Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Artur Sporniak

Dziecko jest święte

Przy dzisiejszym stanie wiedzy psychologicznej bicie dzieci stanowi kompromitację dorosłych.
Ale trzeba powiedzieć więcej: czas najwyższy, by przyjrzeć się dziecku na poważnie także w teologii i wreszcie zacząć się od niego czegoś uczyć.

Wyobraźmy sobie, że właśnie odbywa się planowany na październik Synod Biskupów poświęcony nowej ewangelizacji. Obrady biskupów i kardynałów nie przebiegają bez napięć. Na temperaturę dyskusji wpływ mają konsekwencje niedawnej afery Vatileaks. Wtem, podobnie jak po zmartwychwstaniu, wśród zgromadzonych biskupów staje Jezus. Co powiedziałby dziś?

Możliwe, że to samo, co powiedział do spierających się o pierwszeństwo apostołów: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 3). Jak zareagowaliby współcześni apostołowie?

Prawdopodobnie przyjęliby te słowa do wiadomości, odnotowali w dokumentach Synodu, a papież zamieścił w posynodalnej adhortacji. Wątpię jednak, by to w praktyce coś poważnego zainicjowało, np. powstanie teologii dziecka, czyli bardziej systematycznego i dokładnego namysłu, badającego, które z wymiarów naszego dzieciństwa dają wstęp do nieba. Wątpię dlatego, że Kościół miał dość czasu, by zgodnie ze wskazaniem Jezusa zainteresować się dzieckiem, i właściwie przez dwa tysiące lat swego istnienia tego nie uczynił.

***

To bardziej konstatacja niż zarzut. Jak pokazują badania historyczne, dziecko w starożytności i średniowieczu nie istniało w społecznej świadomości, było nikim. Zaczynało istnieć dopiero wtedy, gdy na tyle podrosło, by móc pracować. Wówczas od razu wchodziło w świat dorosłych. Philippe Ariès w „Historii dzieciństwa” przekonuje, że ta społeczna i emocjonalna „niewidzialność” małych dzieci wynikała z dużej ich śmiertelności. Rodzice bronili się psychologicznie przed zbyt częstą żałobą brakiem przywiązania do swoich pociech. Wysoką śmiertelność neutralizowała z kolei duża płodność — swoista wymienialność dzieci. Zdaniem francuskiego uczonego, drugim czynnikiem wpływającym na nieważność dzieciństwa był występujący aż do czasów nowożytności brak prywatności, a co za tym idzie — brak warunków sprzyjających rozwojowi intymnych kontaktów między rodzicami a dziećmi. Sytuacja powoli zaczęła się zmieniać dopiero wraz z rozwojem szkolnictwa — uczący się młody człowiek, na którego utrzymanie trzeba było łożyć, skupiał na sobie siłą rzeczy większą uwagę.

***

Dziecko zatem w historii nie miało szczęścia. Można dodać — w Kościele nie ma go do dzisiaj, mimo aż tak niezwykłej protekcji: postawienie w Nowym Testamencie dziecka za wzór wierzącym to jeden z najbardziej radykalnych ewangelicznych paradoksów Mistrza z Nazaretu. Świadkowie nauczania Jezusa lojalnie odnotowali Jego logion, który ostatecznie trafił do spisanych ewangelii. Do dzisiaj jest on odczytywany podczas liturgii, ale wrażenia większego nie robi, tak jak nie zrobił na apostołach dwadzieścia wieków temu.

A szkoda, gdyż Jezus mówi najwyraźniej o nowym, zaskakującym warunku zbawienia — mamy się stać jak dzieci, inaczej nie poczynimy postępów w wierze (i łasce). Gdy mowa o warunkach uświęcania się, Kościół naucza o sakramentach. Przypomnijmy katechizmową formułę sakramentu: to widzialny znak niewidzialnej łaski, która nas upodabnia do Boga i czyni Jego przyjaciółmi. Dziecko, zgodnie ze słowami Jezusa, będąc drogą do królestwa niebieskiego, samo staje się quasi-sakramentem. Aż dziwne zatem, że dotychczas nie rozwinęła się poważna teologia dziecka.

Zapotrzebowanie na nią jest jednak silne, można wręcz w tym przypadku mówić o wyraźnym sensus fidelium (zmyśle wierzących), czego znakiem jest powodzenie, jakim w sferze duchowości wśród wierzących cieszy się „mała droga” Teresy z Lisieux, będąca najbardziej znaną odmianą dziecięctwa duchowego, czyli — za Encyklopedią Katolicką — „formą dążenia do chrześcijańskiej doskonałości przez odnoszenie się do Boga jako do dobrego Ojca przy zachowaniu niektórych cech dziecka”. Jakich cech? Można ich wymienić sporo: niemal naiwne zaufanie, ciekawość, prostolinijność, radość. Ale chyba teologicznie najważniejsza jest całkowita zależność dziecka od rodzica, zwłaszcza od matki. Dziecko to archetyp „ubogiego”, adresata ewangelicznych Ośmiu Błogosławieństw: to ono nie ma głosu — jest nieważne, płacze, samo nic nie posiada i dzięki temu jest całkowicie otwarte, czystego serca, z poczuciem genetycznej wręcz sprawiedliwości...

Największą teologiczną wrażliwość okazał do tej pory dziecku Jan Paweł II. W adhortacji poświęconej rodzinie „Familiaris consortio” papież zauważa, że „troska o dziecko (...) jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka”, jest też wypełnianiem podstawowej misji Kościoła (dzielonej przez Kościół z rodzicami, choć oczywiście w innym wymiarze). W „Liście do dzieci”, analizując wypowiedzi Jezusa, Wojtyła pisze, że Ewangelia do tego stopnia jest „przeniknięta prawdą o dziecku”, iż „można by ją w całości odczytywać jako »Ewangelię dziecka«”. „Jest coś takiego w dziecku, co winno się odnaleźć we wszystkich ludziach, jeżeli mają wejść do królestwa niebieskiego”. Co to takiego? Papież dopowiada: prostota, pełnia zawierzenia, pełnia dobroci i czystości. Jan Paweł II mówi też o sile modlitwy dziecka i daje ją za wzór dorosłym: „Modlić się z prostotą i całkowitą ufnością to znaczy zwracać się do Boga tak, jak czynią to dzieci”.

Szkoda, że adresatem listu są niepełnoletni. Właściwie nie wiadomo, jak taki dokument interpretować od strony formalnej i doktrynalnej. Być może dlatego zawodowi teolodzy nie mają śmiałości poważnie potraktować rewolucyjnych tez papieża.

***

To nieśmiałość zupełnie nieuzasadniona, jeśli się weźmie pod uwagę poważne współczesne teorie nauk szczegółowych, które poznawczą wartość dzieciństwa odkryły już ładnych kilka dziesiątków lat temu. Jest czymś niezwykłym i znamiennym, że nasze człowieczeństwo w dużej mierze zawdzięczamy temu, iż biologicznie udało nam się pozostać wiecznym dzieckiem. Biologia zna zjawisko neotenii polegające na zatrzymaniu lub opóźnieniu ekspresji genów odpowiedzialnych za osobniczy rozwój, ale poza naszym gatunkiem nigdzie indziej zjawisko to nie przyniosło aż tak spektakularnych owoców.

Holenderski anatom Louis Bolk już w 1926 r. zauważył, że pod względem fizjonomii bardzo przypominamy małpie noworodki: nie mamy zwierzęcego pyska, tylko płaską twarz, wyprostowaną postawę ciała, wyższe czoło, brak nam owłosienia, mamy bardziej centralnie umieszczony otwór wielki w czaszce i przede wszystkim większy stosunek masy mózgu do masy ciała. Jego zdaniem „człowiek jest płodem naczelnych, który dojrzał płciowo”.

Inni uczeni w późniejszych latach doprecyzowali hipotezę uczłowieczenia przez neotenię, zauważając przede wszystkim, że nasz gatunek zachował przez całe osobnicze życie pewne cechy dziecka, które umożliwiły mu niezwykłą przewagę ewolucyjną: jesteśmy właściwie do końca naszych dni ciekawi świata, zdolni do nauki i żądni zabawy.

Biolodzy ewolucyjni przekonują także, że więzi społeczne, np. silna erotyczna więź między mężczyzną a kobietą, korzystają z tych samych mechanizmów mózgowych, co prastara więź między matką a jej nowo narodzonym dzieckiem. Zatem protoplastą naszego instynktu społecznego, będącego biologicznym fundamentem kultury, jest obok zjawiska neotenii i utrwalonej przez niego wrażliwości dziecka także instynkt rodzicielski.

***

Biorąc to wszystko pod uwagę, spróbujmy z czystym sumieniem uderzyć dziecko. Czy będziemy w stanie?   

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: dziecko teologia Jan Paweł II rodzicielstwo list do dzieci bicie dzieci
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W