Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Marzenie o wolności

O okolicznościach wybuchu powstania listopadowego, szansach jego powodzenia i ocenach, z Adamem Misiakiem, nauczycielem historii w siedleckim „Elektryku”, rozmawia Andrzej Sprycha.

W warszawskiej Szkole Podchorążych Piechoty zawiązała się tajna organizacja, której przewodził ppor. Piotr Wysocki. Bunt podchorążych, uznawany za początek powstania, wybuchł nocą z 29 na 30 listopada 1830 r. Czy dla polskiej generalicji, która przecież funkcjonowała wówczas w pełni oficjalnie - bo istniało też Wojsko Polskie, fakt ten był zaskoczeniem? Zapytam jeszcze inaczej: czy generałowie chcieli stanąć do walki zbrojnej, czy też zaskoczeni rozwojem wypadków zwyczajnie musieli to uczynić?

Faktycznie spiskowcy zawczasu nie zapewnili sobie współdziałania wyższych oficerów. Ich celem stało się wywołanie powstania. Oprócz tego konkretnego celu mieli jeszcze jeden - zgładzić znienawidzonego Wielkiego Księcia Konstantego - brata cara. Nie mieli programu politycznego, a za to pewność, że doświadczeni generałowie pokierują właściwie powstaniem. Ci zaś kolejno odmawiali, co zakończyło się dla kilku z nich tragicznie... Gdy jednak spojrzymy z ich punktu widzenia, zrozumiemy także te racje. Ot, przychodzi do nich garść młodych ludzi i wzywa do walki z Rosją! Jakie oni mieli doświadczenie wojskowe? Żadne! A ci generałowie przeszli wiele kampanii u boku Napoleona, wspaniałego dowódcy, i pamiętali, jak z sześciusettysięczną armią uderzył na Moskwę i poniósł klęskę. Wnioski były więc dla nich oczywiste.

W tym samym mniej więcej czasie w Europie miały miejsce inne ruchy niepodległościowe i rewolucyjne. Mam tu na myśli choćby powstanie Belgii czy też tzw. rewolucję lipcową we Francji. Na ile zatem wybuch powstania w Polsce był zdeterminowany wspomnianymi ruchami zachodnioeuropejskimi, na ile zaś stanowił w pełni niezależną od tych wydarzeń decyzję polskich ośrodków patriotycznych?

Oczywiście, bardzo istotny był tu kontekst międzynarodowy. Ruchy wolnościowe stały się dla nas ważną inspiracją i potencjalnym sojusznikiem. Tak postrzegano np. Francję, a sympatie - właściwie raczej złudzenia co do polityki tego kraju - miały swoje źródła w epoce napoleońskiej i trwały w następnych pokoleniach. Wielu Polaków miało w pamięci wspólną walkę z naszymi zaborcami. Można wspomnieć też o przykładzie Grecji, gdzie po krwawych walkach, z pomocą Anglii, Francji i Rosji powstanie antytureckie doprowadziło do odzyskania niepodległości. Polacy mogli pomyśleć: dlaczego nie my? Pomogli Grekom, to powinni i nam...

Jeśli chodzi o sytuację wewnętrzną, to należy przypomnieć łamanie konstytucji Królestwa Polskiego przez cara, represje wobec opozycji, plany wysłania naszej armii przeciw Francji i Belgii czy samowolę znienawidzonego dowódcy armii Wielkiego Księcia Konstantego. Było więc wiele powodów, nie wspominając o polskim marzeniu o wolności. Napięcie narastało już od kilku lat. Wykrycie spisku podchorążych przyśpieszyło więc tylko decyzję spiskowców.

Tak naprawdę dysproporcje - jak możemy wyczytać w wydawnictwach encyklopedycznych - wojsk polskich i rosyjskich wcale nie były wówczas tak wielkie, jak zdarzało się to podczas kolejnych walk wyzwoleńczych. Mimo to strona Polska poniosła znacznie większe straty od wroga. Czyżby nieudolne dowodzenie po naszej stronie? A może powodów niepowodzenia szukać należy w braku zgody co do strategii prowadzenia walki przez dowódców powstania? Tezę tę wydaje się potwierdzać niesamowita rotacja na szczeblach władzy wojskowej. Powstanie trwało przecież niespełna rok, zaś naczelnych wodzów mieliśmy w tym czasie bodaj dziesięciu.

Tak. Największą słabością powstania była kunktatorska postawa dowództwa, brak wiary w zwycięstwo i traktowanie walki zbrojnej raczej jako swego rodzaju demonstracji, która uświadomi carowi determinacje Polaków i skłoni Mikołaja I do rozmów oraz zagwarantowania swobód autonomicznych. Dla Rosji była to świetna okazja do odebrania nam tych uprawnień, a car zażądał zdania się na jego łaskę i niełaskę. Nie brakowało tu więc umiejętności, ale wiary w zwycięstwo.

Jeśli chodzi o stosunek sił, to oczywiście Rosjanie mieli jednak zdecydowaną przewagę. Na samym początku kampanii wkroczyła do nas ponad 115-tysięczna armia feldmarszałka Iwana Dybicza, a siły polskie wówczas to ok. 57 tys. żołnierzy. Ziemie Królestwa Polskiego zamieszkiwało ponad 4 miliony mieszkańców, Rosja zaś liczyła około 45 milionów. Możliwości mobilizacyjne wojsk carskich były więc ogromne (według XIX-wiecznych szacunków około 10% ludności). Potencjał mobilizacyjny Królestwa Polskiego to ok. 200 tys. rezerwistów, ale Rosji był przecież kilkakrotnie większy. Należy też pamiętać, że i rosyjski potencjał przemysłu zbrojeniowego górował, mimo wysiłków Zagłębia Staropolskiego, nad polskim. Na pewno sytuacja regularnej armii, dobrze wyposażonej i wyszkolonej, była nieporównywalna do późniejszych, choćby niewyszkolonych i pozbawionych broni palnej, ochotników z powstania.

Przyjmuje się, że do upadku powstania przyczynił się m.in. brak większego wsparcia ze strony ludności chłopskiej. Żyło wówczas jeszcze pokolenie pamiętające insurekcję kościuszkowską i przyświecające jej ideały. Czy nie jest zatem niezrozumiałym fakt negatywnego stanowiska szlachty oraz władz powstańczych do uwłaszczenia i likwidacji pańszczyzny na wsi? Może wystarczyło tylko uaktywnić tę, chyba niedocenioną wtedy, część społeczeństwa, by odzyskać suwerenny byt państwowy?

We władzach powstania dominowali przedstawiciele ziemiaństwa o konserwatywnych poglądach, przeciwni zmianom społecznym. Nie podjęto postulatów uwłaszczenia chłopów (przekazania na własności uprawianej przez nich ziemi), gdyż oznaczało to uszczuplenie majątków szlacheckich. Zwyciężył więc egoizm klasowy tej uprzywilejowanej warstwy. Tylko obietnica uzyskania ziemi mogła wywołać powszechne ludowe powstanie, ale szlachta bała się, że może obrócić się ono przeciw niej. Na pewno pomogłoby to zniwelować przewagę liczebną wroga. Doświadczenia z insurekcji kościuszkowskiej potwierdziły, że umiejętnie użyte oddziały kosynierów mogą odegrać ważną rolę. Niestety masy chłopskie w tej epoce, niepiśmienne, nie miały świadomości narodowej i pojecie „Polska” było dla nich zupełnie enigmatyczne. Liczył się dla nich tylko konkret - ziemia. To była inna epoka, termin „Polak” był wówczas rozumiany raczej jako synonim słowa „szlachcic”. Świadomość narodowa warstwy chłopskiej kształtowała się dopiero pod koniec XIX w. pod wpływem pracy pozytywistów i rozwoju oświaty ludowej, a zwieńczeniem tego procesu była wojna 1920 r.

Klęska militarna powstania ściągnęła na Polaków wiele represji. Nastąpiło znaczne ograniczenie autonomii Królestwa Polskiego. Dotychczasowa konstytucja zastąpiona została tzw. statutem organicznym. Pozostałości dotychczasowej - bądź co bądź - odrębnej armii polskiej wcielono do armii rosyjskiej. Zniesiono też polski sejm i samorządy. Zlikwidowano polskie szkolnictwo wyższe. Kongresówka musiała zapłacić wysoką kontrybucję. Wymienione przeze mnie represje to oczywiście tylko część z tych faktycznie zastosowanych. Zapytam zatem wprost: czy było warto? Czy rachunek nie był nad wymiar niekorzystny dla sprawy polskiej?

To ważne pytanie. Było ono osią fundamentalnego sporu historyków polskich następnych pokoleń. Trudno na szalach położyć i wyważyć tak różne kwestie, jak wspomniane represje, straty ludzkie, zsyłki i masowa emigracja. A z drugiej strony mamy podtrzymanie świadomości narodowej, ducha oporu, budowania legendy, na której wyrosły następne pokolenia Polaków. Czy można żyć bez marzeń? Ktoś powie, że Czesi czy Finowie nie organizowali powstań i przetrwali wieki dominacji sąsiadów, a po I wojnie światowej też zbudowali swoje niepodległe państwa. Każdy może samodzielnie zastanowić się nad tym dylematem. Staliśmy wielokrotnie w naszej historii przed takimi dramatycznymi wyborami. Kampania wrześniowa czy powstanie warszawskie to pierwsze z brzegu przykłady. Na pewno możemy się jako Polacy różnić w tych ocenach i jest to wielką zaletą swobodnej dyskusji w naszej wywalczonej (różnymi metodami!) po dziesięcioleciach demokratycznej i suwerennej Polsce.

Dziękuję za rozmowę.
Echo Katolickie 47/2011

Walki w rejonie

Powstanie listopadowe wybuchło w nocy z 29 na 30 listopada 1830 r., a zakończyło się 21 października 1831 r. Zasięgiem objęło przede wszystkim ziemie Królestwa Polskiego (ale nie tylko - walki toczyły się również na Litwie, Żmudzi i Wołyniu), które w owym czasie było namiastką państwowości polskiej, z własną konstytucją, sejmem, walutą i armią. Królestwo Polskie powstało „na bazie” stworzonego wcześniej przez Napoleona - już po jego militarnej klęsce - Księstwa Warszawskiego. Oficjalnym królem Polski był car Rosji.

Szacuje się, że Wojsko Polskie w trakcie walk powstańczych liczyło 150 tys. żołnierzy, zaś naprzeciw stanęła armia carska w sile 200 tys. ludzi. Powstańcy odnieśli nawet parę całkiem poważnych sukcesów, jednak z uwagi - jak się przyjmuje - na niewiarę w możliwość odniesienia zwycięstwa oraz dość lojalistycznie nastawienie wobec cara prezentowane przez arystokratycznych przywódców politycznych oraz nienajlepszego dowodzenia - ostatecznie doszło do upadku tego zrywu.

Przypomnieć wypada, że kilka ważniejszych bitew powstania listopadowego miało miejsce także w naszych najbliższych okolicach. Mam tu na myśli boje toczone m.in. w rejonie podsiedleckich Igań, Stoczka Łukowskiego, Kałuszyna, Domanic, Sokołowa Podlaskiego, Mińska Mazowieckiego czy Międzyrzeca Podlaskiego.

AS

opr. ab/ab



Echo Katolickie
Copyright © by Echo Katolickie

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: wolność Powstanie Listopadowe zabory odzyskanie wolności powstania ruchy wolnościowe
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W