Pamiętam przedwojenny Kalisz

Przedwojenny Kalisz to miejsce, w którym Polacy i Żydzi żyli obok siebie, w sąsiedzkiej komitywie. Twierdzenia o rzekomej wrogości dwóch różnych społeczności to mit

Pani Wanda całe swoje życie,
z wyjątkiem kilku lat wojny, spędziła w grodzie nad Prosną. Bardzo dobrze pamięta czasy przedwojenne i wielokulturowy Kalisz. Jako dziecko mieszkała w jednej kamienicy z czterema rodzinami żydowskimi.

Kiedy pracuje się w mediach, to największą chyba satysfakcją jest tzw. feedback, czyli informacja zwrotna. A mówiąc bardziej po ludzku, chodzi o echo jakie wywołuje dany artykuł. Najlepiej widoczne jest to w publikacjach internetowych, bo wówczas liczba odsłon, a także komentarzy pozwala zrozumieć, na ile temat trafił w zainteresowania odbiorców. Myślę, że dobrze to sformułowałem, ponieważ niestety nie zawsze chodzi o tematy ważne, bo i takie czasami są przyjmowane z obojętnością, ale właśnie trafiające w zainteresowania. I na blogach często tworzy się efekt kuli śnieżnej, a mianowicie dobry tekst owocuje wysypem jeszcze ciekawszych i bardziej wartościowych komentarzy, które nieraz dają nam więcej wiedzy, albo dodatkowych aspektów od samego tekstu.

Pokłosie artykułu o obozach

Ale również w prasie pisanej mamy do czynienia z informacją zwrotną. I tak po przeczytaniu artykułu „Obozy śmierci były niemieckie” („Opiekun nr 4/2018, ss. 42-44) zatelefonowała do nas  dziewięćdziesięciotrzyletnia mieszkanka Kalisza, pani Wanda Staszak i zaprosiła mnie na spotkanie, ponieważ — jak twierdziła — bardzo dobrze pamięta czasy przedwojenne i Kalisz, w którym mieszkało wielu Żydów. Oczywiście zaproszenie przyjąłem i kilka dni później odwiedziłem panią Wandę w jej mieszkaniu. Pani Wanda nie tylko urodziła się w przedwojennym Kaliszu, ale z wyjątkiem kilku lat podczas wojny, kiedy wraz z rodziną zostali przesiedleni do Sieklówki w powiecie jasielskim, całe swoje życie spędziła w grodzie nad Prosną.

- Przed wojną cztery mieszkania zmieniliśmy, ale jak się urodziłam to mieszkaliśmy z rodzicami w kamienicy przy ulicy Cmentarnej 6 od 1922 roku do 1937 roku — opowiada pani Wanda, pokazując mi jednocześnie album rodzinny, w którym oprócz pieczołowicie opisanych zdjęć znajdują się różne pamiątki rodzinne, jak choćby pisma urzędowe, czy listy pisane przez ojca, zawodowego wojskowego. - Czytałam księdza artykuł, o tych obozach, Holokauście, no i chciałam coś opowiedzieć o Żydach, bo oni przecież mieszkali w tej samej kamienicy. Właśnie tam na ulicy Cmentarnej. Na szesnastu lokatorów, cztery mieszkania były wynajmowane przez rodziny żydowskie. Jedna rodzina żydowska mieszkała na pierwszym piętrze, tym samym co my. Ale nasze mieszkanko to właściwie był jeden pokój, natomiast mieszkanie Żydów było największe na piętrze. No i na drugim piętrze były następne trzy rodziny żydowskie. Opowiem może księdzu o tych rodzinach.

Opowiem księdzu o Żydach

Pani Wanda próbuje odtworzyć z pamięci wspomnienia z lat przedwojennych kiedy była dzieckiem, a potem młodziutką dziewczyną. Czasami troszkę się zaplącze, ale pamięć jest ciągle świetna, więc wyłania się dość jasno obraz czterech rodzin z sąsiedztwa. W tonie pani Wandy nie odczuwa się żadnych negatywnych elementów, może jedynie nutkę nieufności, ale wyraźnie też przebija szacunek. Kiedy mi mówi, że stosunki z Żydami były „luźne”, ale nie było żadnych konfliktów, podkreśla, że Żydzi byli bardzo kulturalni. Co to były za rodziny? Jedna z nich, rodzina Gielbart mieszkała na tym samym piętrze, co rodzina pani Wandy. 

- To była taka rodzina tradycyjna, zachowywała wszystkie obyczaje. Tylko ta rodzina, pozostałe w kamienicy to już takie nie były. Oni się zajmowali handlem mlekiem, codziennie je przywozili z Kościelnej Wsi, bo to musiało być mleko koszerne, wie ksiądz? Oni by tylko z tego nie wyżyli, ale mieli rodzinę we Francji, która im pomagała — opowiada pani Wanda, która sama była córką zawodowego wojskowego.

Kolejne trzy rodziny mieszkały na drugim piętrze. - Jedna rodzina nazywała się Berkowitz, oni mieli dwie córki i syna. Te córki były bardzo eleganckie, ale one sobie mogły na to pozwolić, bo pracowały w fabryce rękawiczek u innego Żyda. Kolejna rodzina nosiła typowo polskie nazwisko Warscy i tam było czworo dzieci, ale wtedy już wszystkie dzieci były dorosłe. Dwaj synowie mieli zakład fryzjerski, trzeci dopiero skończył szkołę i miał gołębie, a córka była manicurzystką. Chodziła po domach do innych Żydówek, bo Żydówki miały zawsze pięknie umalowane paznokcie. Ona też była pięknie ubrana, bardzo ładna — wspomina pani Wanda. Właściwie za każdym razem, kiedy mówi o Żydówkach podkreśla ich urodę oraz to, że bardzo ładnie się ubierały. W pamięć dziewczynki te elementy wpisały się szczególnie, podobnie jak pewien epizod, który dotyczył jedynej małej Żydówki, która wówczas tam mieszkała, chodzi o rodzinę Rozner.

- Pan Rozner skupował zboże, więc wyjeżdżał na cały tydzień i wracał dopiero w piątek na szabas. Ci państwo mieli małą córkę, pamiętam ją, jak miała pięć lat, Hania. Takie coś mi utkwiło w pamięci, że raz ta Hania wyrzuciła chleb do rynsztoka. I polskie dzieci były zgorszone, bo u nas to jak kromka chleba upadła na ziemię, to się podnosiło i całowało. Ale jak dzieci zawołały jej mamę, żeby powiedzieć o tym chlebie, to ona machnęła ręką, że nic się nie stało... Podczas wojny to wspomnienie wracało do mnie — dodaje pani Wanda. 

Żyliśmy obok siebie

Po wojnie kiedy pani Wanda wraz z rodziną wróciła do Kalisza, spotkała tylko jednego z żydowskich przedwojennych sąsiadów, najmłodszego syna Warskich, Moryca Warskiego, który uciekł do Rosji i przeżył wojnę jako felczer w armii rosyjskiej. Inni Żydzi najprawdopodobniej nie przeżyli. Podobnie jak trzech Niemców z rodziny, która mieszkała na drugim piętrze.

- Tak się teraz zastanawiam, że oni tak zgodnie wtedy żyli, Żydzi i Niemcy. Ale podczas wojny to tego ojca i dwóch synów wzięli do wojska i oni też na wojnie zginęli. Tak jak Żydzi - wspomina pani Wanda.

Na moje pytanie, czy jako dziecko bawiła się z dziećmi żydowskimi, pani Wanda przecząco kręci głową.

- O nie, nie, proszę księdza. Dzieci chrześcijańskie to się bawiły razem, a dzieci żydowskie zawsze chodziły na drugie podwórko, gdzie mieszkała inna rodzina żydowska i tam się razem bawiły.

Stosunki między nami były normalne, znaliśmy się nawzajem, kłanialiśmy się sobie, nie było żadnej wrogości. Nie było żadnych problemów, żadnych zgrzytów, ale stosunki były luźne, formalne. Tak trochę żyliśmy obok siebie. Żydów przed wojną było bardzo dużo w Kaliszu. Wszystkie kamienice „od Ratusza do dołu” to były żydowskie. No i Żydzi byli bogaci. Wie ksiądz, gdzie jest park w Kaliszu? Polskie rodziny to rzadko, może czasem w niedzielę szły na spacer do parku, a Żydzi całymi rodzinami, z dziećmi to nawet codziennie potrafili chodzić na spacery — to jeszcze jedno wspomnienie pani Wandy.

Kiedy próbuję jeszcze raz zapytać, czy nie było żadnych konfliktów, pani Wanda przypomina sobie, że owszem, jej ojciec czasami się denerwował na sąsiadów z góry, ale nie dlatego, że byli Żydami, ale dlatego, że mieszkających tam pięć osób do późna w nocy chodziło po mieszkaniu stukając butami...

Z tej rozmowy, z wyrazu twarzy pani Wandy, tonu jej głosu potwierdza się raz jeszcze to, co zdroworozsądkowo wiemy. Żydzi w znakomitej większości żyli obok. Ja nie wiem, czy to można nazwać współżyciem, do rozkwitu którego w przyszłości nawiązują ci, którzy dzisiaj próbują rozwiązać nabrzmiały konflikt. Na pewno jednak nie można mówić „o wyssanym z mlekiem matki polskim antysemityzmie”. I bardzo dziękuję pani Wandzie, że również ona pomogła mi utwierdzić się w tym przekonaniu.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama