Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jan Kott

Ksiądz Glasberg

Świeccy mówią o księżach - ankieta "Tygodnika Powszechnego"

Nie pamiętam już dobrze, gdzie i kiedy poznaliśmy się z księdzem Glasbergiem. Pamiętam natomiast dobrze, że zawsze miał na sobie poplamioną sutannę. Pamiętam, bo odwiedził mnie parokrotnie w klinice na Emilii Plater (była to rządowa klinika dla decydentów, ale dopuszczano do niej także pisarzy odznaczonych doroczną nagrodą, ja miałem taką nagrodę, co prawda drugiego stopnia, ale to wystarczyło) i oddziałowa pielęgniarka spytała mnie, kto to jest ten ksiądz w zniszczonej sutannie. Wizyty księży w rządowej klinice nie były oczywiście częste, ale moją pielęgniarkę zadziwiła nie wizyta księdza, ale jego sutanna.

Sutanna była często niechlujna, ale zawsze miała czerwoną wypustkę. Potem, kiedy ksiądz Glasberg zachodził częściej do naszego mieszkania w Alei Róż, spytałem go kiedyś, co to za odznaka. Glasberg tylko machnął ręką i powiedział: "Już nie ma o co Janek pytać". Mówił do mnie "Janek", ale zawsze w trzeciej osobie: "Jak się dzisiaj Janek miewa?"

Dopiero kilka lat później, kiedy byłem przez jakiś czas w Paryżu, dowiedziałem się, że ta czerwona wypustka na sutannie prałata papieskiego (ksiądz Glasberg nie pozwalał się tak tytułować), była odznaką Legion d’honneur, a może jakiegoś innego wysokiego odznaczenia francuskiego czy angielskiego.

Ksiądz Glasberg był z Wilna, gdzie naprzód chodził do jesziwy, potem nawrócił się, ochrzcił i był wkrótce w seminarium dla kleryków. We Francji musiał znaleźć się już na parę lat przed wojną, bo pomagał uczestnikom hiszpańskiej wojny domowej, którzy po klęsce rewolucji szukali schronienia we Francji, znaleźć tam pracę i fałszywe papiery. Nie byli chętnie widziani i przy każdej okazji ekspatriowano ich do frankistowskiej Hiszpanii.

Natychmiast po klęsce Francji znalazł się w résistance. Naprzód w "wolnej strefie", gdzieś pod Lyonem. Ukrywał Żydów, kiedy zaczęły się, przy współudziale policji petainowskiej, wywózki do krematoriów. Miał już wprawę, wyrabiał fałszywe papiery. Ratował, jak tylko mógł. Podobny był w tym do Maryny Zagórskiej, która - jak kiedyś sam pisałem - powiedziała do mojej żony, kiedy ta już nie miała gdzie pójść: "Pani pójdzie ze mną". Maryna chronienie Żydów uważała za rzecz tak samo przez się zrozumiałą jak to, że zupa ma być gorąca. Na strychu w ich domu, gdzie jeszcze na długo przed powstaniem odbywały się jakieś ćwiczenia akowskiej podchorążówki (że czasem aż trząsł się sufit) Maryna przechowała nawet i paru dezerterów niemieckich.

Ksiądz Glasberg w okupowanej Francji przechował na tylko przez siebie znanych adresach pilotów angielskich z jakiegoś nieudanego lotu. Właśnie za to po wojnie otrzymał wysokie angielskie odznaczenie. Ale również, chociaż nigdy o tym nie wspomniał, pomagał po klęsce Niemiec przedostać się, dla odmiany do Hiszpanii, esesowcom czy też uciekinierom z jakichś innych formacji hitlerowskich. Ratował ludzi bez względu na ich rasę, przekonania czy nawet winy. I przede wszystkim dzieci. To ksiądz Glasberg mi pierwszy powiedział, że kiedy po pogromie kieleckim znalazły się we Francji dzieci z sierocińców żydowskich, wszystkim dano na nazwisko "Korczak".

Glasberg rzadko mówił o sobie, ale nigdy niczego nie zatajał. Był Żydem, który przyjął chrześcijaństwo, księdzem, który nie przestał być Żydem. Ambasadorowa Skrzeszewska znana była powszechnie ze swoich nietaktów. Na jakimś eleganckim przyjęciu w ambasadzie polskiej w Paryżu spytała Glasberga: "Ksiądz zna tyle języków, w jakim języku ksiądz myśli?" Glasberg odpowiedział z miejsca: "Po żydowsku". Zapadło dość kłopotliwe milczenie. W dyplomacji nie mówiono o takich sprawach.

Glasberg wiedział oczywiście, że jestem niewierzący. Nie próbował mnie nawracać. Nigdy o tym nie mówiliśmy. Zresztą nie bardzo pamiętam, o czym właściwie mówiliśmy. Zapewne o życiu. Oczywiście, ale co to znaczy "życie?" Tyle pamiętam, że po tych rozmowach ja także bardziej godziłem się z sobą. Na pewno przyjaźniliśmy się. Ale bardziej ode mnie wolał moją żonę. "Lidia jest jak kryształ" - mówił.

Za którymś z moich kolejnych pobytów w Paryżu próbowałem go odszukać. Wdrapałem się na jakieś wysokie piętro w zrujnowanej kamienicy na rue de l’Arbre Sec. Jaka dziwna nazwa, tak nie przystająca do niego. Drzwi były zamknięte. Wkrótce potem dowiedziałem się, że Aleksander Glasberg nie żyje. A chciałem mu tyle powiedzieć.

Autor jest eseistą, krytykiem i historykiem literatury.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kapłan ksiądz Żyd ankieta Józef Tischner sutanna Glasberg
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W