• Pytania o wiarę

Przegrywa nie Chrystus, ale ci, którzy od Niego odchodzą

Historycznie pierwsza dechrystianizacja społeczności wierzących w Chrystusa miała miejsce jeszcze przed Wielkim Piątkiem. Jest ona opisana w szóstym rozdziale Ewangelii Jana, a jej przyczyną było zgorszenie z powodu obietnicy Eucharystii – pisze w felietonie o. Jacek Salij OP.

Kryzys zgromadzonej wokół Chrystusa wspólnoty uczniów wywołały Jego słowa, że On jest „Chlebem żywym, który zstąpił z nieba”. Nie zważając na protesty słuchaczy, Jezus kontynuował: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie”.

W rezultacie – jak zapisał Ewangelista – „odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło”. Pozostała wtedy przy Nim jedynie garstka najbliższych uczniów. Jednak nawet tej garstki nie zamierzał Jezus zatrzymywać przy sobie na siłę. „Czyż i wy chcecie odejść?” – zapytał ich. „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” – odpowiedział Mu wtedy Szymon Piotr. Jak wiadomo, właśnie z tej garstki uczniów Chrystus ukształtował swój Kościół.

Przedstawione tu wydarzenie wolno potraktować jako archetyp tych depopulacji, jakim wielokrotnie podlegał Kościół, a w dziejach Kościoła nie było zapewne jeszcze takiego pokolenia, które by jakiegoś wyludnienia nie doświadczyło. Jednak zauważmy, że są klęski bardziej radykalne niż zmniejszająca się liczba wiernych.

Na przykład: Trudno wątpić, że Kościół zmieniłby się w swoją parodię, gdyby bardziej mu zależało na liczbie wyznawców, niż na prawdzie i mocy Bożej, które otrzymał od Chrystusa. Dlatego Kościół na pewno nie zmieni nauki o Trójcy Świętej ani orędzia o Jezusie Chrystusie jako jedynym Zbawicielu wszystkich ludzi, nawet gdyby przyszło jakieś masowe zwątpienie w te prawdy. Podobnie Kościół przestałby być sobą, gdyby – w celu zatrzymania ludzi zrażonych jego nauką o nierozerwalności małżeństwa czy jego sprzeciwami wobec aborcji i eutanazji – zaczął przystosowywać głoszoną przez siebie moralność do ludzkich oczekiwań. Kiedy ludzie z takich właśnie powodów odchodzą, Kościół, naśladując Chrystusa,  zwróci się wówczas raczej do tych, którzy w nim wciąż pozostają: „Czyż i wy chcecie odejść?”.

Istnienie Kościoła ma przecież sens wyłącznie wtedy, kiedy głosi on autentyczną naukę Bożą: „Jeśli sól zwietrzeje, na nic się już potem nie przyda i ludzie mogą ją tylko wyrzucić i podeptać”. Wierność Chrystusowi i Jego prawdzie jest, powinna być, dla Kościoła tak istotna, że chcielibyśmy się jej trzymać nawet w obliczu zagrożenia bardzo głęboką depopulacją. Zresztą sam Chrystus każe liczyć się z możliwością powszechnej apostazji, zostawił bowiem bardzo niepokojące pytanie: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (por. Łk 18,8).

U źródeł procesów sekularyzacyjnych nieraz znajduje się grzech (niezależnie od tego, jak go nazwiemy). Byłoby wręcz czymś absurdalnym, gdyby mijanie się z Bożymi przykazaniami nie powodowało w człowieku osłabnięcia wiary i rozluźnienia jego związków z Kościołem. Jeśli zaś w całym społeczeństwie wytworzyła się atmosfera życzliwa moralnemu i duchowemu chaosowi, byłoby czymś absurdalnym, gdyby to społeczeństwo wytrwało zarazem w religijnej gorliwości i zachowało zdolność przekazywania wiary następnemu pokoleniu. Mówiąc inaczej: byłoby wówczas czymś absurdalnym, gdyby takiego społeczeństwa nie ogarniała stopniowa i coraz głębsza sekularyzacja.

Boże zwycięstwa są niezależne od badań opinii publicznej i nie podlegają tym prawom, które obowiązują podczas wyborów do parlamentu. Pan Bóg nigdy nie przegrywa. Nawet jeśli większość ludzi Go odrzuca, to nie On przegrywa, tylko przegrywają ci, którzy Go odrzucają. Natomiast zwycięstwem dla Boga jest każde pojedyncze serce, które otwiera się przed Chrystusem. Czytamy w Piśmie Świętym, że jeden człowiek Boży bardziej zaludnia miasto niż tysiąc niegodziwców (por. Syr 16,4).

Tym, którzy niepokoją się (albo cieszą) proroctwami o nadchodzącej rzekomo nieuchronnie erze postchrześcijańskiej, warto przypomnieć wydarzenie, jakie w roku 1655 miało miejsce w starodawnej siedzibie królów polskich, w Krakowie na Wawelu. Po zdobyciu Krakowa przez Szwedów, kanonik Szymon Starowolski oprowadzał po Wawelu króla szwedzkiego, Karola Gustawa. Na rzuconą wtedy przez króla najezdników uwagę: „No tak, królowie polscy już tutaj nie wrócą”, Starowolski odpowiedział grzecznie: Fortuna variabilis, Deus mirabilis, „Świat kręci się rozmaicie, a Pan Bóg jest przedziwny!”.

Kiedy słyszę pytania, czy mamy się spodziewać raczej narastania procesów sekularyzacyjnych, czy może jednak ich odwrócenia, osobiście staram się odpowiadać w duchu kanonika Starowolskiego: „Świat kręci się rozmaicie, a Pan Bóg jest przedziwny!”.

 

 

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama