„Kwiatki Josepha Ratzingera”. Za medialnym obrazem „pancernika” krył się niezwykle wrażliwy i pokorny człowiek

Joseph Ratzinger był człowiekiem obdarzonym poczuciem humoru, wielką wrażliwością i pokorą, wbrew fałszywemu obrazowi „pancernego kardynała” wytworzonemu przez media. O jego charakterze wiele mówią wspomnienia zebrane w książce „Nasz Benedykt, czyli kwiatki Josepha Ratzingera”.

 

Tym, co cechowało Josepha Ratzingera już w dzieciństwie – i pozostało istotną cechą jego charakteru aż do końca życia – była wielka wrażliwość. Przypisywana mu przez rozmaitych publicystów „twardość” czy też sztywność nie miała pokrycia w rzeczywistości. Owszem, Ratzinger był introwertykiem, a jak wiadomo – introwertycy nie afiszują się ze swymi emocjami, ale z pewnością nie był człowiekiem sztywnym czy niewrażliwym. Jako mały chłopak fascynował się światem przyrody i muzyką, ale tym, co dotykało szczególnie czułej struny w jego duszy była liturgia. Mając siedem lat napisał list z życzeniami do Dzieciątka Jezus, co chciałby dostać pod choinkę: „książeczkę do nabożeństwa, zielony ornat i wizerunek Serca Jezusowego”. I faktycznie liturgia była nieraz treścią jego zabawy, wraz ze starszym bratem Georgiem: „«Odprawiali» msze w uszytych specjalnie dla nich przez znajomą krawcową ornatach. Na przemian jeden był księdzem, a drugi ministrantem”. Rok liturgiczny wyznaczał rytm życia mieszkańców Bawarii i jak później pisał sam Ratzinger: „Czas zyskiwał dzięki rokowi kościelnemu swój rytm, a ja, właśnie już jako dziecko, odbierałem to z dużą wdzięcznością i radością”.

Zamiłowania małego Josepha nie ograniczały się, rzecz jasna, tylko do liturgii. Był całkiem normalnym dzieckiem. Ledwo nauczył się chodzić, zobaczył w sklepie w rodzinnej miejscowości pluszowego misia. Później wielokrotnie przychodził wraz z rodzeństwem go oglądać. Niestety któregoś dnia miś „Teddy” znikł z witryny sklepowej. Joseph rozpłakał się i nie dało się go pocieszyć. Wkrótce jednak nadeszło Boże Narodzenie i okazało się, że miś znalazł się wśród prezentów pod choinką. „Gdy Joseph wszedł do odświętnie udekorowanego pokoju, zobaczył siedzącego wśród prezentów pluszowego przyjaciela, i jak zapamiętał jego brat Georg, aż zapiszczał z radości. Najmłodszy z Ratzingerów bawił się także szmacianymi zabawkami: kaczuszką i kotem oraz drewnianym konikiem. Miś Teddy towarzyszył Josephowi Ratzingerowi aż do śmierci” – pisze Grzegorz Polak, autor książki „Nasz Benedykt”.

„Nasz Benedykt” to jednak nie tylko zbiór zabawnych anegdot, ale także możliwość przyjrzenia się bliżej różnym okresom życia Josepha Ratzingera z bliskiej perspektywy. Wyrywana nieraz z kontekstu historycznego jego przynależność do Hitlerjugend i udział w formacji wojskowej tutaj ukazana jest w prawdziwym świetle: w 1941 uczestnictwo w hitlerowskiej młodzieżówce stało się obowiązkowe. W tym czasie obydwaj Ratzingerowie byli alumnami niższego seminarium w Traunstein i nie mieli możliwości uniknąć wcielenia do organizacji. Jak zauważa autor książki, „chłopców przygotowujących się do kapłaństwa narodowi socjaliści traktowali wrogo, widząc w nich niepewny element, który może prowadzić potajemną działalność wywrotową”. W 1943 Joseph został powołany do służby obrony przeciwlotniczej. „Była to krzywda dla antymilitarnego człowieka, jak mówił o sobie”. Potem wcielono go do Służby Pracy Rzeszy, a w listopadzie 1944 r. został odesłany do domu. W kwietniu 1945 uciekł z koszar, jednak kiedy do Traunstein weszli Amerykanie, nadal miał status żołnierza – musiał więc włożyć mundur i oficjalnie się poddać. „Pytany po latach jak – jako katolik – przeżył czas nazizmu, podkreślił, że oparciem było religijne wychowanie. Tyle, jeśli chodzi o udział w niemieckich formacjach militarnych. «W wierze moich rodziców, w wierze naszego Kościoła znajdowałem potwierdzenie, że katolicyzm zawsze jest opoką prawdy w królestwie ateizmu i kłamstwa, jakim był nazizm. W upadku tego reżimu znalazłem potwierdzenie zawsze właściwych intuicji Kościoła. Tyle, jeśli chodzi o wojenne lata.

Bezpośrednio po zakończeniu wojny w 1945 r. Joseph i Georg Ratzinger wstąpili do seminarium we Fryzyndze. „Panowały tam warunki bardziej niż spartańskie (...) Zimą dokuczał dojmujący chłód, gdyż pokoje były nieogrzewane. Wodę przynoszoną wieczorem, rankiem pokrywała cienka warstwa lodu, którą trzeba było skruszyć, aby się umyć. Mimo to humory dopisywały”. Już w tym czasie wyszły na jaw wybitne zdolności intelektualne Josepha. Jego koledzy zwali go „bucher-rat”, czyli „szczur książkowy”. Potencjał intelektualny został doceniony przez przełożonych i drugą część studiów seminaryjnych Joseph odbył w Monachium, centrum akademickim. „Po wojnie ściągnęli tam ze wszystkim stron Niemiec, między innymi z Wrocławia i Braniewa, znakomici profesorowie. Słuchając z zachwytem ich wykładów, Joseph rozkochiwał się coraz bardziej w teologii (...) Na ostatnim roku studiów wygrał konkurs rozpisany przez Wydział Teologiczny na temat: «Lud i dom Boży w nauczaniu św. Augustyna o Kościele». Otrzymał za to nie tylko skromną nagrodę pieniężną, ale – co ważniejsze – zwycięska praca uznana została za rozprawę doktorską summa cum laude”.

Praca doktorska otwarła Ratizngerowi drogę do kariery akademickiej. Nie był on jednak oderwanym od życia teoretykiem. Po święceniach trafił do parafii pw. Najświętszej Krwi Chrystusa w Monachium i bardzo dobrze odnalazł się w duszpasterstwie. Jego pasją była katecheza szkolna, lubił głosić kazania, „codziennie spowiadał co najmniej godzinę, a w soboty – nawet cztery (...) W tygodniu dojeżdżał rowerem do różnych cmentarzy na terenie Monachium, aby grzebać zmarłych. Ponieważ proboszcz się nie oszczędzał, nie chciał pozostać w tyle. Szybko zorientował się, że przedwojenne metody pracy z młodzieżą nie są adekwatne do współczesnych potrzeb i że «trzeba się rozejrzeć za nowymi sposobami». Dostrzegał to zwłaszcza podczas katechezy, kiedy nauczał prawd wiary i moralności, a okazywało się, że rodzice w domu mówią dzieciom co innego (...) Przyjaźnie i życzliwie nastawiony do ludzi – tak młodego wikariusza zapamiętali parafianie (...) Ze swą głęboką wiarą i nabożnością doskonale się zintegrował ze swymi parafianami. Znaczy to, że nie wyjawiał specjalnie swego duchowego stanu ani nie podkreślał swych kompetencji naukowych (...) Największą popularnością cieszyły się wieczory młodzieżowe prowadzone przez ks. Ratzingera w starym, brudnym, ceglanym budynku, gdzie rozmawiał ze swoimi uczniami nie tylko na tematy religijne, ale także o poezji Johanna Holderlina czy filozofii Sorena Kierkegaarda”. Wiele to mówi o duszpasterskim nastawieniu Ratzingera i zadaje kłam tym, którzy uważają go za bezrefleksyjnego propagatora „wstecznictwa” czy pozbawionego kontaktu z rzeczywistością teoretyka.

Co było dalej? „Ksiądz Joseph Ratzinger, wspinając się na coraz wyższe szczeble kariery naukowej, pozostał sobą. W prywatnych rozmowach nadal posługiwał się dialektem z rodzinnych stron, utrzymywał kontakty z kolegami, zwykłymi księżmi”. Problemy związane z habilitacją (związane z zawiścią recenzenta, prof. Schmausa) utwierdziły go jeszcze bardziej w postawie intelektualnej pokory, a sam postanowił, że „nie będzie się zbyt łatwo zgadzać na odrzucanie prac doktorskich czy habilitacyjnych – i jeśli będą ku temu istotne racje – będzie stawał po stronie słabszych”. W kwietniu 1959 r. otrzymał własną katedrę i rozpoczął wykłady jako profesor zwyczajny teologii fundamentalnej na uniwersytecie w Bonn. Jeden z jego wykładów wywarł niezwykłe wrażenie na kardynale Josephie Fringsie, który był jednym z członków Centralnej Komisji przygotowującej Sobór Watykański II. Kardynał zaprosił młodego teologa do współpracy, zlecając mu przygotowanie projektu konferencji przedsoborowej. Rękopis Ratzingera został zaakceptowany bez zastrzeżeń i poprawek, a wygłoszony przez kardynała referat wywołał sensację. „Dowiedział się o nim sam papież który zaprosił kard. Fringsa na audiencję. Udawał się na nią pełen obaw, czy w wykładzie nie znalazły się błędy. Kiedy jego sekretarz ubierał prawie niewidomego kardynała na audiencję, purpurat powiedział do ks. Luthe charakterystycznym, nadreńskim akcentem: «Niech ksiundz poda mi ten czerwuny płaszczyk, kto wi, czy nie wkładam go ustatni raz». Jednak niespodziewanie Jan XXIII objął go i wypowiedział słowa: «Dziękuję, Wasza Eminencjo; powiedziałeś to, co chciałem powiedzieć, ale nie mogłem znaleźć słów». Zaskoczony purpurat wyznał szczerze, kto jest prawdziwym autorem referatu (...) logiczną konsekwencją było zaproszenie ks. Ratzingera przez kard. Fringsa na jego doradcę soborowego”. Reszta zaś już jest historią.

„Nasz Benedykt” to książka bardzo lekka w lekturze, ale poważna w treści. Stawia czytelnika wobec postaci wybitnego duszpasterza, teologa i papieża takim, jakim był naprawdę, a nie w krzywym lustrze, w jakim zwykły ukazywać go media. Warto po nią sięgnąć, choćby po to, aby odkłamać ten fałszywy obraz, a może także – aby uśmiechnąć się wraz z Ratzingerem i nabrać do niego szczerej sympatii.

 

Grzegorz Polak, „Nasz Benedykt czyli kwiatki Josepha Ratzingera”. Wydawnictwo WAM 2023, 271 stron.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama