Afera wokół rzecznik praw dziecka pokazała, jak daleko doszła rewolucja

Lewicowy skręt widać na wydziałach pedagogicznych, w organizacjach zajmujących się dziećmi i książeczkach dla maluchów. Afera wokół rzecznik praw dziecka pokazała, jak silny jest ten skręt w publicznych urzędach i co w praktyce oznacza.

To nie jest kolejna internetowa burza, ani polityczna afera. Sprawa rzecznik praw dziecka wywołała oburzenie – i słusznie, bo jest oburzająca.

W sierpniu Monika Horna-Cieślak spotkała na ulicy kobietę, która krzyczała na dziecko i szarpała je. Rzecznik zwróciła jej uwagę, w odpowiedzi kobieta ją obraziła. Rzecznik uruchomiła państwowe służby, wskutek czego dwoje małych dzieci trafiło do domu dziecka. Sąd kazał je oddać rodzicom, kompletnie masakrując argumentację Hornej-Cieślak. Ta broni dziś swoich działań i twierdzi, że słusznie zareagowała na przemoc wobec dzieci. Opozycja chce dymisji rzecznik – czy to się stanie, zależy od rządzącej koalicji. Jeśli RPD zostanie uznana za balast, odwołanie będzie proste.

Niepokojących wątków jest w tej sprawie mnóstwo. Choćby to, że w Polsce zirytowany urzędnik jest w stanie uruchomić służby przeciwko człowiekowi, który go obraził; albo to, że decyzję w sprawie zakazu kontaktu rodziców z własnymi dziećmi może podejmować policjantka, która nawet nie widziała rodziny; bardzo dziwne jest też to, w jaki sposób pani rzecznik kontaktowała się z policją i sądami.

Mnie niepokoi najbardziej to, jak antyrodzinne bywają środowiska, które zajmują się opieką nad dziećmi. Afera wokół RPD boleśnie to pokazała.

Machina przeciw rodzinie

Wydawałoby się oczywiste, że odebranie dzieci to ostateczność; środek stosowany tylko wtedy, kiedy maluchy są poważnie krzywdzone. Odcięcie kilkuletnich maluchów od rodziców jest po prostu traumatycznym doświadczeniem, podobnie jak pobyt w domu dziecka. Zatem jeśli np. mamy pijących rodziców, którzy maltretują i głodzą swoje dzieci, to interweniować trzeba. Ale od rodzica, który wrzeszczy na dziecko, choć jest to niewłaściwe, dom dziecka na pewno nie będzie lepszy. Przepraszam, jeśli ktoś uważa, że piszę oczywistości, ale jak się okazuje, nie dla wszystkich jest to takie oczywiste. Obawiam się, że nie jest oczywiste dla pani rzecznik. I nie chodzi mi tylko o jej interwencję, bo tu w ogóle mogła wchodzić w grę osobista niechęć, ale raczej o tłumaczenia. W wywiadzie dla Polsatu Monika Horna-Cieślak powtarzała w kółko, że matka szarpnęła i zwyzywała dziecko – jakby było jasne, że po takim zdarzeniu odpala się cała machina państwowa. Chwała Bogu, że sąd zachował zdrowy rozsądek i przypomniał o tak podstawowej sprawie, jak proporcjonalność działań.

Cichy marsz

W lewicowej ideologii rodzina to zagrożenie. I ta ideologia weszła już dość dawno na wydziały pedagogiczne wielu polskich uczelni. Mocno lewicowe bywają organizacje zajmujące się nieletnimi, choćby stowarzyszenie Dajemy Dzieciom Siłę, z którym obecna rzecznik była w przeszłości związana. Ideologiczny skręt widać nieraz w książeczkach dla dzieci, nawet tych mających w Polsce milionowe nakłady (czasem widać wyraźnie, czasem jest to dość dyskretne, ale i w tym drugim wypadku pewien obraz świata zostaje w głowie malucha).

W publicznych urzędach ten skręt też jest dyskretny. Przeciętny Polak, jeśli przed całą sprawą kojarzył nazwisko Moniki Hornej-Cieślak, na pewno nie stawiał jej między Martą Lempart a Robertem Biedroniem.

Wybuchł głośny skandal, więc prawda wyszła na jaw, ale przecież wiele rzeczy dzieje się po cichu.

I dlatego nie zawsze mamy świadomość, dokąd doszła już antyrodzinna rewolucja.

 

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« 1 »