Po ponad trzech tygodniach od zdarzenia w Kielnie do mediów trafiła wersja nauczycielki i jej obrony. Nie wiem, czy tłumaczenie wystarczy, żeby się obronić. Pewne jest to, że znalazł się w nim pewien niebezpieczny argument. Jeśli sąd go przyjmie, to rządowy pomysł zmniejszenia kar za obrazę uczuć religijnych będzie już w zasadzie niepotrzebny.
Sprawa profanacji dokonanej w szkole w Kielnie na Pomorzu wywołała wielką burzę.
Według uczniów było tak: nauczycielka języka angielskiego od września wyrażała niezadowolenie z tego, że w sali wisi krzyż. Zdejmowała go co jakiś czas, a odwieszała go na miejsce katechetka i sami uczniowie. 15 grudnia pani od angielskiego zobaczyła krzyż zawieszony przez uczniów i z wulgarnym komentarzem wyrzuciła go do śmieci.
Wersja obrony: plastikowy krzyż nie był przedmiotem kultu, ale zabawką, i to niemal bluźnierczą; uczniowie zawiesili go, żeby naigrawać się z religii; nauczycielka zdjęła przedmiot z szacunku wobec wiary.
Może te wyjaśnienia wystarczą, żeby uniknąć odpowiedzialności zawodowej i karnej, na razie wystarczyły, żeby przejść w medialnym przekazie z defensywy (nawet minister Barbara Nowacka nie broniła nauczycielki) do robienia sobie beki z katoli. Nie ukrywam, że niespecjalnie mnie przekonują. Bądź co bądź nikt nie kwestionuje, że nauczycielka wyrzuciła krzyż do śmieci. Nie zgadza się też parę szczegółów (raz słyszymy, że krzyż był częścią kostiumu halloweenowego, a raz, że kupiono go na chińskim portalu).
Najważniejsze jest jednak tłumaczenie, że krzyż ze szkoły w Kielnie nie był przedmiotem kultu.
Jak z plastiku, to się nie liczy
Obrońcy nauczycielki – i te media, które stanęły po jej stronie – utrzymują, że symbol umieszczony w klasie szkoły w Kielnie nie był prawdziwym krzyżem, m.in. dlatego, że był częścią kostiumu (albo i nie, ale był kupiony w internecie), wykonano go z plastiku, a do tego nie było na nim figury Jezusa. Jeśli sąd, albo choćby kuratorium pójdą tym tropem i zaczną dzielić włos na czworo i głęboko rozeznawać, czy dany krzyż to na pewno krzyż, to powstanie niebezpieczny precedens. Prawna ochrona przed profanacjami – obecnie daje ją przepis o obrazie uczuć religijnych – stanie się fikcją. Nie chcę nikomu podpowiadać konkretnych tłumaczeń, ale w zasadzie każdy, kto zniszczy święty przedmiot będzie mógł tłumaczyć, że nie był on wystarczająco święty.
Jeśli będzie można zakwestionować rzecz tak oczywistą jako to, że obiektem kultu chrześcijan jest krzyż, to dlaczego nie miałoby się to udać w przypadku ikony czy figury świętego?
Tym bardziej, że ze wszystkich argumentów obrony mających świadczyć o tym, że krzyż nie był krzyżem większość kompletnie nie ma sensu. Tłumaczenie, że był plastikowy z całą pewnością go nie ma – krzyż z kory jest przedmiotem kultu tak samo, jak ten ze złota, najwyżej wartość rynkowa jest inna. Nie miałoby też znaczenia, gdyby przedmiot był kupiony w internecie. Krzyż z watykańskiego sklepu z dewocjonaliami nie byłby ani trochę bardziej święty (ani mniej). Brak figury Chrystusa też niczego nie zmienia, nie ma jej przecież na bardzo wielu krzyżach, łącznie z tymi na dachach kościołów. Dyskutować można by w sytuacji, gdyby krzyż naprawdę był częścią kostiumu, ale i tu sprawa nie byłaby oczywista (a w tym przypadku musiałaby jeszcze być prawdą, a nie wymyślonym naprędce tłumaczeniem dla mediów).
Ciekaw jestem, czy sąd i kuratorium łykną te tłumaczenia. Jeśli tak będzie, to rządowy pomysł zmniejszenia kar za obrazę uczuć religijnych będzie już w zasadzie niepotrzebny.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.