Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

"Tygodnik Powszechny" nr 24/2009


Jarosław Makowski


Drżyj kapitalizmie, solidarność u bram!




Historia wymyśla słowa, aby następnie słowa mogły kształtować historię. Jednym z kluczowych słów, które odmieniły „oblicze tej ziemi”, jest „solidarność”.


1

Słowo to skupiało w sobie pełną niepokoju nadzieję. Pobudzało miliony do męstwa i odwagi myślenia, która brała się z odwagi patrzenia poza horyzont komunistycznej beznadziei. Solidarność wiązała ze sobą ludzi, którzy jeszcze wczoraj stali od siebie daleko albo wręcz stali naprzeciw siebie.

Zgoda, że solidarność na wielką skalę, bo o niej tu będę mówił, jest łaską. Ale łaska, jak poucza św. Tomasz z Akwinu, bazuje na naturze. Dlatego solidarność, by mogła się wydarzyć, potrzebuje co najmniej dwóch rzeczy: ludzi i idei. Doskonale przecież wiemy, że „masy bez idei są ślepe, a idee bez mas bezsilne”. Solidarność nie była więc tylko przejawem ślepego buntu niezadowolonych mas, od robotników poczynając, a na intelektualistach kończąc, ale ten bunt stworzył także podwaliny pod etykę solidarności. Jej twórcą był ks. Józef Tischner, który – gdy inni strajkowali, manifestowali, domagali się należnych im praw – pisał.

Czy filozoficzne analizy Tischnera miały jakikolwiek wpływ na myślenie mas? Krakowski ksiądz nie wiedział, w jakim stopniu jego książka „meblowała głowy” czytelników. Stwierdzał tylko, że „Etyka solidarności” była „przepisywana, przedrukowywana i... konfiskowana przez służby specjalne”. Jednak najciekawsze okazało się to, że tekst Tischnera, pisany dla Polaków żyjących pod komunistycznym kloszem, został zrozumiany i przetrawiony przez ludzi żyjących w liberalnych i otwartych demokracjach. Czy nie jest to najlepszy dowód na paradoks przejawiający się w tym, że i zniewoleni mogą ofiarować coś ze swych idei wolnym? Że biedni i poniżeni mogą nauczyć czegoś tych, którzy są syci i których godność jest respektowana?

Wiem, że stawianie dziś tych pytań może śmieszyć. Niemal wszyscy naokoło puszczają do siebie oko, bo wstydzą się głośno powiedzieć, że z etyki solidarności został już tyko popiół. Widzimy przecież gdańskich liderów związkowych urządzających pokaz egoizmu i wrzeszczących przed kamerami, by dowieść drżącym o miejsca pracy robotnikom, jak bardzo są im potrzebni. Widzimy rząd, który organizuje telewizyjną debatę, by w ten sposób dać upust gniewowi ludzi pracy, a potem znów zapaść w długi sen nicnierobienia – a już z pewnością niepodejmowania działań, którymi rządziłaby logika solidarności. Słyszymy też o liderach pierwszej Solidarności, którzy zasiadają w radach nadzorczych międzynarodowych korporacji i zapomnieli, jak to jest być człowiekiem pracy. A gwoździem do trumny solidarności ma być quasi-biznesowa działalność Lecha Wałęsy, który kiedyś walczył o zjednoczoną i solidarną Europę, a dziś swoją osobą i zachowaniem firmuje działania antyeuropejskiej partii Libertas.

Tischner, gdyby dziś był między nami, zapewne nic by sobie nie robił z opowieści „proroków klęski”. On już wtedy ostrzegał, że chwila, w której większość z nas uwierzyłaby w to, że idea solidarności jest martwa, byłaby zarazem chwilą naszego samobójstwa. A my przecież wciąż żyjemy.

2

Gdyby to zależało tylko od tych, którzy dziś próbują monopolizować idee solidarności, rzeczywiście należałoby ogłosić jej śmierć. Bez żalu. Ale solidarność jest ideą, w której naturze leży to, że może się ona odrodzić niczym Feniks z popiołu, w swej czystej i nieskażonej formie. Że jeśli nie dziś, to jutro pojawią się kobiety i mężczyźni, biedni i bogaci, wierzący i niewierzący, którzy ponownie sprawią, iż idea solidarności rzeczywiście zmartwychwstanie, pozwalając odmienić społeczne relacje, zbudować nową wspólnotę równych i godnych obywateli.

Jak nauczał nas Tischner, pierwszym fundamentem solidarności jest przesłanie, znajdujące się w Liście św. Pawła do Galatów: „jeden drugiego brzemiona noście” (6, 2). Cóż to jednak znaczy? Imperatyw jest prosty: „trzeba nieść ciężar drugiego”. Jakkolwiek ciężki by on był, nie mogę umyć rąk. Nikt przecież nie jest samotną wyspą. Nikt nie żyje i nie umiera dla siebie. To byłoby bez sensu. Żyjemy z innymi i dla innych, tak jak umieramy z innymi i dla innych.

Jako ludzie jesteśmy więc ze sobą powiązani. Łączy nas ciało i krew, łączy praca i mowa, cierpienie i poniżenie. Czasami także, choć rzadziej, radość i szczęście. Rzadko zdajemy sobie sprawę z tych powiązań, kiedy jednak rodzi się solidarność, wszystkie one wychodzą na jaw. Nagle, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, widzimy, że mój los jest zależny od drugiego, ale i los drugiego – sąsiada, kolegi z pracy, przechodnia – zależny jest od moich słów i decyzji. Czy nie jest więc jasne, że albo będziemy razem w naszych bólach, troskach i ofiarach, albo nie będzie nas wcale?

Innym aspektem Pawłowego aksjomatu jest to, że solidarności nie można narzucić z zewnątrz. Nie można przystawić komuś karabinu do skroni i powiedzieć: „od teraz musisz być solidarny”. Solidarność woli niemoc niż przemoc. Dzieje się tak dlatego, że rewolucja solidarności jest przede wszystkim wydarzeniem w świecie ducha. A w tej przestrzeni człowiek nic nie musi, ale wszystko może.

Solidarność jest tym bardziej autentyczna, im bardziej bezkrwawa. Duch włada poprzez perswazję, notuje Tischner, nie poprzez strach. Dlatego naprawdę wielka rewolucja jest zarazem świętem wyzwolenia człowieka od strachu przed człowiekiem. Co nas wyzwala? Dobra wola. Przecież nikt nie zmuszał Miłosiernego Samarytanina, by pochylił się nad leżącym przy drodze rannym. On pomógł cierpiącemu, bo taka była jego dobra wola. „W gruncie rzeczy – pisze Tischner – wszyscy jesteśmy solidarni, bo wszyscy jesteśmy w głębi naszych dusz ludźmi dobrej woli. Solidarność rodzi się z dobrej woli i budzi w ludziach dobrą wolę. Ona jest jak ciepły promień słońca; gdziekolwiek się zatrzyma, pozostawia ciepło, które promieniuje dalej, bez przemocy. Jej chodzi tylko o jedno: aby jej nie stawiano przeszkód – głupich, bezsensownych przeszkód”.

I rzecz kluczowa, szczególnie wyrazista dziś, kiedy „wróg” przestał być tak jednoznaczny jak w niedawnej przeszłości. Paradoksalnie dużo łatwiej wcielić w życie idee solidarności, kiedy mamy jasno sprecyzowanego przeciwnika – w tym sensie komunizm był „błogosławieństwem”. A przecież sama solidarność nie ma nic wspólnego z przekonaniem Sartre’a, który mówił, że przyjaźń to kwestia znalezienia wspólnego wroga. Solidarność, ta zrodzona z kart Ewangelii, nie potrzebuje wroga lub przeciwnika, by się umacniać i rozwijać. „Ona się zwraca do wszystkich, a nie przeciwko komukolwiek” – przekonuje Tischner. Człowiek, jeśli żyje podług idei solidarności, zawsze jest z kimś i dla kogoś, a nie sam i przeciwko komuś.

3

Dochodzę do drugiego fundamentu, na którym wznosi się etyka solidarności, a którego Tischner wprost nie wskazał, choć jego myśli – co postaram się pokazać – jawnie się na nim opierają. W tym samym Liście do Galatów pisze Paweł: „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety...” (Ga 3, 28). Czy chce tym stwierdzeniem unieważnić wszelkie różnice – polityczne, etniczne czy płciowe?

Nic z tych rzeczy. Paweł mówi, że właśnie pomimo tych różnic możemy być solidarni; że pomimo tych różnic świat, w którym żyjemy, jest jeden, i że pomimo tych różnic wszyscy jesteśmy ludźmi, równymi w godności wobec siebie nawzajem i wobec Boga. Czyż więc solidarność nie ma znamion uniwersalności właśnie dlatego, że potrafi przekraczać granice, że jest transtożsamościowa?

Jak w takim razie przejawia się Tischnerowa etyka solidarności w działaniu? Co mają ze sobą wspólnego bankier z Wall Street, robotnik (nie egoistyczny związkowiec!) ze Stoczni Gdańskiej i feministka z gender studies na Stanford University? Odpowiedź Tischnera jest następująca: „etyka solidarności chce być etyką sumienia”. Cóż to znaczy?

Przede wszystkim to, że taka etyka zakłada, iż człowiek jest obdarzony sumieniem. A sumienie, jak podkreśla krakowski ksiądz, to „naturalny zmysł” człowieka, w znacznym stopniu niezależny od rozmaitych systemów etycznych. Jest wiele systemów etycznych, ale sumienie jest jedno, wcześniejsze niż owe systemy. „Sumienie stanowi w człowieku rzeczywistość samodzielną – pisze Tischner – trochę jak rozum i wola. Człowiek może ćwiczyć rozum i wolę, może też zaniedbywać ćwiczenia, podobnie może słuchać swego sumienia, zagłuszać je, może się go wyrzekać. Sumienie jest głosem, który woła wewnątrz człowieka. Do czego wzywa dziś sumienie? Przede wszystkim do tego, by człowiek chciał mieć sumienie”.

Tragedia człowieka polega na tym, że może on mieć błędnie ukształtowane sumienie. W tym sensie nienawiść, poniżenie i wykluczenie także są dziełem ludzi, którzy mają sumienie, tyle że wciąż zagłuszają jego głos wzywający do odpowiedzialności za drugiego. Czy nie byłoby bezpieczniej, pyta sam Tischner, pominąć sumienie, jak zazwyczaj robi to szkolna teologia kościelna, a zająć się wypisywaniem drogowskazów i ustawianiem ich obok drogi, którą kroczy człowiek?

Ach, o ileż życie byłoby wtedy łatwiejsze! Sęk w tym, że w taki sposób nie buduje się ludzkiej moralności. Tu nie chodzi przecież o najnowszy model telefonu czy komputera. Tu gra idzie o najwyższą stawkę – o decyzje i zachowanie człowieka, które płyną z jego wnętrza. Pisze Tischner: „aby przepis mógł budować moralność, musi być akceptowany przez sumienie. Sumienie to zmysł czytania drogowskazów. Tylko ono wie, na który drogowskaz zwrócić uwagę tu i teraz”.

Co tu jest ważne: chęć posiadania przez człowieka sumienia. Nieważne, że błędne, ważne, że człowiek chce mieć sumienie – bankowiec, robotnik, polityk, ksiądz... Nikt nie jest perfekcyjny. Ba, wielkość człowieka nie na tym polega, że jest bezgrzeszny, ale na tym, że potrafi się do grzechu przyznać. Nie wtedy człowiek jest zdolny do solidarności i heroizmu, kiedy jest nieskalany i patrzy na innych z góry, ale wtedy, kiedy upada i się podnosi – nie sam, ale razem z innymi i dzięki pomocy innych. To rodzi szczególny typ wzajemności. Na dobre i na złe.

Człowiek bez sumienia do takich działań nie jest zdolny. Jeśli się zmienia, to dlatego że zmieniły się okoliczności, do których musi się dostosować. Człowiek bez sumienia jest oportunistą. Dlatego, konkluduje Tischner, „nie można być solidarnym z ludźmi bez sumienia”. Co znaczy, że nie każde „my” i nie każde „razem” jest więzią solidarności. Można „razem” organizować strajk, jak próbują to czynić obecnie gdańscy związkowcy, można zamówić Mszę i ściągnąć na nią prymasa, ale czy to będzie solidarność? Rząd może mówić, że realizuje politykę prospołeczną, ale czy każda polityka zawiera w sobie logikę solidarności? Partia Kaczyńskich może krzyczeć, że chce Polski solidarnej, ba: że domaga się solidarnej Europy, ale czy rzeczywiście solidarność jest celem jej działań, a nie tylko środkiem, który ma pomóc zdobyć władzę?

Teraz staje się jasne, dlaczego św. Paweł pisze, że „nie ma już Żyda ani poganina...”: są tylko ci, którzy mają sumienie, albo – dokładniej – ci, którzy chcą mieć sumienie. Bo tylko ci są zdolni do solidarności.

4

Jest oczywiste, że najłatwiej solidaryzować się z członkiem rodziny, środowiska, związku zawodowego czy plemienia. Czy jednak wtedy rzeczywiście wzięliśmy sobie do serca Pawłową wskazówkę, że nie ma mężczyzny ani kobiety, wierzącego ani niewierzącego, hetero- ani homoseksualisty? Jeśli giną z naszego pola widzenia określające drugiego tożsamości – to rodzi się pytanie: w imię czego mam być z drugim solidarny?

Tischner odwołuje się do przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie. Zauważa, że on także żyje w określonym porządku społecznym, w świecie określonych reguł i polityki. W tym sensie jego sytuacja nie odbiega zasadniczo od tej, w jakiej i my dziś się znajdujemy. Samarytanin staje się figurą człowieka solidarnego po pierwsze dlatego, że chce mieć sumienie. Po drugie, powiada Tischner, jego czyn jest jakby trochę poza tym światem – poza strukturami, które świat ludziom narzucił. Zwróćmy uwagę na stwierdzenie: „struktury świata”. A więc w pierwszej kolejności Samarytanin musiał zmierzyć się z nimi – musiał zdobyć się na podważenie porządku społecznego i politycznego, na zignorowanie reguł, które kazały mu przejść obojętnie wobec cierpiącego i potrzebującego solidarności człowieka.

A teraz zapytajmy siebie: co my robimy? Czy podważamy struktury świata dzikiego kapitalizmu, który – skutecznie nam to wmówiono – mamy traktować niczym powietrze? Czy stawiamy opór kapitalizmowi, który niszczy charakter człowieka, tak jak rdza niszczy blachę, wymuszając na nas egoizm, zawiść, cwaniactwo, chciwość i przewrotność? Cóż jest dla rządu łatwiejsze: zamknąć stocznie, wyrzucając na bruk robotników, bo tak nakazuje logika neoliberalnej ideologii, i zasłaniając się przy tym decyzją Komisji Europejskiej – czy też opracować plan restrukturyzacji? Czy prościej jest dla liderów związkowych atakować rząd przy wsparciu partii opozycyjnej, a tym samym wspierać kapitalistyczne reguły gry i relacji międzyludzkich, czy jednak spróbować iść do robotników i wspólnie z nimi oraz rządem pomyśleć, jak wyjść cało z opresji? Jak ma się zachować bankowiec, który pewnie co niedziela chodzi do kościoła, kiedy przychodzi do niego klient, którego ewidentnie nie stać na zaciągnięcie kredytu – powie mu to w imię solidarności, czy też za wszelką cenę będzie się starał ten kredyt załatwić, bo od każdego udzielonego kredytu dostanie prowizję? Cóż jest takiego przewrotnego w globalnym kapitalizmie, że sprawia, iż człowiek przestaje chcieć mieć sumienie?

Wróćmy do Samarytanina. Jego dobry uczynek jest odpowiedzią na krzyk konkretnego człowieka. „To proste – pisze Tischner – ktoś woła o ratunek. Ranny leży w przydrożnym rowie. Jego ból ma szczególny charakter: nie jest wynikiem choroby, nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, podeszłego wieku, lecz bólem z powodu drugiego człowieka. To człowiek człowiekowi zgotował taki los. Właśnie ten fakt jest ważny, to właśnie w sposób szczególny porusza sumienia i wzywa do solidarności. Nic tak nie oburza jak rana niepotrzebna – rana, którą zadaje człowiekowi drugi człowiek. Nad chorymi operowanymi – litujemy się. Nad skrzywdzonymi – litujemy się i oburzamy zarazem. Z widoku takich bólów rodzi się szczególnie głęboka solidarność”.

I znów Paweł przychodzi na ratunek: „nie ma już Żyda ani poganina...”, jest za to człowiek cierpiący. Dla kogo i z kim jest więc nasza solidarność? Z tymi i dla tych, którzy zostali skrzywdzeni, wykluczeni i poniżeni przez innych ludzi, i którzy cierpią cierpieniem możliwym do uniknięcia, przypadkowym i niepotrzebnym. W zglobalizowanym świecie rodzi się nowy, uniwersalny autorytet – wykluczonych, poniżonych, zepchniętych na margines, „autorytet cierpiących”.

Człowiek cierpiący nie ma narodowości, nie ma koloru skóry, nie ma poglądów politycznych – to znaczy on to wszystko ma, tyle że schodzi to na drugi plan wobec jego bólu, domagającego się naszej odpowiedzi. To prawda, że – jak zauważa teolog Johann Baptist Metz – „autorytet cierpiących” jest „słabym” autorytetem, ale zarazem jest to jedyny autorytet, jaki nam jeszcze pozostał. Jest „mocny” w tym sensie, że ani religijnie, ani kulturowo nie można go ominąć. A jeśli tak, to człowiekowi cierpiącemu musi podporządkować się każdy rozum, każda etyka, każda polityka. Cóż nam bowiem po rozumie, etyce czy polityce, jeśli są one ślepe na krzyk ofiar i błagania cierpiących? Jak pisał Adorno, „dać się wypowiedzieć cierpiącemu – oto warunek wszelkiej prawdy”.

Jaki to ma związek z polityką? Ma – i to duży. Gdy polityka jest dobra, notuje Tischner, wtedy sama jest przepojona duchem solidarności. „Wierna samej sobie polityka jest budowaniem przestrzeni, w której mogą działać sumienia Samarytan. Takich sumień nikt nie powinien się lękać; to nie straż pożarna jest groźna, ale pożary. Miłosierny Samarytanin nawet nie biegnie, by chwycić zbójców. Najpierw trzeba opatrzyć rany chorego. Zbójcami zajmą się ci, którzy stoją w pobliżu polityki. Solidarność to bliskość – to braterstwo dla porażonych”.

Inaczej rzecz wygląda, kiedy etyka solidarności spychana jest do narożnika. Wtedy mamy do czynienia ze złą polityką. A to jest, niestety, nasza obecna sytuacja. Powiedzmy wprost: nasza polityka jest zła. Dlaczego? Slavoj Žižek zwraca uwagę, że dziki kapitalizm sprawia, iż w pierwszej kolejności ratuje się upadające banki, które na skraj bankructwa doprowadziła chciwość ich szefów, a nie ratuje się dzieci, które każdego dnia tracą życie w Afryce z braku pitnej wody i podstawowych lekarstw. Jesteśmy przerażeni niesprawiedliwością neoliberalnej ideologii, kiedy demokratyczne rządy, w imię zachowania prawa i porządku, uspołeczniają straty prywatnych banków i globalnych instytucji finansowych, wpompowując w nie miliardy dolarów, pozwalając jednocześnie na prywatyzację ich zysków.

A więc, czy wszyscy razem i każdy z osobna jesteśmy aż tak ślepi i głupi, że stojąc nad przepaścią, do której doprowadził nas dziki kapitalizm, wciąż nie dostrzegamy, że ostatnią deską ratunku jest etyka solidarności, która może stać się podstawą do budowania nowej wspólnoty? Ile jeszcze krzywdy, cierpienia, wykluczenia i poniżenia musimy zobaczyć, by zdać sobie sprawę, że przeżyjemy tylko wtedy, kiedy jeden drugiego brzemiona będzie nosił? I kiedy ostatecznie zdamy sobie sprawę, że nie ma Żyda ani poganina, biednego i bogatego, wierzącego i niewierzącego, bo w tym jednym i jedynym świecie, gdyż innego nie mamy, jaki jest nam dany, wszyscy jesteśmy równi, gdyż każdy z nas jest człowiekiem?

Kapitalistyczne mury niesprawiedliwości i wykluczenia zadrżą, a jego fundamenty obrócą się w pył nie wtedy, kiedy kryzys ekonomiczny i gospodarczy wystarczająco się pogłębi, by zrodzić bunt mas, ale wtedy, kiedy słowo solidarności w ich działaniach stanie się ciałem, prowadząc do powstania nowej, globalnej wspólnoty. Drżyj kapitalizmie, solidarni w solidarności pukają do twych bram! 


tygodnik.onet.pl


opr. aś/aś



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polska kapitalizm historia Solidarność odnowa
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W