Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


„Janek Wiśniewski padł” - rocznica Grudnia '70

Z prof. Janem Żarynem, nauczycielem akademickim Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Andrzej Sprycha.

Jak wydarzenia Grudnia 1970 odbierane były w Pańskim domu?

Miałem wtedy 12 lat. Pamiętam liczne dyskusje, istotnie przede wszystkim rodzinne, których byłem świadkiem. W naszym domu, a był to dom otwarty, przebywali niemal zawsze jacyś znajomi i przyjaciele mojej mamy, starszego brata czy sióstr. Pamiętam, że w tamtym czasie w ich rozmowach i sporach dominował temat Gomułki. Część naszych gości zawierzyła mu jeszcze w 1956 r. Pamiętam zdziwienie, które dotyczyło trzymania się, jeszcze w 1970 r., Gomułki jako człowieka, który rzekomo myślał po polsku, który miał mieć jakąś wizję alternatywną do tworzenia sowieckiego imperium. Mimo że niewiele z tego rozumiałem, podczas jednej z dyskusji zareagowałem w sposób - jak mi się dzisiaj wydaje - bardzo dorosły. Zawołałem wówczas do naszych gości: „A co to dla was za różnica: czy będzie Gomułka, czy Gierek, to i tak będziemy państwem podlegającym Moskwie”.

Jestem pod wrażeniem. Jak na dwunastolatka była to wyjątkowo dojrzała ocena rzeczywistości.

Była to zasługa wychowania, jakie odebrałem w domu rodzinnym. Na jego atmosferę złożyło się pochodzenie ziemiańskie, znajomość historii, fakt, że komuniści zabrali nam w 1945 r. wszystko, co było jeszcze do zabrania, a czego Niemcy wcześniej, w 1939 r., nie zdążyli odebrać. Myślę tu o majątku w Wielkopolsce, o dobrach w Warszawie. W związku z tym wizja komunizmu, i to niezależnie kto władzą tą kierował, wcale mi się nie podobała.

Pamiętam też, że w 1970 r. mieliśmy świeże - ja jako dziecko też - wspomnienie wydarzeń roku 1968. Mój brat Szczepan był wówczas studentem. Rozprowadzał ulotki, szczególnie po inwazji na Czechosłowację. W związku z tym mieliśmy w domu rewizję i ja jako dziewięciolatek też jej podlegałem. Moje książki o Kubusiu Puchatku również były sprawdzane.

Mogę powiedzieć więc, że tę wyższą świadomość polityczną wyssałem z mlekiem matki, ale częściowo na mój stosunek do władzy ludowej zapracowali sobie także sami komuniści.

Wydarzenia grudniowe w 1970 r. trwały kilkanaście dni i zostały brutalnie stłumione przez ówczesne władze. Dlaczego władza ludowa zareagowała siłą natychmiast?

Wydaje mi się, że ekipa Gomułki nie spodziewała się takiej reakcji na wprowadzenie podwyżek na podstawowe artykuły spożywcze. Co więcej, Gomułka był po świeżym sukcesie. Dopiero co podpisał układ niemiecko-polski o granicach na Odrze i Nysie Łużyckiej. Uważał, iż ten jego sukces powinien być odnotowany w społeczeństwie polskim i podtrzyma jego mit jako ojca narodu. Sądził, że to wystarczy do przeprowadzenia operacji cenowej, która z punktu widzenia systemu nakazowo-rozdzielczego była bezwzględnie konieczna. Dobra konsumpcyjne były w zaniku, a możliwości samoodtworzenia się gospodarki bez rynku po prostu nie istniała. Efekt podwyżki był piorunujący. Robotnicy, szczególnie Wybrzeża, doprowadzili do wielkich strajków i protestów ulicznych, które wywołały zbrodniczą reakcję władzy. Rzeczywiście bardzo szybko, bo już po dwóch dniach, podjęto decyzję o możliwości użycia ostrej amunicji. Przeciw protestującym skierowano czołgi oraz silne jednostki wojska i milicji.

Niewątpliwie najbardziej traumatyczny był ten słynny czarny czwartek w Gdyni. Stanisław Kociołek wygłosił przemówienie, które w gruncie rzeczy było środkiem pacyfikującym nastroje antysystemowe. Wezwał robotników do powrotu do pracy. Jednak gdy zaczęli oni wracać do pracy, spotkali się z kulami, które kilkunastu z nich od razu położyły trupem. Był to fakt, który niewątpliwie spowodował, po raz pierwszy na tak masową skalę po czerwcu 1956 r., olbrzymią niechęć do komunistów. Nie dość, że tak brutalnie spacyfikowano te strajki, to jeszcze ci wszyscy, którzy ucierpieli, zostali ranni i ci, którzy stracili swoich najbliższych, nie mieli prawa zająknąć się na ten temat. Pogrzeby poległych odbywały się w dramatycznej sytuacji: najbliższa rodzina informowana była nocą o tajnym pochówku, i że na inskrypcji będzie napis taki, jaki SB ułoży, a nie, jaki chciałaby widzieć rodzina. To były całe masowe akcje zniewalające społeczeństwo.

Przypomnijmy jeszcze, że SB i MO zostały wprzęgnięte do budowania całej sieci informatorów. Rzeczywiście pod koniec grudnia 1970 r. pracownicy stoczni byli masowo przymuszani do uczestnictwa w procederze donoszenia na swoich kolegów. Byli bici, przetrzymywani w aresztach z zagrożeniem utraty pracy. Te masowe werbunki odbywały się w atmosferze totalnego zastraszenia i trupów, które pozostawały w świeżej pamięci tychże ludzi. Ta SB-cka akcja o kryptonimie „Jesień 70” prowadzona była bardzo brutalnie. Spowodowała dramatyczne upadki niektórych ludzi, którzy decydowali się na podjęcie współpracy. Z drugiej strony istniał wyraźnie widoczny bardzo ostry opór. Jest to w tych dokumentach, które dziś czytają historycy.

Należy przypomnieć, że stoczniowcom nie udało się wówczas cofnąć podwyżek. To dopiero łódzkie włókniarki i ich strajk z 1971 r. spowodował, już przy obecności ekipy Edwarda Gierka, że podwyżki odwołano. Pozwoliła na to oczywiście gierkowska polityka kredytowa, której efekty na początku lat 70 zostały przyjęte nawet pozytywnie. Kredyty oczywiście problemu nie rozwiązały, bo nie zmieniły samego systemu gospodarczego. Odciągnęły jedynie w czasie moment wprowadzenia podwyżek.

W 1980 protesty ogarnęły cały kraj, a w 1970 miały miejsce głównie na Wybrzeżu. Skąd ta różnica? Dlaczego w 1970 r. za stoczniowcami nie stanęli murem robotnicy z innych części Polski?

Robotnicy Wybrzeża z jednej strony zostali bardzo mocno spacyfikowani, a z drugiej - oddzieleni od reszty Polski. Ta klamra, którą wtedy zamknięto, okazała się operacją skuteczną, choć nie do końca. Gdy Gierek pojechał na Wybrzeże, spotkał się ze stoczniowcami. Odblokowana zatem została wiedza na temat tego, co się tam wydarzyło. Co więcej, orzekł, że doszło tam do nadużyć władzy. Powołał nawet specjalną komisję. Właśnie wtedy zaczęła strajkować Łódź. Bo zorientowano się, że podstawowy problem ekonomiczny nie został rozwiązany.

Natomiast cała ta sytuacja to była też wielka nauka dla samych robotników. W 1970 r. zdecydowali się wyjść z hal fabrycznych i podpalać komitety partii. Potem Jacek Kuroń mówił, że lepsza wersja działania to zakładanie własnych komitetów. Dziesięć lat później, w 1980 r., pod wpływem opozycji, która już się wytworzyła - szczególnie w Gdańsku, wypracowany został nowy model strajkowania: nie wychodzimy na zewnątrz, nie dajemy się spacyfikować, tylko zostajemy w zakładzie i w ten sposób zmuszamy władzę do negocjacji.

Trzeba też powiedzieć, że Gierek nie był Gomółką. Niewątpliwie Gomółka - twardy komunista, marksista, interpretujący wszystko w kategorii wroga klasowego - nie rozumiał, że system przez niego reprezentowany może wyzwolić tak dogłębny opór. Gierek i jego ekipa niewątpliwie lepiej rozumieli rzeczywistość społeczno-gospodarczą. Jednocześnie Gierek był człowiekiem z bardziej ludzką twarzą. Na jego rękach nie pozostała krew i chwała mu za to. Rzecz jasna kierował obrzydliwym ustrojowo systemem partyjnego zwierzchnictwa nad narodem, ale wśród przywódców komunistycznych był jedynym, który nie odważył się skierować ręki przeciwko własnemu narodowi. Bierut był mordercą wielokrotnym. Gomółka - w świetle Grudnia 1970 - był mordercą. Gen. Jaruzelski odpowiada za śmierć ludzi w okresie stanu wojennego. W zasadzie wśród nich tylko E. Gierek nie ma krwi na rękach.

Minęło 40 lat od tych wydarzeń. Od ponad dwóch dekad nie ma PRL-u, a polski wymiar sprawiedliwości nie osądził odpowiedzialnych za Grudzień 1970... Jak skomentuje Pan wypowiedź Lecha Wałęsy sugerującą, że sprawców masakry grudniowej winna objąć amnestia, a wyrok sądu w tej sprawie jest już nikomu niepotrzebny?

Mówiąc o amnestii L. Wałęsa prawdopodobnie próbuje zinterpretować stan faktyczny „na dzisiaj”: sądownictwo w Polsce jest totalnie niewydolne i nie jest w stanie sprostać tej rzeczywistości, temu, co powinno stać się wolnej ojczyźnie, co powinno być osądzone. Oceniać powinna nie tylko historia; osąd powinien być również wydany przez wymiar sprawiedliwości. Wyrok przecież może być i w zawieszeniu. Raczej nikt nie chce, by starzejący się S. Kociołek czy W. Jaruzelski - dziś ciężko chory - u schyłku swego życia przebywali w więzieniu.

Brak wyroku w tej i podobnych sprawach będzie znakiem rozpoznawczym dla polskiego sądownictwa III RP. Sądy nie potrafiły sprostać tej dziejowej chwili, chociaż właśnie sądownictwo to taki autorytet, który ustala, gdzie jest dobro, a gdzie zło, gdzie prawda, a gdzie fałsz, czy to Gomółka miał rację, czy jednak robotnicy, którzy dostali kulą w plecy. To m.in. sądownictwo ma w swoim zakresie powinności tworzenie przestrzeni sprawiedliwości, a więc sprawiedliwej oceny rzeczywistości historycznej. Oczywiście robią to historycy niezależnie od stanu sędziowskiego - i mam nadzieję, że czynimy to dobrze - ale nie zastąpimy przecież sądu.

Dziękuję za rozmowę

Grudzień '70 w pigułce

W grudniu 1970 r. robotnicy Wybrzeża powiedzieli „nie” decyzjom W. Gomółki, które godziły w byt polskich rodzin. Protesty trwały od 14 do 22 grudnia i miały miejsce głównie w Gdyni, Gdańsku, Szczecinie i Elblągu. Ich bezpośrednią przyczyną był fakt wprowadzenia „szokowej” podwyżki cen mięsa, przetworów mięsnych oraz innych artykułów spożywczych. Wówczas te decyzje podejmowało Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Społeczeństwo zareagowało gwałtownie. Ludzie zbierali się na wiecach i domagali się cofnięcia podwyżek, uregulowania systemu płac i wreszcie odsunięcia od władzy odpowiedzialnych za podwyżkę.

Władze PZPR na wieść o tych wydarzeniach wydały rozkaz użycia broni palnej przeciwko demonstrującym. Do walki z demonstrantami skierowano 5 tys. milicjantów i 27 tys. żołnierzy. W wyniku podjętego „dialogu” ze społeczeństwem poległo przeszło 40 osób. Do więzień i aresztów trafiły kolejne 3 tys. myślących inaczej obywateli.

W 1995 r. do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko politykom komunistycznym oraz dowódcom oddziałów tłumiących protest. Od tamtej pory minęło „dopiero” 16 lat, więc jest zupełnie zrozumiałym, że w tak „krótkim” czasie wyrok w tej sprawie nie mógł jeszcze zapaść...

Echo Katolickie 52/2011

opr. ab/ab



Echo Katolickie
Copyright © by Echo Katolickie

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: robotnicy stocznia Lech Wałęsa Grudzień 1970 stoczniowcy wydarzenia na wybrzeżu
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W