Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Źródło: Obecni

Niepowtarzalna historia

Z perkusistą zespołu „Skaldowie” i świeckim rekolekcjonistą Janem Budziaszkiem o Bogu, modlitwie i nawróceniu rozmawiają Bartosz Wąsat i Marcin Jastrząb.



Z wykształcenia jest Pan technikiem chemikiem, a jak to się stało, że został Pan perkusistą?

W moim życiu wszystko dzieje się w jakiś nietypowy sposób. Nie chodziłem do szkoły muzycznej, a przyszło mi grać z najwybitniejszymi muzykami na całym świecie; nie studiowałem filologii ani nie miałem nic wspólnego z literaturą, a jest dziesięć moich książek na rynku. Wszystko jakby dzieje się poza mną.

Całe życie marzyłem, żeby grać. W domu już grałem na akordeonie i na gitarze. A stało się inaczej — poszedłem do innej szkoły średniej. Ale u Pana Boga gdzieś było zapisane, że mam grać, bez względu na to, jak bym daleko uciekał od tego. Nie wiem, jak to jest, na czym to polega. Zawsze opowiadam młodzieży, że gdyby ktoś mojemu profesorowi poloniście w czasie matury, 44 lata temu, powiedział, że Budziaszek będzie pisał artykuły i że powstanie z tego książka, toby się zapewne przewrócił ze śmiechu razem z całym gronem pedagogicznym. Ale Pan Bóg ma dla każdego z nas jakiś genialny plan i bardzo dobrze, jeżeli uda nam się wstrzelić w ten plan, czyli poddać się temu planowi.

Powołanie niekoniecznie musi oznaczać pójście do seminarium czy bycie kapłanem. Każdy człowiek jest w czymś najlepszy na świecie — to tłumaczę ludziom — i to, że nawet śmieciarz czy zamiatający ulice też wypełnia swoje powołanie. Wydaje mi się, że Bóg powołał mnie do bycia na scenie. Od małego dziecka, od przedszkola mówiłem wierszyki, tańczyłem zbójnickiego, brałem udział w akademiach i byłem pierwszy do tego, czyli w planach Bożych tak miało być.

 

Jakie miejsce w Pana życiu i rodzinie zajmuje Bóg i religia?

Każdy człowiek ma swój czas spotkania z Panem Bogiem. Wiem na pewno, że na Bożym sądzie nie będą mnie pytać o to, ile napisałem „dzienniczków perkusisty” czy ile odbyłem spotkań różańcowych po całej kuli ziemskiej. Zapytają mnie tylko o jedno: czy byłem miłosierny? O to tylko będą mnie pytać. To jest przepustka do nieba, a nie tak zwana pobożność. Dlatego też moim podstawowym hasłem jest zdanie: „Ktokolwiek z was zobaczy we mnie więcej pobożności niż miłosiernej miłości, proszę odstrzelić mnie w pierwszej kolejności”.

Tak jest, że większość z nas pochodzi z rodzin katolickich, jesteśmy ochrzczeni, chodzimy do kościoła, ale to jest łaska, a nie żadna zasługa. Zasługą są uczynki miłosierdzia. Może różnię się od otoczenia, ale codziennie nie wstanę inaczej z łóżka, dopóki nie odmówię jednej dziesiątki różańca i nie odbędę rozmowy z moim Aniołem Stróżem, który mnie prowadzi. A drugim etapem są czytania liturgiczne na dany dzień. I wcale nie to, co gazeta napisała jest najważniejsze. Odpowiedź na pytanie: dlaczego coś się dzieje? znajdziesz właśnie w czytaniach liturgicznych z tego dnia. Bo to jest Słowo Boga Żywego.

Czasem mnie pytają ludzie, szczególnie młodzież: Proszę Pana, a co to znaczy być chrześcijaninem, co to znaczy żyć jak chrześcijanin? A ja wtedy pytam: A powiedz mi, jaka informacja przyszła ostatnio do „twojego komputera”, do twojego mózgu? Jakbym ciebie zapytał: czy słuchałeś dzisiaj Słowa Bożego, czy słuchałeś, co dzisiaj mówi do ciebie twój Mistrz, co ma ci do powiedzenia? — to co odpowiesz? No i to jest najważniejsza informacja. Jak walił się World Trade Center 11 września 2001 roku, to w Ewangelii czytaliśmy: „Biada wam, bogaczom, bo odebraliście swoją nagrodę. Biada wam, bo wszyscy ludzie chwalić was będą, bo wasi przodkowie czynili [...] prorokom”. I to była wtedy najważniejsza informacja na kuli ziemskiej. I od 24 lat, od mojej pierwszej pielgrzymki na Jasną Górę, codziennie jestem na Mszy św. Takie są moje relacje z Panem Bogiem — „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”.

 

A jakie znaczenie ma dla Pana modlitwa?

Wszystko jest łaską. Modlitwa to rozmowa z Panem Bogiem. Cała filozofia życia jest zawarta w 20 tajemnicach. Zapomina się, że Matka Boża powiedziała: Kiedy wy odmawiacie pozdrowienie anielskie, ja stoję przed tronem Bożym i załatwiam wasze sprawy. A ważniejsze jest jeszcze to, że w tym momencie demony nie mają do was dostępu, jesteście za zasłoną dymną, demony was nie widzą. To jest jakby najważniejsza broń przeciwko szatanowi, to jest bardzo bliski kontakt z Matką Najświętszą. Tylko Ona zwycięży smoka, tylko Ona zwycięży szatana, jak wiemy już z Księgi Rodzaju. To wszystko jest bardzo proste, nie ma tu żadnej filozofii.

Jestem zachwycony tzw. pobożnością ludową. Niedawno byłem w Kazachstanie, był to czas rekolekcji w czasie festiwalu młodych. Poznałem tam ludzi, którzy przejęli mądrość ludową i pobożność od swoich dziadów, pradziadów, wywiezionych kiedyś na Syberię czy do Kazachstanu. Ludzi gubi filozofowanie. Wczoraj w Ewangelii wymowne słowa: „Biada wam, uczonym w Piśmie, faryzeuszom”. Żeby cokolwiek zrozumieć ze spraw ducha, trzeba to rozpatrywać z dwóch poziomów: albo z poziomu pasterza, albo trzeba być tak wielkim mędrcem, jak ci, którzy przyszli ze Wschodu, aby pokłonić się Jezusowi. Inaczej: Juan Diego, Bernadeta Soubirous, Łucja, Hiacynta, Franciszek lub umysł klasy: Einstein, Beethoven, Newton. Mnie jest na pewno bliżej do poziomu pasterza — prowadzą mnie słowa Bernadety Soubirous. Pamiętacie, co powiedziała, kiedy ją zapytali: „Dlaczego Matka Boża objawiła się tobie, a nie księdzu proboszczowi, biskupowi czy prefektowi policji?” Powiedziała: — „No nie wiem, ale wydaję mi się, że gdyby Matka Najświętsza znalazła kogoś mniejszego i głupszego ode mnie, toby się jemu objawiła.

I to jest moje całe credo. Łatwiej mi dotykać spraw Boskich z poziomu pasterza niż z poziomu mędrca, bo bliżej mi jest do tego poziomu.

 

Czy Pana relacja z Bogiem od zawsze była dobra? Czy były okresy zachwiania w wierze?

Każdy z nas ma swój czas spotkania z Bogiem — jedni w kołysce, inni na łożu śmierci. Każdy z nas inaczej. Ja musiałem wiele rzeczy przejść — wypić trochę alkoholu, wypalić niejednego skręta, objechać kilka razy kulę ziemską, zakosztować wszystkich rozkoszy tego świata. A to Spotkanie nastąpiło na moje 40 urodziny.

 

Czy doświadczenia z pierwszego okresu życia przydały się?

Musiałem to wszystko przejść. I dlatego jak przychodzę do narkomanów albo do więźniów, to ja im nie mówię, żeby tego nie robili, tylko jak to działa. Wiem, co to jest kac po alkoholu, wiem, co to jest lęk po narkotykach. To wszystko przeżyłem i mam zupełnie inną rozmowę z tymi ludźmi. Ja nie mówię z pozycji mentora czy nauczyciela, co wolno, a co nie wolno, tylko mówię, jak to działa, jakie to jest oszustwo. Niczego nie żałuję, bo wszystkiego doświadczyłem i teraz wiem. Głównym moim przesłaniem jest fakt — pierwszym świętym w kolejce Chrystusowej jest łotr z krzyża. Zawsze mówię do więźniów, że on dostał ten wyrok za wiele więcej morderstw niż wy tu wszyscy razem wzięci. Wystarczyło, że spłynęła na niego łaska — odwrócił głowę do Pana Jezusa i od razu usłyszał: „Dzisiaj ze mną będziesz w raju”. Jestem przekonany, że musiał się spotkać z oczami Maryi i zmieniło się całe jego życie. Sami wiecie, że przepustką do spotkania z Panem Bogiem jest sakrament pojednania. I tak było pierwsza jego spowiedź. Spotkanie z Matką Najświętszą sprawiło, że uderzył się w piersi i powiedział: „Wiem, że moja wina, ale wiem, że Ty możesz wszystko” i usłyszał od razu: „Dzisiaj ze mną będziesz w raju”.

W więzieniach mówię do chłopaków, którzy mają ciężkie wyroki i dożywocia: „Spokojnie, nic się nie martwcie, bo może kiedyś uderzycie się w piersi przed Panem Bogiem i przyznacie się do paru błędów i od razu każdy z was może usłyszeć: «Dzisiaj ze mną będziesz w raju»”.

Pochodzę z katolickiej rodziny. W wielkie święta zawsze byłem na Mszy świętej. Natomiast w ciągu roku bywało różnie. Często miałem jakąś wymówkę, nawet niekoniecznie była nią trasa koncertowa. Zawsze mi się wydawało, że są rzeczy ważniejsze: obieranie ziemniaków czy odkurzanie mieszkania niż pójście do kościoła. Mówię to spokojnie. Zawsze trzeba zaczynać od teraz, bez względu na to, czy jesteśmy w seminarium czy w więzieniu.

 

Kiedy dokonało się Pana nawrócenie?

Na czterdziestkę. W 1984 roku przygotowywałem się do festiwalu w Sopocie, grałem z Marylą Rodowicz. Gościłem w domu grupę pielgrzymów przed wyjściem krakowskiej pielgrzymki do Częstochowy i bardzo się z nimi zaprzyjaźniłem. Potem poszedłem odprowadzić ich na Wawel, a potem nie wiem, jak to się stało, że po 6 dniach wylądowałem z nimi na Jasnej Górze. Gdyby mnie ktoś wtedy spytał: „Gdzie idziesz, po co idziesz?”, to bym naprawdę nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie szedłem, aby się modlić i jakoś tak dziwnie szedłem, bez kromki chleba, bez szczoteczki do zębów, w klapkach, na bosaka, w podkoszulku, a dzisiaj dociera ten głos do mnie, że: „Nie wyście mnie wybrali, ale ja was wybrałem i posłałem was na to, abyście owoc przynosili i aby owoc w was trwał.” Wiem, że jak Pan Jezus wybierał swoich uczniów, to nie pytał: „Kto na ochotnika?”, tylko powiedział: ty, ty i ty!

Ja byłem chyba najbardziej rozrywkowym człowiekiem w Krakowie. Miałem ksywę: „Jan Budziaszek — wytwórnia flaszek”. I jeśli by mi wtedy ktoś powiedział, że pójdę za Jezusem i Matką Bożą, a połowa mojego środowiska odwróci się ode mnie, to bym nigdy na to nie przystał. To, co się stało ze mną, było silniejsze ode mnie. Dopiero dzisiaj po latach analizuję całą moją historię — od małego. Zastanawiam się, dlaczego moja mama ofiarowała mnie Matce Bożej przed moim narodzeniem, a nie mojego starszego brata? Dlaczego moja babcia wiosną w 1947 roku w Niepokalanowie zapisała do Rycerstwa Niepokalanej mnie, a nie mojego starszego brata czy starszych kuzynów? Dlaczego w mojej legitymacji Rycerstwa Niepokalanej widnieje własnoręczny podpis o. Maksymiliana Kolbe? I takich szczegółów można by było wiele opowiadać. Wiem, że każdy ma swój czas spotkania z Panem, a dlaczego tak się dzieje — nie wiem.

 

Pana ojciec mówił: „Jeśli swój produkt wykonasz z miłością, ludzie nie dadzą ci umrzeć z głodu, bo zawsze będzie zapotrzebowanie na twoją działalność”. Jak Pan odnosi się do tej zasady w swoim życiu?

To jest bardzo prosta sprawa. Ojciec mówił: „Jeśli będziesz zamiatał ulice, to musisz tak zamiatać, jakby to była ostatnia szansa twojego życia”. Powiedział mi też kiedyś, że moje dzieci nie nauczą się ode mnie tego, co ja im będę mówił, tylko kim jestem w moim wnętrzu, to znaczy, że jeżeli będę zamiatał ulice i napędzę to swoją miłością, to każdy obok przechodzący człowiek zostanie zarażony tą miłością i zawsze będzie na mnie zapotrzebowanie.

I efekt jest taki, że nie koncentruję się tylko na muzyce. Kalendarz jest pełen zaproszeń i spotkań i w seminariach, i więzieniach, i w parafiach. I nie tylko w Polsce. Przecież to nie ja wymyślam, ale nagle ktoś mnie zaprasza. W październiku będę prowadził rekolekcje w Kaliningradzie, ale najpierw będę w więzieniu w Rosji. Teraz byłem w Kazachstanie. Widocznie to, co robię, jest napędzane jakimś uczuciem.

 

Co Panu sprawia największą radość?

Największą radość przeżyłem teraz na koncercie „Skaldów” w Dobromierzu pod Wrocławiem. Po koncercie przychodzi ktoś do garderoby i mówi, że chce do Jana Budziaszka, tylko nie do tego ze Skaldów, tylko do tego drugiego. Mówi, że czytał coś mojego i był na spotkaniu ze mną gdzieś na rekolekcjach i to było 2 czy 3 lata temu i to było dla niego olbrzymie przeżycie. Od tamtej pory zaczął zupełnie inaczej patrzeć na świat. I to jest największa radość, gdy ludzie przychodzą i mówią mi, że tylko dzięki Bogu odkryli sens swojego życia.

 

Jakie słowa na zakończenie skieruje Pan do czytelników „Obecnych”?

Każdy z was przeżywa jedną, jedyną, niepowtarzalną historię, która się nigdy wcześniej nie wydarzyła i nigdy się już nie wydarzy. Historia każdego z was jest tysiąc razy ciekawsza od mojej. Zacznijcie zatem pisać swój własny dzienniczek. Analizujcie to, co wydarzyło się wam każdego dnia przez pryzmat czytań liturgicznych z tego dnia. Starajcie się codziennie porównywać swoje życie do życia Maryi i Jezusa zawarte w tajemnicach różańcowych.

Zapytaj siebie, czy codziennie na pobudkę kontaktujesz się ze swoim Aniołem Stróżem, który jest postawiony przy tobie po to, żeby cię prowadzić. Wiedz, że każdy człowiek, którego dzisiaj spotkasz jest darem i wysłuchaj go do końca. Swoją historię będziecie mogli oglądać, jak nie będziecie zaśmiecać waszego „komputera” zbędnymi informacjami, oglądać filmy o nieprawdziwych, wymyślonych scenariuszach. Wasza historia jest tysiąc razy ciekawsza od wszystkich filmów nakręconych na świecie.

Wierzcie mi, że nie ma przypadków i każdy człowiek, który staje przed wami, jest postawiony przez Pana Boga i w bardzo konkretnym celu. Jak się rodziliśmy, u Pana Boga były zapisane krzyże, jakie będziemy nosić. Jest także ustalona godzina „ewakuacji” z tej planety.

 

Jan Budziaszek, ur. 1945, perkusista, świecki rekolekcjonista; od 1965 r. związany z zespołem „Skaldowie”, grał w „Kwartecie” Tomasza Stańki, współpracował z Marylą Rodowicz i grupą „Pod Budą”, a także z „New Life M”.; nagrał ponad 30 płyt, zagrał na wielu liczących się festiwalach jazzowych, koncertował na wszystkich kontynentach.



opr. mg/mg



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: życie nawrócenie ewangelizacja Jasna Góra pielgrzymka pobożność muzyka więzienie new life m Skaldowie łotr