Emigracja sprawdzianem wiary

Niestety, okazuje się, że negatywnych skutków życia na emigracji jest o wiele więcej niż pozytywów

Analizując historię ludzkości, można stwierdzić, że ludzie zawsze, częściej lub rzadziej, opuszczali swoje środowisko rodzinne, zwłaszcza z powodów ekonomicznych, w poszukiwaniu „ziemi obiecanej”, „za chlebem”; lub też jako niechciani w swoim środowisku z powodów politycznych, emigrowali w różne strony świata. Emigrując, opuszczali miejsce swego urodzenia i zamieszkania, w którym byli związani ze swoją rodziną i otoczeniem, również ze swoją wspólnotą religijną. Przenosili się w inne strony świata w poszukiwaniu lepszych warunków życia czy także spokoju. Czy jednak wszyscy znaleźli to, czego szukali? Czy znaleźli tę „ziemię obiecaną”, ten poszukiwany dobrobyt i wyczekiwany spokój? Czy emigracja jest zawsze czymś ubogacającym daną osobę i środowisko, z którego ona wychodzi i do którego wchodzi?

Emigrując, ludzie integrowali się z miejscową ludnością, wnosząc do niej świat swoich wartości i jednocześnie ubogacając się wartościami miejscowych, pośród których przyszło im żyć. Niestety, nie zawsze była to wymiana pozytywna; czasem była to wzajemna demoralizacja przynosząca szkody obu stronom.

Również w wymiarze religijnym emigracja może ubogacać, wnosić nowe wartości w wymiarze misyjnym, czyli poznania prawdziwego Boga. Ale również może osłabiać wiarę w jej konfrontacji z innymi wyznaniami, modami czy prądami filozoficznym. Trzeba propagować dialog międzyreligijny, czyli dążność do jedności (jak rozumianej, to już całkiem inna kwestia) wszelkich wyznań religijnych szukających prawdy, ale nie powinno się ulegać irenizmowi, czyli pomieszaniu wszystkich religii, aby szukać jakiegoś „wspólnego środka”, jakiejś drogi dochodzenia do Boga wspólnej dla wszystkich religii i pseudoreligii, w tym nawet sekt satanistycznych. Można więc postawić pytanie: czy emigracja przyczynia się do wzbogacenia wiary w Boga i do pogłębienia praktyk religijnych?

2. Emigracja dziś

Dziś, z racji globalizacji, świat staje się przysłowiową wioską globalną, gdzie ludzie, z racji otwartych granic, przemieszczają się z wielką swobodą. Tysiące czy nawet miliony ludzi opuszczają swój dom rodzinny, środowisko, z którym byli związani, miejsce pracy, nauki i grupę współwierzących w parafii i udają się w inne strony świata. Emigrują szczególnie do krajów wysoko rozwiniętych. Jakie są przyczyny takiej decyzji? Jest ich bardzo wiele. Do najczęstszych można zaliczyć:

• Bezrobocie, czyli brak pracy w swoim otoczeniu. Dla wielu osób w takiej sytuacji wyjazd to jedyne rozwiązanie, by utrzymać nie tylko siebie, ale i swoją rodzinę.

• Nauka – wielu studentów i naukowców, chcąc się rozwijać naukowo, decyduje się na wyjazd do innych krajach. Często udaje im się znaleźć warunki do studiów czy pracy naukowej, której nie mogliby realizować w swojej ojczyźnie. Nawiasem mówiąc, sfinansowała ona znacznym kosztem ich dotychczasowe wykształcenie...

• Prześladowania polityczne czy religijne, które zmuszają do opuszczenia swojego kraju, jak dziś np. krajów komunistycznych czy muzułmańskich.

• Miłość i rodzina – konieczność emigracji wynika tu z połączenia się małżeńskiego z osobą z innego kraju. Jedna z tych osób musi podjąć decyzję zamieszkania na obczyźnie. Można zapytać, z którym krajem będą bardziej związane dzieci tych małżonków; a może będą tzw. kosmopolitami? Co będzie dla nich znaczyło słowo „patriotyzm”?

• Bezdomni – osoby, które borykając się z problemem mieszkania i utrzymania, emigrują do innych krajów, gdzie opieka społeczna jest bardziej wrażliwa na bezdomnych.

3. Kim są współcześni emigranci?

Kiedyś ludzie emigrujący z racji przeludnienia czy prześladowań politycznych byli przekonani, że wyjeżdżają raczej na stałe. Zabierali więc z sobą nie tylko walizkę ubrań, ale również, tak jak nasi rodacy, garść ziemi ojczystej czy obraz Matki Bożej Częstochowskiej, jak to widziałem w Ameryce Południowej – Brazylii czy Argentynie. To były i są relikwie wiary i patriotyzmu.

Dziś emigranci, szczególnie młodzi, wyjeżdżają (przynajmniej z założenia) tylko na pewien czas, aby zarobić i wrócić. Zabierają ze sobą tylko telefon komórkowy i laptopa, ale pobyt niejednokrotnie się przedłuża, więc odkładają myśl o powrocie do ojczyzny na dalsze lata. Czy jednak zabierają ze sobą wartości, które przejęli w rodzinnym domu, środowisku czy w parafii? Często, zapraszając na „kolędę”, mówią zawstydzeni: „Przepraszamy, że nie mamy krzyżyka i kropidła, ale to nabędziemy, jadąc w przyszłości do Polski”.

Ci młodzi emigranci to często ludzie zdolni i wykształceni, którzy po ukończeniu studiów czy przepracowaniu kilku lat w jakieś firmie i nie widząc dla siebie dogodnych warunków do realizacji swoich planów życiowych, wybierają wyjazd, niekiedy wbrew swojej woli, pozostawiając swoją rodzinę, przyjaciół i parafię. Jedni pozostają sobą, inni gubią się w nowej rzeczywistości.

Wielu, wyjeżdżając, ma już załatwione miejsce pracy czy studiowania. Ci szybko włączają się w miejscowe środowisko, pracując na odpowiedzialnych stanowiskach i rozsławiając imię Polski. Szybko znajdują też kościół, gdzie odprawia się Msze w ojczystym języku. Uczestniczą w nich regularnie, angażują się w grupach parafialnych i, jeśli mają już rodziny, przywożą swoje dzieci nie tylko na Eucharystię, ale także na katechezę i naukę języka polskiego. Z tych ludzi można być dumnym – to wierni Polacy, katolicy i patrioci.

Wielu jednak przyjeżdża „w ciemno”, z plecakiem na ramionach, często gubiąc się całkowicie. Ci przeżywają różne problemy, np.:

• Utratę wartości osobistych – koczują, gdzie się da, w parkach czy w domach dla bezdomnych. Z braku pracy kradną i oszukują, by jakoś przeżyć. Handlują narkotykami lub oddają się prostytucji. Zapominają całkowicie o wartościach, które wynieśli z domu rodzinnego.

• Utratę wartości katolickich – zapominają o wierze wyniesionej z rodziny i parafii. Najczęściej powtarzającym się grzechem jest: „Nie modlę się i nie chodzę na Msze w niedzielę”. Pokazują się w kościele tylko wtedy, gdy potrzebują zaświadczenia do chrztu, na kurs przedmałżeński czy chcą omówić sprawę pogrzebu kogoś z rodziny.

Pracując od kilku lat w Kopenhadze, wraz z siostrami służebnicz¬kami dębickimi, które od czterdziestu lat z wielkim poświęceniem służą tutejszej Polonii, cieszymy się tymi rodakami, którzy aktywnie włączają się w życie Kościoła w naszej parafii, przy której prowadzę duszpasterstwo Polskiej Misji Katolickiej. Tutaj znajdują dla siebie schronienie na czas rozłąki z najbliższymi. Martwi nas jednak los pozostałych rodaków, którzy mieszkając w stolicy Danii lub w jej okolicach, nie znajdują drogi do kościoła, a przecież jest on także ich domem.

Według statystyk duńskich w Kopenhadze i okolicach mieszka od 12 do 15 tys. Polaków, a w całej Danii jest ich ponoć około 35 tys. W niedzielnych Mszach w Kopenhadze uczestniczy jednak tylko około tysiąca rodaków; to 10% polskiej emigracji. (To mniej więcej taki sam odsetek jak u duńskich katolików). Można zapytać: gdzie są pozostali? Czy Dzień Pański na emigracji nie zobowiązuje do uczestnictwa we Mszy niedzielnej? W ojczyźnie zapewne większość z nich chodziła do kościoła, ale ile była warta ich wiara, skoro w innym miejscu się z nich ulotniła? Dlatego uważam, że emigracja jest wielkim sprawdzianem naszej wiary i patriotyzmu.

Polonia w Królestwie Duńskim jest bardzo złożona. Są to:

– potomkowie pierwszej emigracji, zwanej „buraczaną” (XIX w.),

– emigranci powojenni,

– emigranci z okresu Solidarności oraz

– z ostatnich lat, z czasów otwartych granic Europy.

O ile ci dawni emigranci są wierni Bogu i Kościołowi katolickiemu, to najnowsza emigracja bardzo często jest zagubiona, skoncentrowana tylko na pracy czy studiach, zaniedbuje praktyki religijne i ulega wpływom miejscowej ludności wyznania protestanckiego. Czasem mówią wprost: „Jak jestem w Polsce, to chodzę do kościoła, ale tu w Danii ludzie nie chodzą, więc i ja nie chodzę. W niedzielę odpoczywam lub pracuję, bo lepiej płacą”.

A co z miłością do ojczyzny? Dawna emigracja i ci, co przyjeżdżają do pracy czy na studia oficjalnie, nie wstydzą się swojej przynależności do Polski. Gorzej jest z tymi rodakami, którzy przyjeżdżają bez zabezpieczenia oraz pewności znalezienia mieszkania i pracy i liczą na szczęście. Często ci ludzie, zranieni utratą pracy w ojczyźnie i przymusową emigracją, żyją w wielkim bólu czy wręcz w nienawiści do wszystkiego co polskie. Odżegnują się od wszystkiego, co mogłoby im przypominać ojczyznę, od mowy polskiej, związków z rodakami na obczyźnie czy od włączania się we wspólnotę katolicką. Są rozgoryczeni tym, co przeżyli w źle rządzonej ojczyźnie, i chcą rozpocząć nowe życie bez względu na to, ile by ich to kosztowało. Jednym się to udaje, inni lądują „na śmietniku”.

4. Skutki emigracji

Gdy pytam Polaków o to, czy opłacało im się wyjechać za granicę, wielu podkreśla, że tak, bo polepszyła się ich sytuacja materialna, poznali wielu ciekawych ludzi i zwiedzili interesujące miejsca, zdobyli dobre wykształcenie, nauczyli się obcego język i ubogacili się nowym doświadczeniem w spotkaniu z inną kulturą. A więc pobyt na emigracji to nie samo zło.

Wiara i polskie tradycje chrześcijańskie, wynoszone z ojczyzny, oraz wspólnota rodaków na emigracji były zawsze niezawodnym wsparciem i pomocą w zachowaniu godnej postawy w nowym kraju i środowisku. Zwracał na to uwagę papież Jan Paweł II w swoich przemówieniach podczas spotkań z Polakami na emigracji, mówiąc, że człowiek świadomy swej tożsamości płynącej z wiary, z chrześcijańskiej kultury ojców i dziadów zachowa swą godność, znajdzie poszanowanie w innych i będzie pełnowartościowym członkiem społeczeństwa, w którym wypadło mu żyć (przemówienie w Niemczech, 16 XI 1980).

Ponieważ prawda Objawienia dociera do człowieka w oprawie pewnej kultury, istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że zatracenie odziedziczonych wartości kulturowych może w konsekwencji doprowadzić do utraty wiary, zwłaszcza jeżeli nowe wartości kulturowe, które się w nowym otoczeniu przyjmuje, pozbawione są tego chrześcijańskiego charakteru, którym cechowała się kultura rodzima (Jan Paweł II, tamże). Ojciec święty mówił do Polaków mieszkających w krajach Beneluksu: Im bardziej będziecie wierni Bogu, waszej tożsamości i kulturze, tym owocniejszy będzie wasz wkład nie tylko w dobro kraju i narodu, w którym tkwią wasze korzenie, ale także owocniej i skuteczniej będziecie mogli służyć dobru waszych nowych ojczyzn i społeczeństw, które współtworzycie (Bruksela, 19 V 1985).

Niestety, okazuje się, że negatywnych skutków życia na emigracji jest o wiele więcej niż pozytywów.

Ludzie opuszczający ojczyznę, niestety, zubożają swoje środowisko. Ci ludzie – młodzi, wykształceni, przedsiębiorczy, inteligentni, dobrzy fachowcy, mający często duże doświadczenie zawodowe, kochający małżonkowie, przykładni rodzice, wierni patrioci – często z bólem serca, ze łzami w oczach, ze smutnymi doświadczeniami opuszczają ukochaną rodzinę, sąsiadów, kolegów z pracy czy znajomych z parafii, aby udać się w nieznane, na emigrację, w poszukiwaniu chleba.

Przymusowa emigracja jest przyczyną wielu tragedii rodzinnych. Wprawdzie rodzina staje się bogatsza, ale rozłąka osłabia więzi małżeńskie, rodzinne, społeczne i wyznaniowe. Dziś głośno już mówi się o eurosierotach, czyli dzieciach, których jedno lub czasem nawet dwoje rodziców pracuje za granicą, a dzieci pozostają w ojczyźnie pod opieką dziadków czy krewnych. Z całą pewnością nie służy im to ku dobremu. A ileż z tych małżeństw się rozpada! Można postawić pytanie: czy tak wielu zdolnych, wykształconych i szlachetnych rodaków musiało opuścić swój kraj i emigrować w różne strony świata, zubożając duchowo rodzinę i ojczyznę?

5. Dylematy emigranta

Ludzie emigrują w poszukiwaniu lepszych warunków życia i pracy. Można pytać: czy w tym poszukiwaniu biorą też pod uwagę wyznawaną wiarę? Czy zmieniając miejsce zamieszkania ze względu na pracę, zastanawiają się, czy tam będą mogli włączyć się we wspólnotę ludzi wierzących, w uczestnictwo we Mszy św. niedzielnej? Czy ich dzieci będą mogły uczestniczyć w katechezie i nauce języka ojczystego? Gdzie przygotują dzieci do I Komunii Świętej albo bierzmowania? A przecież wiara w Boga jest dla nas Polaków czymś zasadniczym!

Czy więc, zrozpaczeni po utracie pracy w ojczyźnie, powinni podejmować desperacką decyzję emigracji za wszelką ceną do innego kraju, w nieznane, z narażeniem tego co ojczyste, co osobiste, rodzinne i katolickie? Taką decyzję trzeba dobrze przemyśleć! Czy nie warto by wspólnie z innymi walczyć o pracę i życie w swoim miejscu rodzinnym? Czy nie warto walczyć o to, aby jeść własny chleb? Dlaczego nie potrafimy w Polsce zapewnić chleba dla wszystkich? Czy to wina nas obywateli czy raczej władz, które niszczą kraj przez swą nieudolność?

Emigracja dla każdej osoby wyjeżdżającej z Polski jest na pewno sprawdzianem osobowości, wiary i patriotyzmu. Inaczej żyje się w rodzimej społeczności, a inaczej na obczyźnie. Wyjazd za granicę to wielkie wyzwanie dla każdej osoby, to wielki egzamin z jej dojrzałości, także w wierze. Nowe środowisko to nie tylko nowy język, często trudny do nauczenia się, ale to inne otoczenie, inne wartości społeczne, często inne wyznanie religijne czy inne rozumienie patriotyzmu. Pobyt na emigracji daje możliwość, a czasami wymusza konieczność poznania siebie zupełnie z innej strony i kształtowania swojej osobowości po to, by nie zatracić własnej tożsamości, świadomości, kim się jest i skąd się pochodzi. Gdy się opuszcza dom rodzinny, można szybko zachłysnąć się nowym albo przerazić trudnościami. Można jednak także znaleźć spokój i bezpieczeństwo nawet wśród trudności.

Dla wierzącego ten spokój i bezpieczeństwo pochodzą od Boga, a można Go najpewniej znaleźć w innym niż rodzinny domu: w Kościele. Stąd emigracja to także sprawdzian dla duszpasterzy polonijnych i ich współpracowników, którym Chrystus niejako z urzędu powierza troskę o rodaków.

Polscy biskupi w Liście na temat duszpasterstwa emigracji wezwali rodaków, aby przede wszystkim podtrzymywali więzi rodzinne, pamiętając w modlitwie oraz w konkretnych relacjach i kontaktach o pozostawionej w kraju rodzinie, rodzicach, współmałżonku i dzieciach oraz przyjaciołach i znajomych. Bo tylko w ten sposób będą potrafili przezwyciężać osamotnienie i uniknąć zagubienia się w zróżnicowanym, wielokulturowym, lecz szukającym Boga współczesnym świecie, stając się jednocześnie świadkami Chrystusowego orędzia zbawienia tam, gdzie przebywają. Tak postępując, unikną bardzo groźnego zjawiska, jakim jest wykorzenienie. Dotyka ono ludzi, którzy nie czują więzi ze swoim narodem czy krajem, którzy z głębokim żalem i duchowym bólem patrzą na drzwi każdego domu, podczas gdy sami nie znają uczucia, co znaczy być i czuć się u siebie. Dlatego tak ważne jest, by nie utracić, także na emigracji, ducha zdrowego patriotyzmu.

6. Powołania do służby Bogu i ludziom

W kontekście rozważania na temat emigracji jako sprawdzianu wiary trzeba też poruszyć problem kapelanów i sióstr zakonnych pracujących dla rodaków na obczyźnie, jak również problem powołań do kapłaństwa i życia zakonnego na emigracji. Od kiedy Polacy zaczęli emigrować w różne strony świata, często podążali za nimi duchowni, aby nieść im pomoc duchową. Zwłaszcza kard. Hlond dostrzegł problem emigracji i założył zgromadzenie księży chrystusowców, którzy mieli pracować szczególnie dla Polonii za granicą. Dziś dla emigracji polskiej pracuje wielu księży diecezjalnych i zakonnych, sióstr zakonnych czy ostatnio wolontariuszy świeckich. Ich życie i praca nie są łatwe. Odpowiedzialni za miejscowy Kościół z reguły uważają, że Polacy, tak jak i inni emigranci, powinni się z nimi integrować. Znaczy to m.in., że katecheza, przygotowanie do sakramentów i liturgia powinny być prowadzone w języku danego narodu. Rozumiemy i akceptujemy ten punkt widzenia, ale nie na zasadzie wyłączności; uważamy, że imigranci mają też prawo do liturgii w swoim języku.

Ludzie mieszkający już od lat na obczyźnie integrują się ze społeczeństwem miejscowym; często do tego stopnia, że ich ono całkowicie wchłania. Nie brak jednak rodzin, które przez pokolenia szanują i podtrzymują język i kulturę ojczystą. Obok tej starej emigracji rośnie liczba wyjeżdżających obecnie za granicę. Ponieważ ci ludzie i ich dzieci często nie znają języka miejscowego, potrzebują posługi duszpasterskiej, edukacyjnej czy kulturalnej w języku ojczystym.

Dla wielu księży czy sióstr zakonnych, którzy zdecydowali się wyjechać za granicę, aby pracować dla Polonii, często jest to wielkie wyzwanie. Zderzają się z innym językiem, z inną kulturą, często nawet z inną duchowością lokalnego Kościoła. Trzeba wielkiego zaparcia się siebie, aby przezwyciężyć te trudności i znaleźć się w nowej rzeczywistości bez zubożenia swojej wiary i zatracenia wartości wyniesionych z rodzinnego domu, parafii, seminarium czy wspólnoty zakonnej.

Zdecydowana większość kapłanów, sióstr zakonnych czy świeckich wolontariuszy posługujących rodakom w różnych zakątkach świata to osoby przyjeżdżające z Polski. Można postawić pytanie, czy młodzież polska na obczyźnie już tak ulega „integracji”, że Boże słowo powołania do życia kapłańskiego czy zakonnego już do niej nie dociera? Jest to wezwanie do polskich rodzin żyjących za granicą, aby się modlić, prosić Boga o powołania do życia kapłańskiego i zakonnego pośród Polonii rozsianej po całym świecie.

Trzeba nam się modlić, aby dla Polonii za granicą nie brakło licznych i świętych kapłanów, sióstr zakonnych czy wolontariuszy, którzy by prowadzili Polaków do Boga. Również trzeba nam się modlić, aby wielu młodych pozytywnie odpowiedziało na Boże wezwanie do życia kapłańskiego, zakonnego czy do pomocy w wolontariacie charytatywnym.

7. Sugestie dla Polaków i duszpasterzy w Polsce

Emigracja w Polsce to dziś nie tyle kaprys jednostek czy chęć wzbogacenia się za każdą cenę, choć są i takie przypadki. Ludzie, szczególnie młodzi, emigrują dziś głównie z powodu braku pracy. Kochają oni Polskę, swoją rodzinę i otoczenie; wyjeżdżają, bo muszą. Ta konieczność obciąża sumienia rządzących. Polska jest nie tylko piękna, ale, moim zdaniem, jest w stanie zapewnić utrzymanie każdemu swemu obywatelowi. Trzeba jednak, by była dobrze rządzona. A może to jest zaplanowane przez ościenne mocarstwa, aby Polaków zniechęcić do życia w ojczyźnie, by zmniejszyć naszą liczebność do kilkunastu milionów, do ludzi wykonujących prace służebne dla innych, silniejszych od nas i konsumujących ich produkty?

Podejmując trudną decyzję o emigracji, o wyjeździe z Polski za granicę, trzeba, jak to robią „wschodniacy”, usiąść przed podróżą i zastanowić się, czy warto wyjechać. Trzeba podsumować straty i zyski. Co stracimy, a co zyskamy? Na pewno tracimy ojczyznę, kontakt ze współmałżonkiem, z dziećmi, z rodziną, z przyjaciółmi, z parafią czy z kolegami z pracy. Jeżeli nawet wyjedziemy z rodziną, to pytajmy, czy znajdziemy godne warunki zamieszkania, pracę, a dla dzieci szkołę, czy będziemy mieli kontakt z kościołem, gdzie odprawiana jest Msza w języku polskim, gdzie dzieci będą mogły uczyć się religii i języka polskiego. Czyż nie to powinno być istotne w naszym życiu osobistym i rodzinnym, gdy rozważamy myśl o wyjeździe za granicę?

Zaś wyjazd „w ciemno” to wielkie niebezpieczeństwo, to zagrożenie. Zostawia się często wszystko, cały swój świat. Co czeka takiego rodaka? Czy znajdzie pracę, mieszkanie, czy w nowych warunkach odnajdzie się jako osoba i jako wierzący? Może zarobi trochę więcej niż w Polsce, ale ile straci? Może warto, aby kapłani uświadamiali wiernych o zagrożeniu duchowym, któremu nie każdy będzie umiał stawić czoła.

Oby wszyscy Polacy, pomimo trudności obecnych czasów, byli wierni Bogu i ojczyźnie. Od każdego z nas zależy przyszłość Polski, każdego z nas i naszych rodzin. Oby nikt z rodaków nie musiał wyjeżdżać ze swego rodzinnego i ojczystego środowiska! Oby wszyscy mogli żyć i pracować w ukochanej ojczyźnie, realizować się w niej, ubogacać siebie, swoją rodzinę i społeczność. A jeśli już ktoś musi wyjechać za granicę z takich czy innych powodów, niech nie zapomni, kim jest. Niech nie zapomni tego, czego nauczyli go rodzice w domu rodzinnym: uczciwości, wiary w Boga i miłości do ojczyzny. Obyśmy wszyscy Polacy, czy to żyjący w kraju, czy na emigracji, wierzyli w Boga, żyli według Jego przykazań, czcili Matkę Bożą i byli wierni ojczyźnie. Obyśmy, emigrując, zdali pozytywnie egzamin z naszej wiary w Boga, pobożności i patriotyzmu!

O. Leszek Kapusta (ur. 1958), redemptorysta, od 1987 r. pracował na misjach w Boliwii, w tym jako proboszcz i przełożony klasztorów. W latach 2000–2002 pełnił funkcję dyrektora kliniki w Cochabambie oraz był diecezjalnym koordynatorem Legionu Maryi. Odbył także studia z teologii moralnej w Wyższym Instytucie Teologii Moralnej w Madrycie. Obecnie pracuje w Danii; jest rektorem Polskiej Misji Katolickiej w Kopenhadze oraz koordynatorem Polskiej Misji Katolickiej na całą Danię. Napisał kilka artykułów i udzielił wiele wywiadów w rozgłośniach boliwijskich.

opr. aś/aś

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama