Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ireneusz Cieślik

"Przyjmujesz to, czym się stajesz"

Spory - polemiki

Ucieszyło mnie bardzo stwierdzenie ks. Szymona Fedorowicza, że "klerykalizm nigdy nie był czymś dobrym" ("Chodzi o sacrum" - "TP" nr 36/98). Sprawa niby oczywista, ale z ust księży znacznie częściej słyszałem pomstowanie na antyklerykalizm, miło więc, że choć od "Tygodnikowego" autora człowiek uzyskuje potwierdzenie, iż rzeczą złą jest coś, co mu się bardzo nie podoba w Kościele.

Klerykalizm i wyobraźnia

Moja wspólnota poglądów z ks. Fedorowiczem okazała się jednak niewielka, a radość została mocno zachwiana po przeczytaniu następnych jego słów, w których oznajmił, że niżej podpisany walczy nie z klerykalizmem, ale "z własnym wyobrażeniem klerykalizmu, którym chce obarczyć duchownych różnych okresów historii Kościoła". Cóż, nie mam zbyt wygórowanego zdania o swoich wyobrażeniach, staram się więc w miarę możności skonfrontować je z wyobrażeniami mądrzejszych ode mnie. W tym przypadku posłużyłem się zdaniem Tadeusza Żychiewicza, który kwestię zarówno klerykalizmu, jak i antyklerykalizmu podejmował w niejednym artykule (duchowni autorzy jakoś niechętnie o tym piszą). Dzięki ks. Fedorowiczowi dowiedziałem się, że to, co Żychiewicz nazywał klerykalizmem, to tylko jego wyobrażenie klerykalizmu. Wyjaśnienia zbłąkanej owieczce, jakie jest prawidłowe, próżno jednak szukać w tekście mego oponenta. Niech mi więc wolno będzie pozostać przy zdaniu Tadeusza Żychiewicza.

A niestety, do tego, co pisał Żychiewicz o klerykalizmie, artykuły ks. Szymona Fedorowicza pasują "jak ulał". Choćby jeśli chodzi o stosowanie podwójnej miary wobec księży i nie-księży. Pisze ks. Fedorowicz np., że moją słabą stroną "jest sprawa autorytetu w sprawach teologicznych i historycznych", gdyż uznaję "tylko dwa: Tadeusza Żychiewicza i swój własny". Skąd wyciągnął tak arbitralny wniosek, nie podaje. Przypuszczać jedynie mogę, że chodzi o to, iż jedynym wymienionym źródłem poglądów zawartych w moim tekście był esej Żychiewicza pt. "Zamknięty ogród braminów". Czyżby jednak miało to oznaczać, że skoro na poparcie swoich tez ks. Fedorowicz nie wymienia żadnego nazwiska, to sprawa autorytetu jest u niego jeszcze słabszą stroną? Czy też - mocniejszą, bo on - ksiądz, a ja i Żychiewicz to "świeccy"? (Może o to też chodziło Księdzu, kiedy pisze, iż jego uwaga skupiła się na sacrum, a ja wszystko sprowadzam do profanum? - wszak z definicji jestem profan i na nic się zdadzą wszystkie stopnie naukowe z teologii, bo i tak będę wykazywał "brak elementarnej wiedzy teologicznej".)

Pisałem tekst publicystyczny, a nie artykuł naukowy, nie uważałem więc za stosowne zamęczać czytelnika podawaniem adresów bibliograficznych przytaczanych tez. Mogę jednak zapewnić ks. Fedorowicza, iż w swojej polemice nadepnął na odcisk niejednemu autorytetowi w sprawach teologicznych i historycznych. Tutaj chciałbym sprostować tylko jedną sprawę: mianowicie ks. Szymon Fedorowicz błędnie przypisuje mi "oryginalność odkrycia", że "w społeczeństwie cesarstwa Rzymskiego biskupi i prezbiterzy zajęli miejsce kapłanów pogańskich". Otóż jest to niemal dosłowny cytat z artykułu ks. prof. Andrzeja Zuberbiera zamieszczonego w zeszłorocznym "Znaku" poświęconym kapłaństwu. Cóż, rozmowy z księżmi wielokrotnie przekonywały mnie, że kilkudziesięcioletnie starania ks. prof. Zuberbiera, by posoborowa (będąca zarazem powrotem do biblijnej) teologia kapłaństwa "zbłądziła pod strzechy", mają nikłe szanse powodzenia, teologia ta bowiem przeżywa znacznie bardziej zasadnicze trudności z dotarciem pod seminaryjne dachówki. Nie dziwi mnie zatem, że cytaty z jego artykułów uchodzą za oryginalne odkrycia.

Ks. Szymon Fedorowicz zdaje się uważać, że nie do pomyślenia jest, aby duchowieństwu cokolwiek można było zarzucić. Oczywiście, przyznaje, że czasami jakiemuś księdzu zdarzają się jakieś wybryki, niestosowne jest jednak, by wierny śmiał mieć jakiekolwiek zastrzeżenia do "stanu kapłańskiego". Ta apologetyczna postawa sprawia, że mój oponent dopatruje się obwiniania kleru nawet tam, gdzie wcale nie miałem takiego zamiaru. Kiedy piszę, że istotną rolę w zaniku starożytnego zwyczaju komunikowania na rękę odegrał proces klerykalizacji liturgii, ks. Fedorowicz natychmiast "demaskuje" moje intencje: "czyli, że winien jest kler". Ciekawe, że gdy sam pisze o klerykalizacji liturgii, to winna jest "pewna teologia i mentalność średniowiecznego społeczeństwa". Myślę, że to apologetyczne zacietrzewienie sprawiło, iż nie dostrzegł, że pisałem niemal wyłącznie o uwarunkowaniach procesu klerykalizacji związanych właśnie ze zmianami w teologii kapłaństwa, Kościoła i Eucharystii. Śmiem też twierdzić, że gdyby nie polemiczne emocje, ks. Fedorowicz nie uznałby wskazanych przez siebie przyczyn stronienia wiernych od Komunii za zupełnie odmienne od tez zawartych w moim artykule. Przyczyny te bowiem doskonale wpisują się w ramy nakreślonego przeze mnie obrazu zmian w teologii (takich przyczyn można zresztą wskazać więcej).

Daruję sobie dalsze prostowanie różnych dziwnych twierdzeń i oczywistych niekonsekwencji mojego oponenta. Wolę skoncentrować się na odmienności w rozumieniu tajemnicy Eucharystii, która - wydaje mi się - leży u źródeł wielu różnic w poglądach dzielących mnie z ks. Fedorowiczem. Zresztą, w tej kwestii - jak przynajmniej wynika z wielu przeprowadzonych rozmów i przeczytanych publikacji - poglądy mego adwersarza są charakterystyczne dla przeważającej liczby wiernych w polskim Kościele. Mogę więc ks. Fedorowicza potraktować jako reprezentanta dominującej większości.

WSCHÓD I ZACHÓD

Odmienne rozumienie tajemnicy Eucharystii daje znać o sobie, kiedy ks. Fedorowicz pisze, że "właśnie w średniowieczu obserwujemy ogromny wzrost pobożności eucharystycznej (kult Bożego Ciała, pojawienie się monstrancji w celu wystawień adoracyjnych)". Mam spore wątpliwości. To, co ks. Fedorowicz nazywa wzrostem pobożności eucharystycznej, określiłbym bowiem raczej jako zredukowanie jej do jednego tylko aspektu, przy niemal zupełnym zapoznaniu innych, czasem bardziej istotnych. Czy można mówić o wzroście pobożności eucharystycznej, kiedy ogromna większość wiernych nie przystępuje do Komunii? Czy przeakcentowanie praktyk adoracyjnych nie jest raczej końcowym efektem omówionej przeze mnie ewolucji, sprowadzającej uczestnictwo wiernych do roli widza? Podobne pytania można mnożyć.

Kilkanaście lat temu uczestniczyłem w spotkaniu ekumenicznym, podczas którego teologowie różnych wyznań przedstawiali swój punkt widzenia na tajemnicę Eucharystii. I jeśli przemawiali katolicy bądź protestanci, to mowa była o transsubstancjacji, konsubstancjacji, transfinalizacji, itp. lub o obecności realnej, symbolicznej, czasowej, trwałej, itd. Oczywiście, były poruszane jeszcze inne aspekty, ale o celebracji bodaj ani słowa. Natomiast przedstawiciel prawosławia mówił o świętowaniu, celebracji Paschy, spotkaniu z Chrystusem, doświadczeniu Ducha Świętego, misterium Kościoła, "niebie na ziemi", pięknie, harmonii… Przywołałem to zdarzenie, gdyż pokazuje ono, że dla chrześcijanina Zachodu, protestanta czy katolika, Eucharystia to przede wszystkim konsekrowane dary, reszta jest sprawą drugorzędną, w zasadzie mało istotną oprawą, mogącą być co najwyżej dobrą okazją do katechezy. Kiedy chrześcijanin Wschodu mówi o Eucharystii, to myśli przede wszystkim o celebracji misterium, o Boskiej Liturgii (to prawosławne określenie Mszy św.). To zdarzenie uświadamia również, jak bardzo dziedzictwo zawężającego średniowiecznego spojrzenia ciąży na teologii Eucharystii całego zachodniego chrześcijaństwa. To bowiem właśnie prawosławie, które ominęły średniowieczne jednostronności w teologii Eucharystii, zachowało pierwotniejszą, bardziej integralną jej koncepcję (czy ks. Fedorowicza, tak chwalącego wyczucie sacrum u chrześcijan wschodnich, nie zastanowiło, że nie ma u nich święta Bożego Ciała ani nie są im znane praktyki wystawień adoracyjnych?).

Naturalnie, ks. Fedorowicz nie musi być przekonany do prawosławnego punktu widzenia, nie musi wiedzieć, że posoborowa odnowa liturgiczna pełnymi garściami czerpała z teologii Eucharystii naszych prawosławnych braci (wpływy tej teologii widoczne są zresztą w soborowej Konstytucji o liturgii). Może więc posłucha, co na temat eucharystycznego dziedzictwa średniowiecza pisze jeden z wybitniejszych współczesnych liturgistów katolickich, Paul de Clerck: "teologowie w średniowieczu ograniczyli swoje zainteresowania tylko do jednego aspektu Eucharystii: do sposobu, w jaki dokonuje się przemiana chleba i wina. Modlitwy eucharystycznej nie traktowali już jako programu całej celebracji, ale jako ciąg modlitw okalających konsekrację, która skupiała na sobie całą uwagę (przez podniesienie wprowadzone w XIII wieku i przez dźwięk dzwonków)". Zdaniem de Clercka skutki takiego podejścia do Eucharystii widoczne są do dziś. Pisze: "nie przywykliśmy do udziału w liturgii, zwłaszcza w modlitwie eucharystycznej. Nie zadajemy sobie trudu, aby nasze uczestnictwo nabierało coraz większej głębi. Bo od wieków istniał zwyczaj, że wierni »modlili się w czasie Mszy świętej«, korzystając z pomocy książeczek do nabożeństwa, ale nie wchodząc w samo sprawowane misterium. Zjawisku temu sprzyjało stosowanie łaciny oraz eklezjologia podkreślająca różnicę między kapłanem i wiernymi świeckimi" (cytaty z książki pt. "Zrozumieć liturgię", wyd. "Jedność", Kielce 1997).

Wymowa znaków

Oczywiście nie są to wszystkie skutki takiego dziedzictwa. Można by np. pytać, czy w wyniku skoncentrowania się jedynie na konsekrowanych postaciach, Chrystus nie został w praktyce niemal urzeczowiony, sprowadzony do jakiegoś supercennego, ale jednak przedmiotu (którego właściwości badają za pomocą odpowiedniego "szkiełka i oka" przygotowani do tego specjaliści - teologowie i filozofowie chrześcijańscy). Przecież to jednostronne zainteresowanie sprawiło, że zagubiona została świadomość innych form obecności Chrystusa, nie mniej wszak rzeczywistych. Tym samym erozji uległo np. zrozumienie eklezjalnego charakteru Eucharystii. Kto dziś słysząc w modlitwie eucharystycznej przyzywanie Ducha Świętego, aby przemienił przyniesione dary chleba i wina, zauważa, że Duch Święty przyzywany jest tak samo nad zgromadzonymi? I tak, jak przemienia On chleb i wino w Ciało i Krew Chrystusa, tak też jednocząc wiernych przemienia ich w Kościół - Ciało Chrystusa. Także i w tym drugim przypadku śmiało możemy więc mówić o tajemnicy przeistoczenia. Mamy tu bowiem do czynienia z tożsamością Ciała Chrystusa (stąd augustyńskie: "przyjmujesz to, czym się stajesz").

To właśnie uprzedmiotowiające rozumienie obecności Chrystusa w Eucharystii i zagubienie jej eklezjalnego wymiaru sprawia, że z taką nonszalancją traktowany jest przepis zalecający, aby wierni przyjmowali Komunię z tych samych darów, co ksiądz. Jakże często, upominając się o jego stosowanie, widziałem zdziwione miny rozmówców: "O co chodzi? Przecież to ten sam Pan Jezus". A czasem jeszcze ironiczny dodatek: "A co? Ten wcześniej konsekrowany stracił termin ważności?". Jakoś zupełnie nie mogli dostrzec wymowy sakramentalnego znaku jedności wiernych, współuczestniczących w spożywaniu tego samego Chleba (niezapomnianym przeżyciem i zarazem wzorem pozostaną tu dla mnie celebracje sprawowane przez śp. ks. Wojciecha Danielskiego, do których używał jednej wielkiej Hostii, łamanej następnie i rozdzielanej wszystkim uczestnikom).

Podobnie jest też z innymi znakami liturgicznymi. To właśnie jednostronne skoncentrowanie uwagi na przemianie eucharystycznych postaci powoduje bagatelizowanie wymowy tych znaków. Co gorsza, tworzy się ekwilibrystyczne konstrukcje teologiczne, byle tylko usprawiedliwić stosowaną praktykę. W tej kwestii, jak zauważa de Clerck, "uczone wywody przybierają z reguły tym gwałtowniejszy ton, im większe jest niedbalstwo w stosunku do widzialnych elementów liturgii", a na samo stwierdzenie, że w świecie znaków, jakim jest liturgia, nic nie jest bez znaczenia, częstą reakcją bywa zaprawiona gniewem replika: "Czy to ważne?".

Reakcja taka nieraz dawała o sobie znać w "Tygodnikowej" dyskusji o Komunii na rękę. "Przecież to nie najważniejsze!" - brzmiały głosy dyskutantów, jakby oburzonych, że w ogóle się tę kwestię podejmuje. "Przecież to mało istotne czy Komunię przyjmuje się pod jedną, czy dwiema postaciami, wszak zawsze jest to cały Pan Jezus" - słyszał niejeden wierny. Tylko, że jeśli traktowalibyśmy w ten sposób sprawę liturgicznych znaków, cała liturgia staje się bezsensownym ceremonializmem, a Msza św. jest sprowadzana do czegoś w rodzaju fabryki (ważny jest produkt, nieistotne jak wygląda taśma montażowa, sposób podania produktu, ani też to, czy otrzymamy go z taśmy czy z magazynu). I potem narzekając na bierność wiernych dziwimy się, że godzinami i bezskutecznie tłumaczymy potrzebę pełniejszego uczestnictwa w liturgii. (A wierny np. nie chce kłamać i śpiewać "Ile razy ten Chleb spożywamy i pijemy z tego Kielicha…", kiedy on z tego Kielicha nie pił ani razu! - czyżby to miało oznaczać, że nie ma udziału w misterium paschalnym Chrystusa? Już nie chcę się nawet domyślać, co np. może oznaczać Komunia pod jedną postacią i z tabernakulum w kontekście symboliki Eucharystii jako uczty.)

Jaka cześć?

Chciałbym tu zwrócić jeszcze uwagę na jeden zwyczaj, z którym dane mi było spotkać się w kilku parafiach, bowiem w nim bodaj najwyraźniej dochodzi do głosu zawężająca koncepcja Eucharystii. Chodzi mi o zwyczaj określany mianem "niedzieli adoracyjnej". Polega to na zorganizowaniu co jakiś czas (najczęściej raz w miesiącu) wystawienia Najświętszego Sakramentu bezpośrednio po niedzielnej Mszy św. Wszyscy klękają, ksiądz odmawia kilka modlitw (z reguły jakąś litanię) i udziela błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. "Żeby nie przedłużać", trzeba jakoś wygospodarować na to czas, co w praktyce oznacza: szybciej skończyć Mszę. Tak więc śpiewy, o ile w ogóle są, ogranicza się do minimum, opuszcza się homilię i modlitwę powszechną, a ksiądz recytuje teksty modlitw z prędkością karabinu maszynowego. Wszystko to oczywiście dla większej chwały Bożej, aby wyrazić naszą cześć dla Najświętszego Sakramentu.

Myliłby się ten, kto dostrzegając nutę ironii w poprzednim zdaniu, pomyślałby, że mam tu zamiar dowcipkować sobie z różnych parafialnych zwyczajów. Kiedy byłem w kościele na takiej Mszy, wcale nie było mi do śmiechu, za każdym razem miałem bowiem wrażenie, że jestem świadkiem profanacji Eucharystii, zorganizowanej w imię czci dla niej.

Nie mam zamiaru kwestionować wartości adoracji, ani wykazywać, że jest ona nie do pogodzenia z Mszą św. - to wszystko da się zorganizować i choć moje doświadczenia z kilku regionów Polski są podobne, to wiem, że nie zawsze musi to wyglądać tak źle, jak opisałem. Chodzi mi o co innego: że tym, na których spoczywa największa odpowiedzialność za kształt liturgii, do głowy nie przyjdzie, iż dla pobożności eucharystycznej porządne przygotowanie i sprawowanie Eucharystii ma o wiele większe znaczenie niż nawet tygodniowe adoracje.

 

Zdaję sobie sprawę, że niektóre z użytych tu - zwłaszcza w końcowej części - sformułowań są mocne, może nawet przejaskrawione. Proszę mi wierzyć, że nie chodziło mi o bulwersowanie, ani tym bardziej urażanie kogokolwiek; jeśli ich użyłem, to tylko w celu wyraźniejszego ukazania problemu.

Przedstawiając bliższe mi rozumienie tajemnicy Eucharystii, tym, którzy mają odmienne, nie miałem zamiaru zarzucać, że nie podzielają mojego (choćby z tego powodu, iż bagażu wieków nie zdejmuje się tak łatwo; poza tym wiem, że ich spojrzenie niesie w sobie wiele wartości, które uzupełniają i jeszcze w niejednym mogą uzupełnić moje pojmowanie). Zależało mi raczej na ułatwieniu im zrozumienia, z jakich powodów ich pojmowanie realizowane w praktyce może sprawiać, że dla niejednego współbrata czy współsiostry uczestnictwo we wspólnej przecież dla nas wszystkich Eucharystii może być mocno utrudnione, a czasem nawet stać się prawdziwą męką.

Choć doceniam zalety polemiki, w ogniu której łatwiej krystalizują się niektóre sądy, to żałuję, że w tym duchu odbyła się "Tygodnikowa" dyskusja. Jestem bowiem przekonany, że spokojny dialog, chęć zrozumienia innego, dotarcia do tego, co wspólne, bardziej otwiera na prawdę niż pragnienie udowodnienia swojej racji. Co przyznaję ze skruchą, bom sam nie bez winy.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: klerykalizm liturgia Eucharystia znak Szymon Fedorowicz Tadeusz Żychiewicz Andrzej Zuberbier adoracyja
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W