Kiedy bankomat nagle łyka kartę. Euroentuzjaści naprawdę boją się polexitu

Narastająca w Polsce niechęć do Unii Europejskiej wynika z różnych przyczyn. Kwestie światopoglądowe mają swoje znaczenia, a nadzieje, że Unia nam nic nie narzuci zwyczajnie się nie spełniły. Na młodsze pokolenie mniej działa argument z kompleksów („zawsze chcieliśmy być Zachodem”). Moim zdaniem decyduje jednak prosty rachunek.

ETS zostaje. Unijny system handlu emisjami będzie może lekko zmodyfikowany, ale nie zmieni się podstawowa zasada – Unia Europejska odchodzi od paliw kopalnych, a za korzystanie z nich obywatele mają płacić. Takimi ustaleniami zakończył się szczyt Rady Europejskiej.

Nie-włoska robota

W Palermo otwiera się restauracja, a trzech przedstawicieli faktycznej lokalnej władzy zastanawia się, co z nią zrobić. Pierwszy radzi ściągać z niej po tysiąc euro dziennie, żeby zarobić jak najwięcej. Drugi uważa, że wystarczy tysiąc euro miesięcznie, bo inaczej lokal padnie, a wtedy się nie zarobi. Trzeci oprócz haraczu chce zakazać restauracji sprzedawania pizzy i makaronu, a nakazać dodawanie do każdej potrawy kapusty z miodem; do tego lokal ma likwidować co miesiąc jeden stolik i w ten sposób w ciągu dwóch lat zamknąć działalność. Który z tych trzech pomysłów jest najgorszy?

Odpowiedź nie jest oczywista, bo restauracja pada – więc mafia traci haracz – i w pierwszej, i w trzeciej sytuacji. Dylemat jest jednak czysto teoretyczny, bo na Sycylii gangster z takim ADHD jak ten trzeci pewnie nie przetrwałby długo w branży (i tak w ogóle). No ale Bruksela to nie Palermo.

Podatek i hamulec

System handlu emisjami nie jest po prostu podatkiem. Jest – tak jak cała unijna polityka klimatyczna – blokadą rozwoju przemysłu. Blokadą założoną najzupełniej świadomie – Unia chce zlikwidować przemysł wydobywczy oraz oparte na kopalinach transport i energetykę, a także ogromną część rolnictwa. Nie przejmuje się przy tym, że alternatywne opcje są zwyczajnie niewydolne (o ile w ogóle istnieją, elektrycznego lotnictwa nie ma) i okładanie węgla i ropy opłatami tego nie zmieni.

Widmo się materializuje

Na prounijnej prawicy pojawił się ostatnio realny strach przed polexitem. Nie chodzi mi o używanie tego pojęcia jako straszaka na oponentów, bo to akurat zdarzało się ludziom z różnych opcji już dawno, ale o faktyczną obawę polityków i komentatorów mocno przekonanych do Unii, że Polska UE opuści. Jak wiadomo, jedyną partią, która stawia taki postulat jest Konfederacja Korony Polskiej Grzegorz Brauna. Nie robi tego nawet właściwa Konfederacja, a PiS ciągle próbuje się trzymać narracji „Bruksela jest zła, musimy być w Unii”. Jednak perspektywa wyjścia Polski z UE nie jest tak abstrakcyjna, jak mogła się wydawać kilka lat temu.

W 2018 r. Dobromir Sośnierz, wówczas europoseł partii KORWiN zlecił badania, z których wyszło, że zwolenników polexitu jest nie więcej niż 5 proc., a najważniejsze są dla nich sprawy światopoglądowe. Dla przytłaczającej większości badanych pomysł rozstania z Brukselą był zupełnie nie do przyjęcia, nawet jeśli pytani o szczegóły nie widzieli żadnych pozytywów Unii Europejskiej. Tymczasem w obecnych sondażach zwolenników pożegnania UE jest ponad 20 proc. Badanie United Surveys z grudnia 2025 r. wskazywało nawet na 24,7 proc. I co istotne, za wyjściem z UE opowiedziało się 47 proc. wyborców PiS, w tym 29 proc. „zdecydowanie”.

Ameba nie do zatrzymania

Euroentuzjastyczna prawica przekonuje, że odpowiedzią na ewentualne problemy Unii są reformy. Tylko trudno podać przykład czegoś, co ostatnio udało się zreformować. Mało tego, nawet spowalnianie degeneracji nie za bardzo wychodzi. UE idzie cały czas w stronę centralizacji. Ruchem ameby, bo jest mocno bezwładna i nawet tych złych zmian nie jest w stanie przeprowadzić normalnie, ale w końcu to robi. Nie da się zmienić traktatów, żeby państwa miały mniej do powiedzenia? Można wprowadzić warunkowość, wtedy muszą słuchać. Nie da się zabronić „exitów”? Zaciągamy wspólny dług, wtedy nikt nie wyjdzie. Kłopoty z przyjęciem umowy z Mercosur? Stosujemy ją „tymczasowo”. Nie ma zgody na wspólną armię? Robimy SAFE; o armiach państwowych będzie decydować Komisja Europejska. I tak dalej.

Kiedy bankomat łyka kartę

Narastająca niechęć do UE wynika z różnych przyczyn. Kwestie światopoglądowe nadal mają znaczenie, a działania TSUE pokazują, że przekonanie, iż Unia nam nic nie narzuci zwyczajnie nie jest prawdziwe. Do tego na młodsze pokolenie mniej działa argument z kompleksów („zawsze chcieliśmy być Zachodem”). Moim zdaniem decyduje jednak prosty rachunek.

Przez lata Polacy uważali Unię Europejską za bankomat. Kochali ją, bo dawała dopłaty. A nagle okazało się, że bankomat połknął kartę. UE zaczęła pieniądze dla Polski ostentacyjnie wstrzymywać. A na dodatek do upadłego forsuje zielony ład, który praktycznie każdego kosztuje, a do tego nie pozwala normalnie funkcjonować.

To gdzie tu interes?

 

Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama