieszącej się w pierwotnej wspólnocie wierzących szczególnym szacunkiem. Ten etap w dziejach Kościoła jest jednak nie do powtórzenia.

Na tym uprzywilejowanie pierwotnego Kościoła się kończy. Chrześcijanie wśród Żydów, a tym bardziej wśród mieszkańców Imperium Rzymskiego byli w tamtym czasie w znikomej mniejszości. Prawie nikt się z nimi nie liczył. Szacuje się, że za życia świętych Piotra i Pawła liczba wyznawców Chrystusa zbliżała się do 100 tys. To sporo, biorąc pod uwagę, że zaczęło się od grona Dwunastu. Ale cóż to było w porównaniu z ponad milionem wszystkich synów Izraela, a tym bardziej z ok. 70 mln mieszkańców Imperium Rzymskiego? Od pierwszych dni, zgodnie z zapowiedzią Chrystusa, byli prześladowani najpierw przez Żydów, a od czasów Nerona – także przez władze rzymskie. Za przyznawanie się do Chrystusa groziło biczowanie, utrata majątku lub śmierć. Nie wszyscy przechodzili tę próbę bohatersko.

Byli tacy, którzy równolegle uczestniczyli w kulcie świątynnym lub w kultach pogańskich. Inni szukali jakiegoś kompromisu z żydowskim otoczeniem. Dotyczyło to nie tylko „maluczkich”, ale w pewnym momencie nawet św. Piotra, który ostatecznie został publicznie upomniany przez św. Pawła. Św. Piotr nie był zresztą najtęższym teologiem, nie mógł się w tym względzie równać ze św. Pawłem ani ze św. Janem czy św. Barnabą, którzy odebrali solidniejsze wykształcenie. Ale to jemu Chrystus powierzył władzę zwierzchnią w Kościele. Ustanowił go pierwszym papieżem, chociaż ten człowiek z Kafarnaum miał swoje wady, słabości, a nawet publicznie znane grzechy. Przeciwnicy Kościoła nie wahali się tego wykorzystywać do zdyskredytowania i zaszczucia chrześcijan, ukazywania chrześcijaństwa jako religii głupców. Bo jak człowiek uczony ma uznać nad sobą władzę jakiegoś rybaka? Podobnie: czy szanowany obywatel może się przyznawać do Kogoś, kogo powieszono na krzyżu? Przez pierwsze wieki chrześcijanie nie używali symbolu krzyża, bo był on zohydzoną szubienicą starożytności.

W sensie społecznym Kościół czasów apostolskich też nie był idealny. „Komunistyczny” eksperyment w Jerozolimie, z wyzbywaniem się majątków i przejadaniem ich wspólnie, skończył się ekonomiczną klapą! Św. Paweł musiał potem zbierać dla tych braci datki wśród innych wspólnot. Szybko pojawiły się inne problemy, jak choćby podziały na biednych i bogatych, na Żydów i Greków, na zwolenników Pawła, Kefasa, Apollosa i innych. Rywalizacja między tymi grupami była nie mniej gorsząca niż tarcia w obrębie dzisiejszego Kościoła. Rozpasanie seksualne i zepsucie moralne, za które św. Paweł krytykował korynckich chrześcijan, było ponoć nie mniejsze niż wśród pogan. Nie był to powód do chluby. Mimo to liczba chrześcijan rosła. Inaczej niż dzisiaj w Europie! Chrześcijaństwo miało w sobie dynamizm ziarnka gorczycy, które wrzucone w ziemię jako najmniejsze ze wszystkich nasion, wyrasta na olbrzymie drzewo. Nie brakowało bowiem wyznawców Chrystusa gotowych świadczyć o Nim aż do męczeństwa.

„Krew męczenników jest posiewem nowych chrześcijan” – pisał w II w. Tertulian. „Kościół będzie istniał tak długo, jak długo będzie na ziemi chociaż jeden człowiek gotowy oddać życie za Ewangelię” – pisał osiemnaście wieków później Graham Greene. W tej sprawie nic się przez wieki nie zmienia. Kościół nie może czekać na „lepsze czasy”, zawsze potrzebuje heroicznych świadków Ewangelii, którzy nie oglądają się na innych. W nich objawia się w swojej najlepszej postaci.

 

Idziemy 17/2023

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama