Skarga konstytucyjna marszałka Czarzastego

Włodzimierz Czarzasty chce odwrócić wyroki Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej przez skargę konstytucyjną. Aby złożyć taką skargę, Czarzasty musiałby przegrać sprawę sądową na podstawie przepisu zakazującego aborcji. Marszałka, o ile mi wiadomo, nigdy nie zmuszono do urodzenia niechcianego dziecka, więc łatwo nie będzie.

Włodzimierz Czarzasty zapowiedział, że będzie próbował odwrócić wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej. Zamierza to zrobić przez skargę konstytucyjną, bo – jak powiedział – art. 191 konstytucji daje mu takie prawo.

Gdyby osoba odpowiadająca za prace Sejmu zerknęła do konstytucji, mogłaby dowiedzieć się, czym jest skarga konstytucyjna. Polega owa skarga na tym, że przed Trybunałem kwestionuje się przepis, na podstawie którego sąd wydał wyrok krzywdzący skarżącego. Czyli – przegrałem proces, przeszedłem przez wszystkie instancje, teraz w Trybunale udowadniam, że przepis, na podstawie którego wydano ostateczny wyrok łamie moje konstytucyjne prawa.

Włodzimierz Czarzasty musiałby zatem przegrać jakąś sprawę sądową na podstawie przepisu zakazującego aborcji i potem udowodnić przed Trybunałem Konstytucyjnym, że został skrzywdzony. Marszałka, o ile mi wiadomo, nigdy nie zmuszono do urodzenia niechcianego dziecka, więc łatwo nie będzie. Co nie znaczy, że się nie da.

Po tym, jak okazało się, że ślubowanie wobec prezydenta może się odbywać bez prezydenta, a 10-osobowe kworum może tworzyć 8 osób, niewiele jest w stanie mnie zdziwić.

Tym bardziej, że zwolennicy przewrotu w Trybunale Konstytucyjnym odwołują się do hasła wyższej konieczności. A wyższą koniecznością można podeprzeć już naprawdę wszystko, byle policja nie zastrajkowała.

Prawdziwa stawka

Tak naprawdę Czarzasty musiał mieć na myśli wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, bo to, a nie skarga, opisane jest w art. 191. Tu rzeczywiście może zadziałać jako marszałek – przewodniczącemu sejmu przysługuje prawo skierowania do TK ustawy, albo umowy międzynarodowej. I jeśli będziemy mieli odpowiedni skład, to sprawy, w których Trybunał już się wypowiedział – jak aborcja czy śluby jednopłciowe – będzie można osądzić po nowemu, robiąc chachmęt dużo mniej widowiskowy niż ten z 10-osobowym kworum.

To jest część stawki obecnego konfliktu. Część, bo wyrwanie bezpiecznika, jakim dotychczas był polski sąd konstytucyjny zagraża – choćby nie wiem jak patetycznie to brzmiało – polskiej suwerenności. Tym bardziej, że wśród kompetencji Trybunału jest uznanie prezydenta za niezdolnego do pełnienia funkcji. Wtedy jego obowiązki przejmuje właśnie marszałek Sejmu. To by oznaczało już zupełną władzę jednego środowiska. I to takiego, które, powiedzmy, nie jest jakoś fanatycznie przywiązane do polskości. Nie bez powodu, jak sądzę, instytucje unijne w sprawie Polski są raczej niewylewne, a kiedy już jeden z komisarzy jednak się odezwał, to poparł siłowe przejęcie Trybunału.

Można się śmiać z marszałka Sejmu nieznającego konstytucji, z wyższej matematyki osób z Trybunału, albo z pani, która walczyła z prezydentem, bo ćwiczy pilates. Jednak szkody wynikające z tej groteskowej wojny są najzupełniej prawdziwe.

 

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« ‹ 1 › »